Archiwa

Zmiana stanu skupienia

Nie dlatego, że przeciekło między palcami,
było to życie jak woda. Wdarło się
szczelinami, wąskimi strużkami
i rwącym strumieniem, potokiem
w tę dolinę gdzie mnie podrzucono.

Było jak woda, może było wodą?
I pod kamieniem, spod kamienia, kamień
toczyło nie wiedziawszy po co,
bulgotało w kipieli, pędziło w dół w odmęt.
Czasem dyszało dyszkantem,
czasem burzyło się gniewnie,
czasem bez potrzeby,
a czasem potrzebnie.

Teraz bez powodu – choć może wcale
nie trzeba jej, czyli mu, powodu, może
dlatego, że po prostu taką ma naturę –
zanosi się na zmianę.

I kto wie gdzie, na jaką ziemię
i spod jakiej gwiazdy kapnie,
wytryśnie, wypłynie?

Ale najpierw zamieni się w mgiełkę,
obłoczek ostatniego oddechu.

Powietrze

Trzeba było wejść na najwyższy szczyt,
by z najwyższej góry móc zobaczyć
ogrom rzeczy, najprawdziwszą potęgę.

Albo zapatrzyć się na pejzaż za oknem
na A2 gdzieś pod Łodzią;

albo zamknąwszy oczy spojrzeć do wewnątrz.
Tam, gdzie otwierają się drzwi
na drugą stronę;

zobaczyć miliardy razy większą przestrzeń,
niż to pudełko, w którego wnętrzu
łomocze pragnienie życia.

Korytarze szpitalne

Na co mi te rzeczy, skoro nie ma z kim
rozmawiać. O świecie, o sobie, o nas?
Tylko miedź brzęcząca, a potem głuchy kamień.

No weź się zamień! Inni mają jeszcze gorzej.
Nie mają za to twarzy. Ani imion.
Widzę tylko ból i smutek. I stratę.

Zostawiają swoje cienie w długich poczekalniach śmierci.
Podłączeni pod kroplówki, aparaty, cewniki, podpięci
jak aneks do kalendarza. Innym się zdarza

tak samo jak mnie. Tobie. Innym jest pewnie gorzej.

Lecz choćbym zagarnął dla siebie cały ból świata
i choćbym nauczył się cierpieć za wszystkie stworzenia,
zawsze się znajdzie ktoś inny, nad którym

chętniej pochyli się ziemia.

Perspektywy

Chłopczyk wychodzi na ulicę.
Uczy się poruszać, obserwuje.

Ulica, na którą wyszedł, przyjmuje go
z całą swoją szerokością. Obserwuje.
Porusza go swoim rytmem, obdarza
nową perspektywą.

Chłopczyk przez długie lata stara się
przejść na drugą stronę.

Przejeżdżają rowery, samochody
małe i duże, czołgi, biegną
ludzie, przewracają się, wstają,
krzyczą.

I jest cisza i noc, i kot, który uskoczył
w bok.

Ofiarowanie

Oto krew moja, oto ciało moje,
a to lista grzechów spisana zmarszczkami.
Nędzne grafitti na murach świątyni
z aspiracjami do stania się freskiem.

Nie z drzewa dobrego i złego,
ale z zatrutego ten owoc zerwany –
ugryzłem i teraz mi smutniej
nad smutnościami.

Oddaję więc siebie nie prosząc o więcej.
Za całe dziś mając garść bólu w podzięce,
dokładnie tyle ile wyżebrałem,
ile zaprzepaściłem, skłamałem, ukradłem,
ile zmarnowałem okazji, nadziei,
ile straciłem szans, ile słów złamałem
i ile łez z oczu twoich beztrosko przelałem.

Oto jestem, a to ciało moje,
a to krew moja – moją winą skażona

Moja larwa

Znam imię larwy, która się wygrzewa
w ciepłym kokonie mojego ciała.
Zdarza mi się myśleć o niej
z czułością.

Dojrzewa cierpliwie. Ostatnio
czuję jak się porusza.

Któregoś dnia wydostanie się ze mnie.
Rozwinie skrzydła i zanim odfrunie
będzie tym, czym nigdy się nie stałem.

Ciasteczko księżycowe

Kiedy coś uparcie gaśnie –
zaufaj iskierce nadziei.

Składam się z bólu, którym mnie owinięto.
W środku jestem tak jakby człowiek.
Zapisany czyjąś ręką kawałek istnienia.
Nic do czytania i za mało
żeby podpalić ten świat.

Co powiesz?

To nie Termopile i nie trzystu mężów
na wieczność jak skała,
w kamieniu na wieki,
lecz zwykły ja z piasku
i z kurzu, i z puchu,
jeden nad jednymi
jak księżyc nad światem.

Odchodzi mój cień powoli po skale,
idzie przez ulicę, po murze i dalej.
I niknie na słońcu, płowieje i blednie,
topi się jak masło, jak kropla w kałuży.

Przechodniu, nic nie wiesz.
Przechodniu, nic nie wiesz.

Trupia główka

Świeca, która krąży dookoła ćmy
oświetla zawsze tylko fragment.

Z rzucanych cieni i nikłych konturów
wysnuwam dość niepewne wnioski:
oto czułek, a to zarys skrzydła,
to trochę jaśniejsze zaś, jakby
chciało się przyznać do bycia

w niebycie.

Pejzaż zmierzchu

Zapominanie jest chyba najlepsze w bajzlu na strychu.
Wśród wszystkich gratów, ramoli, manekinów z teatru,
cieni w korytarzach i w kurzu serfującym na widzialnej fali.
Zapominanie, a może zapomnienie? Gdybyśmy wiedzieli…
na przykład co zakorzeniło się przez lata w kartonie
z naklejkami kieliszków, z napisem „nie rzucać”
i z drugim: „ostrożnie!”? Cóż tak ważnego, kruchego zarazem
było godnym uwagi jak skamieliny, odciśnięty w wapieniu
jakiś syn człowieczy w ramionach jego matki,
choć jakby nie ludzkiej, ponadczasowi w pozie,
uśpieni w szkieletach? Oni, czy może zapisane
w listach, niczym w gwiazdach, połączenie na wieczność,
rozstanie na chwilę?

Bo przecież nie bezsenność, sztywność stawów,
ból kości, wiotkość mięśni, samotność, nietrzymanie
moczu, szklanki w drżącej ręce, ciemności za oknem,
czekania i w końcu – powolnego niknięcia.

Zapominanie jest najlepszym co mogło mnie spotkać.
Za wszystko inne, tak myślę, ktoś powinien beknąć.