Archiwa

Kwestia optyki

Na początku.
Kontury są ostre, a cienie długie i drapieżne.
Bywa, że istotne lub choćby tylko piękne
wyłania się z mgieł. Faluje, krystalizuje się.
Najlepiej, kiedy tylko w błękicie, najlepiej, kiedy
oglądowi towarzyszy mroźne powietrze.
Wcale jeszcze nie mróz i wcale jeszcze nie to,
co odbiera oddech.

Później.
Wszystko zmierza do jednego punktu.
Zaprogramowana kondensacja optymalizuje.
Zająć jak najmniej miejsca z jak najlepszą perspektywą.
Być w centrum i być centrum.
Patrząc daleko nie widać tego, co najbliżej.
Można zapomnieć.

Jeszcze później.
Perspektywa staje się znajoma.
O zmianie zaświadczają kolory i
to coś, co czai się za horyzontem.
Teraz potrafisz już nazwać większość rzeczy,
ktore się wyłaniają. I zadrżeć patrząc
Jak odchodzą, pogrążają się w noc.

Prawie noc.
I choć wiesz, że nikt nie zapala gwiazd ani księżyca,
i choć wiesz, że ta koronkowa robótka
ze skał i światła prawdopodobnie umarła
na długo przed twoim pojawieniem się,
a to, co widzisz jest tylko iluzją,
odczytujesz w tym coś ostatecznego
i kawałek poezji nim odnajdziesz.

Taki amen, taki lament

Odchodzi. Światło dokonuje kolejnej przemiany.
Błękitnieją nieba i wody wezbrane, napiera
zmierzch.
Dziś z bezchmurnego jutro pewnie lunie.
Potem przyjdą chłody i biel, noc zapomni o mnie.

A jednak się kręci i nic się nie stanie?
Nie będzie odpowiedzi mniej lub bardziej właściwej
na każde, na żadne pytanie.

Los nie los

Ci których spisano i ci z brązu odlani,
i ci w kamień zamknięci, i święci –
nie umierają.

I może jeszcze poeci,
lecz to wyjątkowo rzadkie przypadki
i dowód na życie po życiu.

Ja natomiast swój los
kupiłem w osiedlowym sklepiku.
Razem z wiejską kiełbasą i bułką paryską.

Taki los nie los.
Takie nic i takie wszystko.

Puste ulice świętych miast

Bądź wyprostowany, pewnie stawiaj kroki
wśród piasków pustyń grząskich bezkresów.
Dzisiejsze miast arterie pod nieba obłokiem
jutro będą ruiną bez państw i adresów.

Patrz uważnie, zapisz pejzaż pod oka powieką.
Niech się wpisze w niepamięć jasnym powidokiem.
Tu pulsowało życie, mroczną rwało rzeką,
tętniło muzyką zza otwartych okien.

W Angkor naszych kości małpy nie policzą.
Drzewa zrobią co swoje, kwiaty nas przystroją.
Dzisiejsi bogowie jutro ledwie dziczą,
słońca bez nazw zgasną nocy się nie bojąc.

Igraszki z czasem

Czas nie obszedł się z nami zbyt dobrze.
Czas był wściekły i zły, i być może
nie był wtedy w najlepszym humorze,
ale mógł się, o Boże, obejść jeszcze gorzej.

Mógł na przykład, oprócz włosów krętych
i puszystych w nadmiarze jak burza,
tak się na nas bez sensu wkurzyć,
że odebrać mógł, o Boże, ostatnie zdrowe zęby.

Mógł czas taką dać jeszcze nam lekcję,
żeby nogi nam związać, powykręcać ręce
i do tego jeszcze dołożyć naprędce
jakąś jaskrę, głuchotę, przypadłości męskie.

Ale nie – on obszedł się z nami łaskawie,
choć co jasne nie nazbyt dobrze.
Dał nam czas nim przyjdzie na pogrzeb
na odpowiedź, i tu się robi dopiero ciekawie,

na pytanie z punktu widzenia czasu
absurdalne, choć może zabawne,
co zrobiliśmy z czasem, czy czasem
nie zmarnowaliśmy go głupio już dawno?

Kolejka wąskotorowa w Halloween

Dziś jeszcze nie śnieg, nie deszcz.
Zapowiada się całkiem przyjemnie.
Będzie dość ciepło – nie tylko jak
na tę porę roku.

Od liści jest żółto i czerwono,
od wiatru się szeleści. Wcale
przy tym nie smutno.

Maszyniści przygotowują kolejkę
wąskotorową. Zabierze przebierańców
w szeroką podróż wśród duchów,
wampirów, zombiaków.

