Archiwa

Anioły kopią się pod stołem

Biała koronka, lśniąca i czysta,
niedodziergany do końca księżyc.

I to niedodzierganie rzucone na
malowanie akwarelowe, błękity
i róże. Obrus na stole świata,
który stanął na głowie.

Cała reszta pochyla się i kapie
jazgotem z tlustych łapsk, dziegciem chciwym na te róże, błękity. Nienawiść unosi się przy tym smogiem.

Podczas gdy ciemność przynosi
ciszę i fiolet, rozlewa atrament,
niedodziergany sam się nie dodzierga.
Wciąż będzie lśnił jak klejnot, jak
prawda, o którą anioły kopią się
pod stołem.

Wody Jordanu

Niech wody Jordanu przyniosą ukojenie.
To twoja ręka, Janie, trzyma moją głowę
pod powierzchnią. Widzę światy, pokolenia.
Widzę miasta w płomieniach, cienie ludzi.
Widzę te wszystkie straszne rzeczy, czuję
ból.

Ale w tym wszystkim, lub też mimo tego
są tu, w wodzie Jordanu, piękne i najpiękniejsze
obrazy. Miłość, która temu towarzyszy,
uczucie ciepła, bezpieczeństwa.
Wystarczy otworzyć usta, przywitać się i
nie cierpieć już nigdy na krzyżu.

Gdybyś tylko, Janie, zrozumiał, gdybyś
nie cofnął ręki, gdybyś ją silną i męską
głębiej zanurzył w rzece Jordan i w mojej głowie.
Gdybyś się odważył, ale nie, ty wolałeś
zapisać się w historii, jak jakiś bohater,
choć to jedynie odkupienie, a historia
zupełnie nie twoja, tchórzu mój.
Trzeba było dołączyć do Iskarioty,
byłbyś lepszy od niego.

I ode mnie. A ja, cóż ja… Byłbym Jordanem.

Dylemat

Zaczytawszy się, zapatrzywszy w litery, a myśli,
gęsi szare, odleciwszy w błękity, w oddale,
zadość, żeby się w porę, zamałość żeby zdążyć
przed ciszą nocną, przed snem, wieczorem.
Przy tym woda na makaron, samo fusili
wyparowawszy, smażywszy się żywo,
śmierdzi i dymi.

A ty siedzisz na twardym i gapiąc się
roztrząsasz w stoickim zachwycie:
przedśmierć to, czy jeszcze życie?
I myślisz nad czasem, który pozostał,
i o koronkach dziewcząt na wiosnę.
Leniwie mieszasz w garnku obok
sos do spalonego makaronu fusili.
Nad głową unosi się dymu obłok
w przeciągu chwili.

Oddział leczenia dziennego

Jest u nas na oddziale taki mały gość.
Ma twarz jak poczucie humoru genetyki.
Przypomina te małe, ozdobne dynie,
które pojawiają się w okolicy Halloween.
Kiedy patrzę na niego, za każdym razem
zastanawiam się jak on się goli.
Może się nie goli? Odwracam wzrok
bo głupio tak się gapić.
Na te rurki, igiełki, kropelki
na oddziale chorych na raka.
Tak jak na mnie gapią się inni.
Tak jeden na drugiego i każdy z każdym.
Bo tutaj wszyscy mamy taki defekt.
Taką chęć przeżycia.

Ostatni dzień roku

Ostatni dzień roku jest jak zamykanie ostrygi.

Najpierw była ciekawość, później domysły
przepoczwarzyly się w wyobrażenia
co też tam jest w środku.
Przy pomocy krótkiego noża, jak przy otwieraniu ostrygi
wdarlem się w ten rok, który mija.

Okazało się, że ciało każdego dnia
było moje, i krew była moja
gotowa do spożycia.

Nie było perły, nie miałem co rzucić
przed wieprze.
Pozostał ból, dziwne uczucie zimna,
powietrze, które nie koi,
garść niepokoju, wizja zgniłej
bliskiej przyszłości.

I nie da się teraz domknąć.
Po prostu się nie da.

Przez ciszę

Tobie przebaczę, sobie nie wybaczę –

miastu i światu i ciemności i światłu.
Chmurom na opak, nie opadnę lecz wzlecę.
Rzece, jej źródłu i korzeniom drzewa
i płatkom kwiatów, które się podniosą,
z nową jędrnością wrócą cieszyć oczy.

Przebaczę powierzchowność spojrzeń i dotyków,
nieprzemyślaność rzeczy, słów i
zaniechania, zwyczajność dla mnie
zupełnie nadzwyczajną, obojętność
rozpoznania, poznania, doznania.

Nie wybaczę, że aż nazbyt późno
ruszyłem w drogę przez to bezludzie,
przez tę pustynię próżną, przez spacje
rozstrzelające życiorys w formę graficzną
i przez akapity zupełnie pominięte
w tej opowieści.

Potworność

Jacy byliśmy, jacy mali jak kamyk, jak źdźbło?
Jacy byliśmy, kiedy wielka woda czasu
dała nam połysk i słój i zło imieniem człowiek?

Dla naszych nóg otwarły się drogi,
dla naszych rąk zamknęły się morza.
Ugięły się chmury pod nami, rozstąpiły błękity.

Wymyśliliśmy wygodne wymówki tak prawdziwe,
że śmierć w ich imieniu to doprawdy błahostka.
Więc nieśliśmy ją z dumą i dla zgrozy
na chorągwiach, proporcach, sztandarach
i w wypalonych oliwnych dzbanach
naszych pustych serc.

Uklękło przed nami niejedno miasto,
co miało kolana uklękło.
Upadło przed nami niejedno państwo.
Umilkły pieśni i psalmy.
Dziś tylko nadobne skorupy po pisklęciu,
tylko ślady na wodzie, kamień na drodze.

Ty, który się wyklułeś z kosmicznej czeluści,
jakim imieniem mam cię czcić, jakim laurem
przystroić włos i skroń, przed jakim ołtarzem
spotkam cię i milcząc zrozumiem
każde ze słów, których nie wypowiesz,
rozpoznam każdy gest i każdą myśl twoją
odczuję jak swój najgłębiej ukryty ból?

Jacy będziemy, kiedy ucichnie wiatr?
Jacy będziemy, kiedy ciemność
wyśle z poselstwem swoje długie cienie?
Jak zabrzmi ostatni dzwon?

Na imię mi potworność.

Na dole

Tutaj mamy takie różne rodzaje bólu,
cierpienia, niezawinionych śmierci.
Mamy cały wachlarz możliwości
złorzeczenia na niesprawiedliwy los.
Na Boga! Ileż my mamy motywacji,
aby wykrzyczeć swój żal, ileż inwencji
wkładamy w każdą łzę, w każde
wstrzymanie oddechu, w spazm!
Jacy jesteśmy kreatywni w tym naszym
małym wielkim nieszczęściu!

Potrafimy wprawdzie pocieszyć się
widząc cierpienie większe niż nasze,
lecz trwa to jedynie chwilę.

W przeciwieństwie
do pozbawionego współczucia
wiecznego ogromu
ciągnących beznamiętnie chmur
na beztrosko obojętnym
błękitnym niebie.

Kwestia optyki

Na początku.
Kontury są ostre, a cienie długie i drapieżne.
Bywa, że istotne lub choćby tylko piękne
wyłania się z mgieł. Faluje, krystalizuje się.
Najlepiej, kiedy tylko w błękicie, najlepiej, kiedy
oglądowi towarzyszy mroźne powietrze.
Wcale jeszcze nie mróz i wcale jeszcze nie to,
co odbiera oddech.

Później.
Wszystko zmierza do jednego punktu.
Zaprogramowana kondensacja optymalizuje.
Zająć jak najmniej miejsca z jak najlepszą perspektywą.
Być w centrum i być centrum.
Patrząc daleko nie widać tego, co najbliżej.
Można zapomnieć.

Jeszcze później.
Perspektywa staje się znajoma.
O zmianie zaświadczają kolory i
to coś, co czai się za horyzontem.
Teraz potrafisz już nazwać większość rzeczy,
ktore się wyłaniają. I zadrżeć patrząc
Jak odchodzą, pogrążają się w noc.

Prawie noc.
I choć wiesz, że nikt nie zapala gwiazd ani księżyca,
i choć wiesz, że ta koronkowa robótka
ze skał i światła prawdopodobnie umarła
na długo przed twoim pojawieniem się,
a to, co widzisz jest tylko iluzją,
odczytujesz w tym coś ostatecznego
i kawałek poezji nim odnajdziesz.

Taki amen, taki lament

Odchodzi. Światło dokonuje kolejnej przemiany.
Błękitnieją nieba i wody wezbrane, napiera
zmierzch.
Dziś z bezchmurnego jutro pewnie lunie.
Potem przyjdą chłody i biel, noc zapomni o mnie.

A jednak się kręci i nic się nie stanie?
Nie będzie odpowiedzi mniej lub bardziej właściwej
na każde, na żadne pytanie.