Archiwa

Wariat śpiewa

Wzór to wzór. Stosuj się stosuj.
Masz być okrągły i będziesz okrągły.
Masz, mieć wykładnię swego losu
i będziesz miał bo to tryb ciągły.
I spełniasz funkcję i będziesz w silni
i sam od siebie się uniewinnisz.

A pod oknem jakiś wariat
śpiewa pieśń nad pieśniami.
Żeśmy wszyscy tacy sami
tylko ściana między nami.
Tak pod oknem śpiewa wariat,
tak pod oknem wariat śpiewa.

Ma tematyka jest matematyczna,
a ma fizyka niezbyt fizyczna.
Bio jest bez logii, a his histerii,
co się zaś tyczy chemii to plemnik,
kod dna choroba jasna, mroczna satrapia,
i pederastia, chemiokastracja, chemioterapia.

A pod oknem jakiś wariat
śpiewa pieśń nad pieśniami.
Żeśmy wszyscy wariatami,
tylko pieśni są pieśniami.
Tak pod oknem śpiewa wariat,
tak pod oknem wariat śpiewa.

Las-nielas

Stoją ludzie, stoją jak las.
I w głowach im szumi,
i szumi im w głowach czas.
A między nimi, kto zrozumie,
szumią jak trawa jakieś słowa.
Jak mowa trawa szumi w tłumie,
w lesie-nielesie, słowa-niesłowa.

Przychodzi taki czas w tym lesie
Że wieje ogień, płonie wiatr
Od traw przez dłonie do głów się niesie:
od śmierci nas Aniele zbaw.

Padają drzewa, które stały
i już nie szumi w głowach czas.
I nie ma traw które śpiewały,
że z ludzi był tu kiedyś las.
I huczy ogień, skrzy się żar
i błyszczą sarnie oczy w nas.
W lesie-nielesie ptaków żal.

Przychodzi taki czas w tym lesie
Że cichnie ogień, gaśnie wiatr.
A w trawach coś zaczyna szeptać:
od śmierci nas Aniele zbaw.

A potem nagle wybuchają
z młodych gałęzi pąki głów.
Zielenią się i zachwycają
i w las-nielas wrastają znów.
I śpiewa pieśń trawa-nietrawa
i wciąż od nowa mowa-niemowa,
i się nadzieja budzi w głowach.

A w trawach coś zaczyna krzyczeć:
jesteśmy jak ten młody Bóg!
Lecz przyjdzie czas, że znów las spłonie
Od ognia głów i żaru słów.

Na raz, na dwa, na trzy…

Jutro wyrosną mi skrzydła,
jutro polecę do słońca,
a jeśli mnie słońce oślepi,
to nie zobaczę końca.
A jeśli mnie słońce ogrzeje
i nic mi się więcej nie stanie,
to wtedy w głos się zaśmieję,
ze słońcem ruszę w taniec!

Na raz, na dwa, na trzy,
słońce i ja i Ty!
Za cały smutek nasz –
śmierci śmieję się w twarz!

Ale teraz ciemność się skrada –
na palcach, po cichu, powoli.
W ciemności czai się zdrada,
a zdrada najbardziej boli.
Jak to się stało, powiedz,
że mnie zdradziłeś, ciało?
Czego zabrakło tobie,
czego było ci mało?

Na raz, na dwa, na trzy,
słońce i ja i Ty!
Za cały smutek nasz –
śmierć śmieje mi się w twarz!

Lepsze dzisiaj

Zważ się, odnajdź miarę, wzorzec, schemat.
Wszystkie grzechy, wady skazy.
Zobacz czego brak ci, czego nie masz,
czy więzienie to, czy może azyl?

Czy to ciało, w którym żyjesz,
czy to życie w twoim ciele?
Ile Ciebie się w nim kryje,
ile Boga w boskim dziele?

Powiedz, że znalazłeś nadmiar siły,
że wystarczy jej do życia,
że pompując z krwią w swe żyły
jutro będzie lepszym dzisiaj.

Czy to ciało, w którym żyjesz,
czy to życie w twoim ciele?
Ile prawdy się w nim kryje,
ile kłamstwa w diablim dziele?

Zmierz się, odnajdź wagę ważnych rzeczy.
Dotknij tych największych wyzwań,
miej odwagę, aby słowom złym zaprzeczyć.
(Jeszcze większą by do błędu móc się przyznać.)

Czy to ciało, w którym żyjesz,
czy to życie w twoim ciele?
Ile życia się w nim kryje,
ile śmierci się w nim ściele?

Bądź najlepszą wersją Boga,
miłościwym darem diabła,
pierwszym i ostatnim słowem,
wężem i zerwaniem jabłka.

Nierozważnie

Ma swoje pięć minut najczarniejsza godzina –
bluszczy się, powoi cieniem po ścianie,
oplata ramionami ciemności, napina,
pochłania swoje sekundy, gnie się i ginie.

Wkrótce zostaje po niej i po mnie
garść mała rzeczy nieważnych,
które powoli zapomnisz –
nierozważnie.

Kto nie próbował pokonać mocarza niemocy,
trudno żeby mógł zwyciężyć że sobą.
Nim dojrzeje do śmierci, jak do nocy,
nim z pąku w kwiat, z kwiatu pęknie w owoc.

Wkrótce zostanie po nim i po mnie
garść mała rzeczy nieważnych.
Powoli o mnie zapomni
każda i każdy.

Zmieści się w zdaniu ostatnim całe miasto:
zapszczelą się ule ulic, ruszą w ruch kamienice.
W lawinie ruin runie co z żywą żyło pasją,
pośmiertne medale biją już nocy mennice.

Wkrótce ustanie ruch, bezruch i cisza –
garść mała rzeczy nieważnych,
o których zechcesz zapomnieć –
tak nierozważnie.

Dziś jestem Kain, jutro jestem Abel

Zamarzam jak się zamarza – niespiesznie.
W żyłach lód tworzy katarakty, zapory.
Wszystko zwalnia i jest niedorzecznie,
absurdalnie – jak bywa wieczorem.

Gasną światła i gaśnie słów tajemnica
na ostatnim piętrze umarłej Wieży Babel.
W korytarzach cień ciszy sie ślizga –
dziś jestem Kain, jutro jestem Abel.

W galerii luster powieszonych równo
śpią wszystkie twarze zapomniane dawno.
A kiedy chmurną lęk rozdziera północ
przyszłość woalem twarz zasłania czarnym.

Gdy gasną światła i słów tajne treści
na ostatnim piętrze umarłej Wieży Babel –
w korytarzach cień krzyczy z boleści,
bo dziś jestem Kain, jutro jestem Abel.

Nie czuję dłoni i nie czuję światła.
Już nie dotykam gwiazd, ani księżyca.
Nad nocą czuwa ciemność w kandelabrach,
a nad ciemnością się unosi cisza.

I tylko światła i słów tajnych zwoje
na ostatnim piętrze umarłej Wieży Babel.
W korytarzach cień rzuca boleść,
bo dziś jestem Kain, jutro jestem Abel.

Da capo al fine

Ciało – coraz bardziej nie moje,
myśli – coraz bardziej niechciane,
Słowa – coraz bardziej zużyte,
a kolory wyblakłe na ścianie.

Cieniem kładą się żółte wspomnienia,
na poduszkach szepczą snów baśnie.
Ktoś miał zdobyć świat, całą ziemią,
komuś świeczka w oknie dziś gaśnie.

Ciało – coraz bardziej nie moje,
myśli – coraz bardziej niechciane,
Słowa – jakby bardziej natrętne –
piszą wspomnień testament.

Jutro świt się rozświeci iskrami
powędruje dzień przez nieboskłon,
może nawet noc z rozgwiazdami
wpadnie z wizytą przez okno?

Lecz na razie ciało wciąż moje
myślom składa w podzięce słów hołdy,
A one jakby bardziej natrętne,
jakby niosły na barkach modły.

Żarłacz ludojad kocha mnie

Żarłacz ludojad na nadwiślańskiej plaży,
wybierał z menu ciał młodych i starych
przystawkę, którą w towarzystwie jarzyn
mógłby z rozkoszą i lubością spożyć.

I wybrał mnie. I zaczął od krwi kropli.
Przetoczył zębem po kości, po kręgu.
Jemu i może było przy tym pięknie,
mnie niekoniecznie. Ale nie miał względu

na moje plany dożycia starości.
Żarłacz spokojnie konsumował kości,
długim jęzorem oblizując krew.

Taki żarłacza w końcu to jest zew,
że jak pokocha ze szczerej miłości,
to nie zna co to znaczy długo pościć.

Album rodzinny

Wszyscy moi żywi krewni robią
wszystkie te rzeczy żywych.
Tyle, że na zdjęciach.

Robię zdjęcia.
Sobie.
Kadruję się w miarę
precyzyjnie.

Dołączam się do albumu.

Poeta onkologiczny

Poeta onkologiczny pisze
o umieraniu, czyli o życiu.
I choć poeta ma onkologicznie
wyjebane na wszystko, to
chciałby mieć czas.
A w tym czasie chciałby mieć
domek pod lasem, słoneczniki
wzdłuż płotu i taką ławeczkę
pod oknem, na której siedząc
mógłby delektować się winem
i słońcem.
I mógłby tam marnować czas
przytulając się do swojej
ontologicznej żony.