Jutro uczcimy zmarłych, lecz dzisiaj
czas na zabawę „cukierek, albo psikus”.
Pomalowane dzieci w tym pomylonym świecie
nie wiedzą jeszcze o tym, że
choć dziś jeszcze nie śnieg, nie deszcz,
to ostatni taki kurs wąskotorowej kolejki.

Przez liście żółte i czerwone, kawałek lasu,
przez szerokie pole
i dalej, dalej w niepamięć
z maszynistą Zygmuntem Gawronem,
który umrze nad ranem.

Jaki to Bóg?

Na noc, na księżyc i jego światło,
na to wszystko, co po nim nastanie.
Na zaranie dnia, na słońca niezgasłość,
na kolorów tęcz i nieb, traw powstanie.
Na z nich kwiatów, z łąk całą nagłość,
na ptaków, pszczół, na ich opętanie.

Jestem i będę do kolejnej jasnej wiosny.
Jestem, choć nie wiem dlaczego, po co.
Wiem gdzie mnie godzin wiatry przyniosły,
znam zapach minut, smak sekund nocą.
Pamiętam miejsca, w których dorosłem,
choć nie wiem po co, nie znam losu.

I jaki Bóg da mi odpowiedź, jaki by mógł
wskazać mi sens, dać choćby znak?
I który z nich i z jakich epok przybędzie tu
gdy zacznę iść pod czasu prąd i wspak?
Kto zadmie w trąbę, w krzywy róg,
kto da im, że to czas, kto da im znak?

Nie ja, nie ja, nie ja.

Gdzie ciebie nie ma (ból)

Możesz mi zmierzyć puls,
ciśnienie krwi,
możesz mnie zważyć,
określić wzdłuż i wszerz.
Możesz wyznaczyć wzór
na moje całe być,
na moje noce, dni,
lecz nie sny.

W snach Ciebie nie ma,
w snach nic nie boli,
czas zmienia temat
w innej budzę się roli.

Budzę się i:

możesz mi zmierzyć puls,
ciśnienie krwi…

Bezkształt marzeń

Mątwie na imię jest noc. I ona
wypłynęła na ocean zmierzchu.
Teraz ciemność jak mokry koc
okrywa mnie zapachem deszczu.

Czy wybaczę sobie,
jak to sobie wyobrażam?
Czy sobie wybaczę
bezkształt zdarzeń?

Wszystkimi ramionami mnie tuli i
oplata mnie i tatuuje atramentem
na mojej duszy swoje imię i snuje
z czarnych oczu swych odmętu

opowieść.

Że wybaczę sobie,
tak to sobie wyobrażam,
że sobie wybaczę
bezkształt marzeń.

I wtedy będę śnił, i wtedy wstanie świt.
Znad oceanu życia podniesie się mgła.
Choć opadnę z sił, będę w twoich oczach
póki nie wzejdzie słońce żył, chwilę trwał.

Czy wybaczysz mi,
czy to sobie wyobrażasz?
Czy wybaczysz mi
kiedy wchłoną mnie
bezkształtne pejzaże?

Na imię ci Orzech

Byłaś taka jak dłoń, trochę większa może,
a potem rosły twoje buty i sukienki.
Teraz jesteś drzewem, na imię ci Orzech –
Z zewnątrz twardy, w środku zaś miękki.

Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.

Rosły twoje sukienki i buty przez lata,
potem zmieniały kolor włosy i paznokcie.
Marny ze mnie był ojciec, jeszcze gorszy tata,
świat Cię dopadł z zabójczą miłością.

Zawsze, maleńka, taka moja
Dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka,
i więcej jeszcze rzeczy może.
Ja jestem drzewem, lecz Ty –
tobie na imię Orzech.

Nie ocalilem cię, dzięki tobie żyłem.
Byłaś moim lustrem, zaklęciem, przeklęciem.
Byłaś przy mnie kiedy trochę dużo piłem,
sklejałaś w mym obrazie najmniejsze pęknięcie.

Zawsze, maleńka, taka moja
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.

Teraz, gdy noc idzie ciemna i deszczowa,
w serce nocy jak najgłębiej popatrz.
Dojrzyj co się w sercu nocy chowa.
Słyszysz? To wiatr tak zawodzi, nie płacz.

Zawsze, maleńka, taka moja
Dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka,
i więcej jeszcze rzeczy może.
Ja jestem drzewem, lecz Ty –
tobie na imię Orzech.

W najczarniejszym korytarzu świata,
w najjaśniejszym zakamarku słońca,
jeśli zechcesz będzie tam twój… ja.
Będę bez końca…

Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.
Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.
Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka…