Archiwa

Turysta

Gdy się zwiedza, zawsze coś tam w pamięci zostaje. Jest się wtedy dorywczym pacyfikatorem wrażeń, mędrcem płodzącym refleksje o życiu człekokształtnych ludzi, no i nie bez znaczenia jest fakt, że jak się powraca z terenów tropikalnych, można być szpanerem z paluchem dziobiącym we wspomnieniowy slajd, można przy okazji napomykać, tu byłem, to widziałem NA WŁASNE OCZY i nikt mi nie powie, że jest inaczej.

Wizyta starszego pana

Z naszej paczki tylko ja wyszedłem na ludzi: dopadł mnie zły los i zostałem niedzielnym artystą. A przynajmniej tak myślę, kiedy zbiera mi się na oglądanie wstecz. Albo gdy odwiedzają mnie dawni przyjaciele, z którymi nic mnie nie łączy poza niegdysiejszymi śniegami; patrząc na nich uzmysławiam sobie, że na próżno silą się, by mnie zabawić, uwolnić od styksowych rozważań, odwrócić moją uwagę od ryzykownych torów.

Kiedy siedzą przy moim łóżku i trzymają mnie za rękę, dostrzegam, jak męczą się tym nachalnym pocieszaniem, jak drobiazgowo, nie pomijając żadnych detali, zdają mi chaotyczne relacje ze swoich przygód, incydentalnych wędrówek i zaliczonych podróży. Zaczynam wtedy rozumieć, dlaczego są zakłopotani i czemu próbują obdarzyć mnie współczuciem, którego nie potrzebuję.

Ich nieporadne, daremne wysiłki natrafiają na sprzeciw: obronny mur sceptycyzmu. Podejrzliwości. Spekulowania, co kryje się za ich troską i czy faktycznie jest autentyczna. Kłamię, że niczego traumatycznego nie pamiętam, napomykam, że nie warto nurzać się w zaszłościach, wracać do czegoś, co już od dawna nie ma znaczenia. Nalegam więc, by dali mi święty spokój i nie wzbraniali schować się do muszli; skorupa jest moją przystanią. Skwapliwie, z niekłamaną ulgą wyrażają aprobatę, toteż znikam w sobie, cichnę, odgradzam się od nich plecami i nakrywam kołdrą.

Mimo to jestem im wdzięczny: mam wówczas namiastkę swobody. Luzu. Wytchnienia. Nie muszę odstawiać przed nimi szopek z wielkim przeżywaniem. I ta wspólna chęć – prędkie porzucenie łączących więzi – wiodła mnie do przechodzenia na drugą stronę pamięci, w miejsce, gdzie miałem pewność, że nikt mnie nie usłyszy i gdzie bez obawy mogłem zanucić: którędy nie pójdę, tam jestem za późno.

A kiedy nie miałem wyjścia i w żaden sposób nie mogłem uniknąć spotkania, zapędzony w pułapkę pozdrowień, pogodny i zrelaksowany, odprawiałem przed nimi ceremonię wzajemnych cackań i serwusików. Co miało świadczyć, że, przyparty do muru, potrafię znaleźć się w towarzystwie, bo nadal kołaczą we mnie resztki ogłady. Zwykle jednak nie mam chęci na pogawędkę.

Lecz z rzadka, zmuszony okolicznościami, konwersuję. Machinalnie, pobieżnie, byle zbyć. Jak gdybym za wszelką cenę usiłował dostrzec w tych rozmowach – wyłącznie dodatnie cechy, a z premedytacją opędzał się od niedyskretnych i opresyjnych, których, lękając się i broniąc przed nimi, oczekiwałem. Jakbym podświadomie wyczuwał, że pozostało we mnie coś wstydliwego, coś, co wisi nade mną jak miecz podobny do grzechu ożywionego wspomnieniem, coś, od czego nie powinienem uciekać, a uciekam, do czego nie powinienem wracać, a wracam.
Lecz mimo iż zależy mi na znalezieniu w przeszłości bodaj ostatków cieni po onegdajszych pozytywach, natrafiam na same minusowe zalety. Choć różni zawistnicy powiadają, że jestem wykwaterowanym z rozumu, zdeklarowanym besserwisserem, kreaturą określaną jako człowiek o przesranych poglądach, to gdy się z tymi poglądami zdradzałem, towarzyszyło mi urągliwe, nieodmiennie powątpiewające spojrzenie spode łba, a gdzie się nie pojawiałem, czekała mnie ironia, sarkazm, poruta. Tu zaznaczę, że już nie przejmuję się podobnymi opiniami, tylko ciągle i konsekwentnie, ze skrytą nadzieją i zdwojoną siłą zmierzam w kierunku pogubionej przyszłości.
*
W czasie, gdy umacniano mnie w przekonaniu, że jestem nominowany na następcę Spielberga, ponoć tkwiły we mnie „niewyczerpane zasoby” i „diamentowe pokłady”. Podobno zamierzałem popieścić przestrzeń amatorską kamerą, sfilmować ją w sposób odległy od tradycyjnego, wybitnie awangardowy, a tak sugestywny, nowatorski i przesycony ZNACZENIEM, że nie pozostawało mi nic innego jak bić sobie pokłony i nie wychodzić ze zdumienia, że oto ja, nieszczególny aspirant do filmowego Parnasu, zasiądę wśród luminarzy, koryfeuszy niemal i że to mnie będą słuchać jak pies trąby, chłonąć moje słowa i mówić do mnie kolego.

Już na myśl, kim będę, jak zostanę okrzyknięty oczekiwanym Canalettem kina, ogarniało mnie roztkliwienie. Bo faktycznie: coś we mnie drzemało. Na przykład, zdzierałem z oczu zasłonę i odsłaniał się przede mną niefikcyjny konglomerat; utkany z krajobrazów, powstały podczas wszystkich moich upalnych czy deszczowych wędrówek, dziennych lub nocnych włóczęg, spontanicznych wypadów w nieznane: melanż wyrosły ze wzajemnego przenikania.

Gdy maszerowałem ulicą, to nie patrzyłem na chodnik pod kątem trywialnych wybojów, dziur i łat, tylko widziałem w nim zbiorowisko wszystkich dotychczas przemierzanych dróg, dzielnic napojonych mgłą, uliczek między blokami, bulwarów tchnących bryzą.

Jednym słowem chciałem stworzyć prekursorską kategorię herosa. Nie pojedynczego, zmanierowanego, lub prostolinijnego człowieka, człowieka wpędzonego w galimatiasy przeżyć, lecz bohatera – ulicę, bohatera – trotuar, bohatera – wedutę; pragnąłem obsadzić miejski bruk w roli głównej, przewiercić się przez jego betonową duszę i poddać PSYCHOLOGICZNEJ obróbce. Inaczej niż banalnie, odrębniej i przeciwniej niż zwykle, tak, by fabularne przygody ludzi pętających się po ekranie były uzupełnieniem, dodatkiem, tłem, drugim planem i incydentem bez konsekwencji.

Ciekawiło mnie, jak radził sobie z chodnikami dajmy na to Fellini, lub pozostali wielcy, Antonioni, Bunuel, już nieaktualne, lecz jeszcze gigantyczne postaci, na temat których wiodłem niekończące się dyskusje z Rurą, pierwszym gościem, który się na mnie poznał, jedynym, który krzyknął: objawienie!

Rura wywierał na mnie onieśmielające wrażenie: dwumetrowy blondyn z kręconymi loczkami, masywny facet o powłóczystym wejrzeniu tępaka. Co było wysoce mylące, bo należał do bystrzaków. Ale bystrzaków z cicha pęk; jego sylwetka o nieobecnym wzroku, błądziła po naszych twarzach majestatycznie i sennie; poddając je ustawicznym ocenom, górując nad otoczeniem.

Krążyła o nim krzywdząca fama, jakoby czego nie tknął, we wszystkim był przeciętny. Wprawdzie krążyła, lecz wyłącznie wśród tych, którzy nie zdołali wygramolić się spod ciężaru własnej nijakości. Owszem, co jakiś czas męczyła go prostracja, prześladowały obiekcje, gniotły psychiczne sinusoidy. Wtedy mógłby odnieść sukces w prowadzeniu sklepu ze skrupułami; porzucał racjonalne myślenie, tracił dystans do siebie, nie przemawiały do niego żadne logiczne argumenty. Ogarniała go rozpacz, ulegał irracjonalnym przygnębieniom, kłębiło się nad nim coś na kształt czarnowidztwa.

W takich chwilach mawiał, że jest intelektualnym słabeuszem, niczego nie umie, nic nie potrafi, a co robi, robi źle i zwolna stacza się w kwas. Gderał, że czuje się izolowany od reszty społeczeństwa i jako odszczepieniec ma przed sobą denny los. Marudził, że tak się uczyniło, iż kto bezwarunkowo wierzy w przemożne znaczenie guseł, ten jest cywilizacyjnie do przodu, a komu nie po drodze z kuglarstwem i bełkotami, temu zewsząd nędza. Twierdził, że do tej pory nie szedł za właściwym postępem, w związku z czym ma feudalne życie, co z góry skazuje go na kwękające wynurzenia. Jednak na razie nie ma dla niego wyjścia i zadowala się pokazywaniem strutej miny. Jak też zastanawianiem, gdzie popełnił błąd i do kiedy mu będzie łyso. Rozważaniem, co będzie dalej i czy komuś uda się cofnąć opadanie kurtyny.

Wówczas trzeba go było utulić. Przygarnąć do serca. Wszelako zrobić to należało tak serio i szybko, by nie zdążył się połapać, że rozmiary jego tragedii nie wzbudzają dostatecznego zainteresowania i są banalnej wielkości. Bo gdy zorientował się, że nie zaimponuje swoimi zgryzami i nikt się nie pali, by mu współczuć, szparko zmieniał strategię: obracał pochopne zwierzenia w żart, zniekształcał je, umniejszał i albo zbaczał z trajektorii, albo kluczył nieopodal swojej wpadki, by móc udowodnić, że słyszymy to, czego nie słyszymy.

Ale jeszcze częściej zdarzały mu się porywy, olśnienia i weny. Lubił wówczas myśleć, że jest gigantem, niepoślednim twórcą z najwyższych półek; przeświadczenie to dominowało nad nim ilekroć podnosił się do życia. Przepadał wtedy za pouczaniem, strofowaniem, belferskim przymuszaniem do artystycznego otoczenia do pójścia w ślady.

Z tym, że były to ślady niesprecyzowane i mało wyraziste. Prędzej grząskie przeczucia, zarysy, niedokończone projekty. Głównie zaś kochał prowokować, wpędzać w konfuzję; z miną niewiniątka, z wyżyn swojej pychy, zadawał wywrotne pytania i sycił się widokiem protagonistów, lojalnych totumfackich, przybocznych akolitów, giermków doprowadzonych do wściekłości, wprzęgniętych w trudne odpowiedzi.

Cieszył się wtedy; bawił go widok cudzej piany na pysku; był mistrzem w mówieniu nie wprost. W okrążaniu spraw istotnych i rzucaniu ich na pastwę śmichów – chichów. Jednak żeby okazał się w czymkolwiek średni, to nie powiem.

Kiedy wczoraj przyszedł do mnie, zaskoczył mnie tym, że zjawił się znienacka, bez uprzedzenia, jakbyśmy nie rozstali się w gniewie. No i że jeszcze nie zdziadział. Wyprostowany, nad wyraz rześki, świeżutko po kapitalnym remoncie w SPA, ogorzały, tryskał energią i nie miał w sobie ani śladu po onegdajszych zgryzotach. Opuścił go też zmyłkowy, taktyczny wygląd sennego tępaka. Twarz mu wyszlachetniała, a blond-rurki spłaszczyły się, przerzedły i wypłowiały.

Zamiast kurtuazyjnego wstępu zapodał, że od kiedy zmienił stan cywilny, odżył z kretesem i już jest nie ten sam. Ma zaległą ochotę na poznawanie świata, podróżowanie, zwiedzanie miejsc, które były dla niego niedostępne, dalekie, zakazane z przyczyn materialnych. Tu od niechcenia łysnął koronkową robotą: złotymi zębami otrzymanymi jako ślubny prezent, bonusowy dodatek do intercyzy.

Z dumą też powiedział, że małżonka siedzi w hotelu, nie pozwala mu pracować ponad stan i w ogóle spoziera na niego krzywo, ilekroć zaczyna coś dłubać na boku. Kazała mnie pozdrowić, dodał, dodał jednak z takim przytupowym akcentem, jakby oczekiwał z mojej strony wyrazów wdzięczności. Jakbym powinien być zaszczycony, że nieznana kobieta zaocznie i bezinteresownie pofatygowała się z uprzejmościami do faceta o zaprzeszłym znaczeniu.

Od niechcenia strząsnął z garnituru niewidoczny pyłek i oznajmił, że patrzy na świat prościej, inaczej, niż jakeśmy się ostatnio widzieli; z dnia na dzień porzucił filmowanie, śmieszą go płytkie dyskusje o metodach reżyserowania, o różnicach widzenia wśród starych i młodych. Poniechał i od razu przestały go interesować dawniejsze priorytety, pasje, przelotne fidrygałki. W dupie ma obecnego ducha spróchniałego czasu, zobojętniał na niegdysiejsze frasunki o przyszłe losy tak zwanych artystów, twierdzi bowiem, że wyziębło mu całe to śliskie zaangażowanie w problemy, które nikogo poza nim nie interesowały. Zastanawia się, jakim cudem udawało mu się dotąd istnieć bez dzisiejszego dobytku, uganiać się za bezwartościowymi wartościami, balansować w dyskusyjnym rozkroku, na krawędzi, między przepaściami. Co dziwi go niepomiernie.

Mimo to ilekroć napada go uczucie nostalgii za przeszłością, za każdym razem maltretuje się wspomnieniami z poprzedniego wcielenia i odwiedza dawnych znajomych, przyjaciół z artystycznej kołyski. Dzisiaj, oznajmił, padło na mnie. A ponieważ nie widzieliśmy się te dziesiąt lat, gadaliśmy jak nigdy: popijając pod to były piękne dni.

Raptem przestaje nawijać, puszcza moją rękę i na milcząco w sufit się wgapia, co dużo znaczy, bo zwykle był z niego mowny koleś, zaczyna więc wspominać jak z katapulty, nudzić o tym i siamtym, na przykład, gdy siedząc w ciemności okraszonej kubełkiem popcornu, w mroku przerywanym klaksonami komórek, rozparci w pierwszych rzędach, usiłowaliśmy dostroić się do atmosfery poważnych prelekcji o niczym, lub gdy z otwartymi koparami słuchaliśmy niszczycielskich mędrkowań o surrealizmie Bunuela, podniosłych bajd o przeintelektualizowanym przedmiocie pożądania i postmodernistycznych wizjach niejakiego Almodovara, w których to stekach bzdur roiło się od nietrafnych cytatów i lapsusowych odniesień z pogranicza filozofii – ten powiedział tak, tamten przyłożył mu owak – same głodne kawałki.

Nie da się ukryć, że było to dla nas niestaranne uczestniczenie: po dłuższym siedzeniu w kinie brakło nam zdrowia na porządne robienie bokami, czuliśmy więc, że odpływają nam wszystkie pozostałe soki mózgowe, a po białym prześcieradle nie śmiga strażnik Teksasu, nie galopuje też John Wayne na swym wiernym pony, za to po ekranie przetacza się czarnobiała, korpulentna twarz Obywatela Kane, my zaś zastanawiamy się, co tu robią nasze zwłoki, za jakie karmy daliśmy się wtłoczyć w nieproszone przeżycia.

Lecz diabeł majtnął ogonem i piorun strzelił w kalkulator: zadziałały promille i okazało się, że pozostaniemy głupkami na zawsze, a kto wie, czy nie na dłużej. Dopiero teraz, gdy nam się odwidziało z artystycznym nabzdyczeniem, gdy nareszcie zrozumieliśmy, żeśmy obaj kompletne zera i żadne z nas prekursory, ot, dwa ubzdryngolone cymbały nad cymbałami, gdy załapaliśmy, że z naszej strony nie mogło być mowy o żadnym znawstwie, koneserstwie czy profesjonalizmie, toteż nie powinniśmy zadzierać nosa, uważać, że coś w nas drzemie, jesteśmy niezastąpieni, nieodzowni, namaszczeni na Wielkich Człowiekowatych, bo, de facto, co my takiego wiemy? Toteż po złożeniu niniejszej samokrytyki pokropionej ognistą wodą, zgodnie wyznaliśmy, że zabawa w tworzenie filmu winna polegać na dostarczeniu widzowi gołych fotografii. Publika ma otrzymać worek ze zdjęciami i niech sama sobie kleci fabułkę.
Pomimo tego wciąż marzymy, by zobaczyć pejzaż bez akcji; ani szybkiej, ani wolnej, same neutralne pstryki z kapką barw, żadnych moralnych dygotów czy rozważań zmuszających do chlipiącego bądź rechotliwego myślenia. Naszym zdaniem reżyser nie powinienem dawać przyszłym widzom instrukcji prawidłowego przeżywania: podpowiadać, gdzie pogrzebał psa. Ale cały czas nie możemy wyzbyć się myśli, że w naszym życiu zaszły aż tak duże zmiany na lepsze: Rura wydoroślał, a ja zapłaciłem za Izbę Wytrzeźwień.

Rekomendacja

Nazywają GO różnie
jedni szczerze
inni z przekąsem
czasem równy chłop
niekiedy świnia
jak w życiu
ale najczęściej mówią do niego Al
Al od tego gangstera za podatki
jednak gdzie mu startować do tego zaszczytu
zwykły z niego rzezimieszek
stateczny rabuś
co on tam kradnie
kogo flekuje
same płotki
uważam go za genetycznie zacnego człowieka
więc jako drań spod nieformalnej gwiazdy
tuła się od włamania do włamania
właściwie częściej bywa na zasiłku
dla zakapiorów
aniżeli jest wynajmowany
do klasycznego mordobicia

Trwoga

Za posępną zasłoną znanego pragnienia
wtulony w barłóg
czekam na przyjście dawki swoich zwidów
wsłuchując się w jęki zegara
rytm grozy wskazówek
budząc się do wciąż tych samych urojeń
Słyszę uparcie swoje umykanie
szmer sekund za ścianą
skrzypienie okiennic
wiatr na pastwie deszczu
bezpowrotne drżenia
Śniąc o przedawnionym
liczę żyłkowane
skroplone minuty

Komentarze

Pisuję na rozmaitych forach literackich i często zdarza mi się publikować ten sam tekst. A robię to nie dlatego, by zachwycać się swoim nazwiskiem i fabrykowaniem gniotów, lecz dlatego, by czytać rozmaitego kalibru komentarze i komenciki: ciekawi mnie odbiór mojego gryzdania. Niekiedy zauważam brak komentarzy i to też jest swoista reakcja. Zniechęcająca, ale taki jest los piszącego. W każdym jednak wypadku głos czytelnika jest pouczający i ważny.

Z uporem tetryka nawykłego do wszystkiego logicznego stwierdzam arbitralnie, ostatecznie i po wieki wieków, że CZYTELNIK, to dla autora – grunt. Podstawa jego bytu i niebytu. Uzasadnienie literackiej egzystencji.

Jako nałogowy socjolog – amator, bardzo lubię sobie wyciągać wnioski na ten temat i cichcem sobie stwierdzam, że ten sam tekst na jednym portalu został uznany za taki sobie, na innym natomiast oceniony został jako śliczności. A znowuż na innym przeszedł bez komentarzy. Na jednym czytelnicy uważają mnie za grafomana i proponują, bym zamknął pysk, na innych namawiają na opublikowanie książki. Lecz na szczęście nie jestem bufonem i zamiast saturatora mam w głowie kapkę oleju. Tenże mózgowy olej pozwala mi na zachowanie zdrowego rozsądku.

Z uporem naiwnego maniaka zadaję sobie ciągle aktualne pytanie: czy mając zasób wiedzy i doświadczeń porównywalny z wiedzą i doświadczeniami wyniesionymi z przedszkola lub żłobka, mam wystarczające powody do zadzierania nosa i mogę czuć się pyszałkiem, wiedząc o istnieniu Saroyana, Dostojewskiego, Bunina, Czechowa, Maupassanta?

Kiedy czytam Białoszewskiego, Faulknera, Joyce‘a, Updike‘a, Leśmiana, Balzaka, Baudleaire‘a, Słowackiego, Różewicza, Twardowskiego lub Herberta, jak mogę, z aroganckim czołem, przeciwstawiać tym ludziom niezdawkowej myśli, swoją mizerotę? Jak mam pouczać kogokolwiek, skoro nie potrafię napisać lepiej?

*

Tak sobie miarkuję, że jakość komentarzy zależy od związanych z nimi – oczekiwań. Jeżeli wklejam tekst na forum grupujące ludzi usiłujących nauczyć się pisania, to nie powinienem wściekać się, że wytykają mi bezmiar niezasadnych przecinków, literówek, nieużywanych słów, przeterminowanych imiesłowów i tego typu przydatków lub naddatków. Lecz jeśli wpisuję swoje bzdety na forum służącym do prezentacji procesu myślowego, świadomie narażam się na opinię ludzi piszących nie od dziś, na ocenę tych, którzy na literaturze zjedli zęby, niejedną książkę przeczytali, wiedzą więc, na czym polega twórczość, dlaczego niektóre teksty zasługują na merytoryczną dyskusję, a niektóre – na lekceważące machnięcie ręki. Mogą zatem osądzać, czy idea zawarta w utworze jest wyrażona sensownie i klarownie, a mogą, ponieważ zamiast legitymacji w postaci wirtualnego dyplomu, zaprezentowali czytelnikom wiele swoich utworów świadczących o tym, że znają się na rzeczy, są profesjonalistami, że nie zamierzają bawić się we wnikliwe rozważania o tym, czy w trzecim zdaniu opowiadania ma być wielokropek; ryzyko publikowania na określonym forum wiąże się zatem z określonymi konsekwencjami i nie ma powodu popadać w estetyczne konwulsje.

Po linii najmniejszego oporu

Pod tekstami omawiającymi twórczość Szymborskiej, poetki rozpoznawalnej na świecie, cenionej za głębię i zaskakującą precyzję sformułowań, wydawanej w milionach egzemplarzy, znajdowałem koszmarne wybroczyny internetowej myśli w rodzaju: „ale płytka nędza! Ja takie bzdety piszę w kiblu”.

Z ciekawości zaglądałem na tak zwany profil komentatorskiej łajzy, bo chciałem się przekonać, jak sama pisze, bo zakładałem, że skoro tak surowo ocenia poetkę, to z pewnością ma ku temu jakieś powody, no i że robi to o niebo lepiej. Lecz choć pilnie czytałem wszelkie jej teksty i ciągle miałem nadzieję, że potwierdzi swoją maestrię, nic takiego się nie stało; każdy opublikowany przez nią wyrób grzeszył truizmami.

Albo obezwładniał czytelnika pornograficznymi pomyjami po Gretkowskiej, np. o frapujących przygodach męskich odnóży w pochwie. Ale, o dziwo, pod tymi głupkowatymi produktami czytałem huraganowe zachwyty i histeryczne uwielbienia, niemal modlitewne prośby o dalsze pisanie w tak doskonałym stylu.

W akantowym tekście z ubiegłego roku Ariana Nagórska** broniła dobrego imienia Jakuba Wojciechowskiego, pisarza-samouka odkrytego przez Boya Żeleńskiego, bezczelnie, zawistnie i bezpodstawnie zaatakowanego przez jakiegoś durnia z nuworyszowskim tytułem magistra. I co? I jajco: do tej pory nic się nie dzieje.
Cóż, powiedzieć można: de gustibus… Można też powiedzieć WON!

Sztuka nigdy nie była udziałem mas, tylko wąskiego grona pasjonatów piękna. Natomiast sztuka naśladowcy artysty, hulała i nadal hula po świadomości ludzi niezdolnych do krytycznego spojrzenia na własny dorobek, wierzących, że być Chopinem, Wyspiańskim, Norwidem lub Szymborską, to nic wielkiego i byle patałach może rżnąć geniusza.
*
Od pierwszego zdania zaczyna się niszczenie zwolenników obecnego stylu życia. A im dalej, tym gorzej, jestem więc w stanie wyobrazić sobie ich oburzenie z powodu dalszego ciągu mniam-mniam-tekstu Tadeusza Sobieraja*, artykułu przeciwstawiającego geniusza – pozostałym vice-wybitnym stanowiącym awangardę ariergardy: małostkowy tłum statystów z niegramotnymi halabardami.

Geniusz, to według Autora – introwertyk, osobnik bardzo pojedynczy, zawzięty w dążeniu do celu, zazwyczaj samotny kiej pies. Samotny jednak z własnego wyboru. Nie ustanawia grup czy szkół, nie wlecze za sobą wniebowziętej ciżby akolitów i koncelebrantów, nie podlizuje się komukolwiek, krótko mówiąc, nie wznosi bałwochwalczych ambon z teoriami, kierunkami, tendencjami, chwilowymi paradygmatami.

No i osobny jest z przyczyny zażartej niechęci współczesnych: wolny od uczestnictwa w silnej, a zawistnej grupie patałachów pióra, pędzla czy dłuta. Że zaś bez ustanku para się myśleniem w kategoriach wykwintnych i ekskluzywnych, nie uczestniczy w salonowych mszach obfitujących w twórczą niemoc.

Obce mu są papuzie mody, zasiadanie i błyszczenie wśród salonowych puf, z ochotą stroni od zadawania szyku i brylowania w glorii, zalatują mu wstrętem groteskowe galerie i minoderyjne piwnice o jazgoczących poglądach na sztukę bez sztuki. Kroczy własną, niebełkotliwą drogą przecierając szlak. W ciszy i skupieniu odwala żmudną robotę nieznanego artysty; być może, gdy już dokona żywota i wyprzedzi żółwią epokę, jego truchło znajdzie się jakimś cudem na pegazowym świeczniku dla nieśmiertelnych. Na razie sam sobie jest sterem, żeglarzem i marnym księgowym z marnymi rokowaniami.

Niekiedy sądzę, że byłoby mu lepiej, gdyby nie narodził się teraz, tylko przeczekał gdzieś w rodzicielskich gonadach i objawił dopiero wtedy, gdy ucichnie nawałnica tandet, gdy świat zetrze łuski z oczu i dopadnie go opamiętanie i nastąpi rezygnacja z biegu donikąd. Bo teraz i tak nie zostanie zauważony, i tak zginie w gąszczu ciężarów ze szmiry.

To jeden biegun. Natomiast na drugim rozpiera się dychawiczna, nonszalancka, agresywna zgraja pretendentów do tytułu bezdyskusyjnego mistrza. Uzurpatorów pióra, pędzla, fabularnej kielni. To dla niej, z myślą o niej, z jej powodu narodziły się rankingi sztucznej popularności, bestsellerowe listy Autorów Tysiąclecia i Tomików Galaktyki, góry, zwały i niewypały prezentacji, wernisaży, galerii lub instalacyjnych czy fotograficznych Wystaw Jednego Sezonu lub Festiwali Ogórkowych Wydarzeń.

To za ich sprawą rosną niemiłosiernie prymitywne, lecz przekonane o swoich umiejętnościach szeregi artystycznych jętek-jednodniówek. Literackich, rzeźbiarskich, muzycznych. To przez nią topnieje językowe bogactwo, iskrzenie opisów, nikczemnieją pisarskie zasady czy elementarna znajomość podstaw i genez.

A w miejscu na zdrowy rozsądek pojawia się podwójna moralność i różnorodność względnych, koniunkturalnych form. I to tej zgrai zawdzięczamy powrót do pisma gruzełkowatego, brak uczciwości merytorycznych ocen i kociokwik w kryteriach.
Nie warto tracić na nią czasu, bo złożona jest z figur zauważalnych przejściowo: prędzej czy później przeminie jak Putrament i jego dworzanie. Warto natomiast zastanowić się, dlaczego lansowane przez nią poglądy zwyciężają. Odnoszą tryumfy i zawłaszczają profity od zawsze po wciąż. Co takiego drzemie w społeczeństwach, że nie umiemy wyjść z zaklętego kręgu inercji i łatwizny.

Dla mnie odpowiedzią jest nasze dążenie do wygody, stadny pęd do osiągania bezwysiłkowego szczęścia po wszelkich możebnych trupach. Dla mnie winny temu zjawisku jest obecny, oszalały, nie ludzki, ale komercyjny POSTĘP-NA- SKRÓTY.
*
Na czym polega POSTĘP? Na dzięciolim wykuwaniu obywatelskiej pomyślności, na nieegoistycznym pragnieniu powszechnego dobra, na dalekowzrocznym rozumieniu, czym jest. Tak po sprawiedliwości, bez utopijnego bredzenia i nawiedzonej pląsawicy sprzecznych argumentów. Dlaczego? A choćby po to, by nam dobrobyty i samopoczucia obrastały w pewność, że istniejemy nie po to, by się nażreć byle czego, stworzyć byle co i zejść byle jak.

Tymczasem możemy zaobserwować proces odwrotny, postępowanie opierające się na świadomym odrzucaniu tych zdobyczy, które jeszcze nie tak dawno temu stanowiły powód do dumy. Jesteśmy świadkami regresu, nieprzerwanej cofki kompromitowanych ideałów. Lecz wbrew sabotażowym wysiłkom nieudaczników świat wciąż trzyma się krzepko i nie ginie. Mądre książki są pisane nadal, odkrywcze malunki powstają, ludzie chodzą do teatrów. Lecz jest ich za mało i nikną w buszu kiczowatych osiągnięć. Trudno do nich dotrzeć, wyłuskać rodzynki z zakalca obfitości.

Z masami nie da rady wygrać bo i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa, jak mawiają na salonach. Mało komu zależy na kulturze, a jeszcze większej mniejszości chce się użerać z lawiną bezguścia. Stado płynie z prądem i nie odczuwa takiej potrzeby, wcale nie pragnie żyć lepiej i mądrzej, tylko wygodniej i bezrefleksyjniej. Lecz jest to oportunistyczny sposób argumentowania, że TAK BYĆ MUSI. WCALE NIE MUSI, bo wiadomo, czym się skończyła urawniłowka i dyktatura proletariatu i gdzie wylądowała grupowa jednomyślność, owo szydercze echo indywidualizmu.
KTO NIE Z NAMI, TEN PRZECIWKO NAM, głosiły propagandowe slogany i oczadziałe masy dla świętego spokoju pokornie, gorliwie czy posłusznie obierały kurs na świetlaną przepaść, skwapliwie zadowalając się zwieszaniem głowy.

Racja: ”postępu nie można zatrzymać”. Ale czy rezygnacja z dążenia do jakościowo lepszego życia jest na serio POSTĘPEM? Czy nie jest to aby rejterada, powrót do przytulnych jaskiń? Czy postęp w tym rozumieniu nie oznacza kapitulanctwa? Czy ten, co protestuje, musi nazywać się pieniaczem?

Mimo że formy wyrażania myśli przechodzą odsysającą dietę, styl wkracza na wojenną ścieżkę z logiką, a kpem jest ten, komu nie zwisa i nie chlubi się tym, że ma intelektualną pryszczycę, wkurza mnie zatrważający wzrost pogłowia cymbałów, ich upiorny dyktat wobec reszty ludzi pogodzonych z klęską.

Pogodzonych? Nie dajmy się zwariować! Byliśmy przyzwyczajeni do pojmowania Faulknerowskich tasiemcowych wypowiedzi i nie męczyły nas wszelkie Prousty, Balzaki czy Joyce ze swoim jednozdaniowym, bezinterpunkcyjnym, stustronicowym monologiem Molly. Dziś wspomniani autorzy byliby nie do przyjęcia, niezgodni z przepisami na prozę lub poezję, nudni i marudni jak dziadek na przyzbie, a ich utwory byłyby pogonione w krzaki przez wydawcę nastawionego na złodziejski zysk.

Jednak bądźmy spokojni: zmieniają się tylko preferencje; taka jest kolej rzeczy i obecne pokolenia również będą mieć SWOJE SCHYŁKOWE PRIORYTETY: dwumilimetrowe teksty o nieortograficznej treści wołacza na puszczy.

*http://www.pisarze.pl/publicystyka/5315-tomasz-sobieraj-samotnosc-geniusza.html
** http://akant.org/archiwum/26-akant-stycze-2012/886-ariana-nagorska-nisza-kozioroca

Refleksja

– Nie można umieć na 100%. Człowiek pobieżny, uważający się za erudycyjnego macho, popełnia śmiertelny grzech pychy, ma skażone, toksyczne, ograniczone pole manewru, dysponuje chybotliwym zestawem argumentów, które są w zasadzie słuszne, niejako właściwe i ogólnie wyznawane, dopóki nie trzaśnie się w łeb i nie odkryje nowych.

Im mniej wie, tym łatwiej mu lawirować pomiędzy interpretacjami. Orientuje się co prawda, że komuś biją dzwony, lecz co to za powód do dumy, skoro nie zna ich znaczenia dla samotności dzwonnika, ma blade rozeznanie o jego rodzinie i jeszcze skromniejsze pojęcie o ilości spróchniałych schodów prowadzących na wieżę, gdzie mieszka, nie mówiąc o ewolucji ludwisarstwa w Kolumbii.

Lecz kiedy już nareszcie przekopał się przez encyklopedyczną wiedzę o kraju, skąd bije dzwon, i gdy stał się niekwestionowanym erudytą w temacie „Kolumbia”, jedzie po mapie spłoszonym wzrokiem i widzi, że tuż obok rozciąga się Wenezuela, jego następna, rozdzwoniona ignorancja, kolejna przestrzeń nasycona sidłami dylematów, przestrzeń w której dzwony stanowią ledwie szczyt góry lodowej, bo oto pojawiają się przed nim dodatkowe, towarzyszące zagadnienia związane z dziejami metalurgii podczas wypraw krzyżowych.

A gdy przebrnął przez problemy związane z dzwonami, dowiaduje się, że w Hiszpanii, krainie byków i Picassa, też jest co nieco do przyswojenia i tam też można popisać się nieuctwem.

Wiersz perkusisty

…a między tobą
i dzisiejszym mną
huczące milczenie
kaskadami trwa…

Urabia nas pewność
calutka z niczego
Rozgdakane myśli
w połowicznych snach
W zawiłości dnia
i pomroce lat

kurzy się pył
niesiony do gwiazd
i śpiewa gdzieś
i wokoło jest
jak dom
jak Ty
jak już nie wiem co
a między tobą
i dzisiejszym mną
huczące milczenie
kaskadami trwa

Wypracowanie śpika w patentkach

Wstęp
Razem z upływem lat coraz chętniej wracam myślą do tamtych chwil, gdy żyłem odseparowany od dzisiejszych trosk. Przedtem, zanurzony w kolorowych reminiscencjach, utkany z niegdysiejszych marzeń, mogę teraz wyławiać z pamięci widma odległego dzieciństwa; roziskrzone i natarczywe przypominają mi, że warto ulec pierwszym porywom zasychającego serca, wczesnym odruchom naturalnej żywiołowości, poddać się przeczuciom własnej duszy, nim będzie za późno, nim wyniosła Kura Mądrości zniesie dystyngowane Jajko Umiaru.
Niedorozwinięcie
Wywodzę się ze średnio bogatej, lecz klasycznej rodziny: mama, tato i ma się rozumieć – ja, dziecko zrodzone w wyniku skrzyżowania pomyłki ze szczęściem. Tato zarabiał, pracował w terenie, co wiązało się z jego częstymi wyjazdami, ja, póki mogłem, pobierałem nauki zimując od czasu do czasu w oślich ławkach. Albo wałęsałem się po miejscach zbliżonych do szkoły, zaglądając do Empiku, w którym odbywałem niezapomniane, a częste absencje, gdzie udrażniałem sobie lewą półkulę mózgu ze smakiem przegrzebując gazety zawieszone na drucianych ramkach: tygodniki, miesięczniki o kulturalnym wydźwięku. Albo chodziłem na deptak, naszą promenadę dla efekciarzy. Zwoływaliśmy się instynktownie, bez specjalnego wysyłania wici, o telepatycznie ustalonej godzinie, zazwyczaj u mnie w domu: Andrzej, Rura, Gruby i ja na doczepkę.
Wystrojeni w co kto miał, wrzeszcząc i tupiąc tak hałaśliwie, żeby przerażona ulica wiedziała, że to my, szliśmy Alejami, po właściwej stronie, środkiem chodnika, głównym traktem, szukając wzrokiem znajomych. Kroczyliśmy po tej, gdzie mieściła się Radiowa Rozgłośnia, Delikatesy i Plac Wolności z Sorboną, naszą wieczorową budą oraz kościołem, w którym koleś o ksywie Piskorz, przyszły esbek, służył do mszy. Bądź szedłem sam, do pobliskiego parku, czy ogrodu botanicznego, gdzie osobnicy w nagrobkowym wieku, pomarszczone pamiątki z przedwojennych lat, wygrzewały strzykające kości wspominając dobre dni.
Upatrywałem, gdzie są matuazalemy i wio! Przysiadałem się, by ich słuchać, co nieco dowiedzieć się o przeszłości, niekiedy podłączyć do rozmowy i zadać pierwsze z brzegu, nurtujące pytanie, gdyż co innego mówiono mi w domu, a co innego na lekcjach lub oficjalnych akademiach ku czci, zaś ja chciałem pozbyć się mętliku w skołowanej głowie. Zatem były to moje wstępne studia, zgrubne fakultety, inauguracyjne przymiarki do zdobywania ideowych ostróg! Tam dopiero, wśród istot kończących nieprzegrany żywot, dzięki ich wykładom zaliczałem pierwsze sesje z charakterologii: warsztaty psychologiczne. Tam też dostrzegłem złożoność otaczającego świata; wystarczyło mi kilka dni spędzonych na konwersatoriach z naocznymi świadkami wydarzeń, bym nabrał pewności, że to nie system robi ze mnie durnia, ale ukrywający się za nim ludzie: jacyś nieznani oprawcy z tej lub tamtej strony barykady wbijający mi do łba, w co mam wierzyć.
A później, najchętniej i najczęściej, znikałem z belferskiego pola widzenia i kuśtykałem do biblioteki, gdzie, mijając wypożyczalnię, wkraczałem przez podwójne drzwi do czytelni, i od razu znajdowałem się w rzeczywistej rzeczywistości, oddzielony barierą ciszy od zgiełku zewnętrznego świata: w ekskluzywnej przestrzeni wymoszczonej książkami.
Lubiłem beletrystyczne, jednak nie do fabuł mnie ciągnęło. Przeciwnie, popychało mnie w kierunku faktów, szczegółowych opisów, niekwestionowanego realizmu, biograficznych i reportażowych ponderabiliów: w kierunku czegoś niezabarwionego fałszem. Fabuły ilustrowane obrazami znanych i nieznanych malarzy, artystów o zamaszystym, a celnym ruchu pędzla, grafiki mistrzów ołówka, rysika czy rylca, w połączeniu ze znakomitymi tekstami, i owszem, pochłaniałem także; Balzak, Proust, Mann, Frisch, prozaicy tej miary, niedościgli derywatorzy i odnowiciele słów, wirtuozi rytmu zdań i szyku wyrazów, konstruktorzy i prekursorzy nieznanych mikroklimatów, opisywali światy swoich wyobraźni tak plastycznie i z taką mocą perswazji, że nie mogłem nadziwić się, iż pozostali, pomniejsi i epizodyczni, wytykają im wady, szukają w nich błędów, mielizn, stylistycznych potknięć, starając się wykazać wyższość własnej nędzy nad tym, co jest poza ich zasięgiem. Ale największą satysfakcję, wręcz rozkosz odczuwałem, robiąc sobie okłady ze słowników, kompresy z encyklopedii, nurkując w odmętach relacji z przeszłości, w niuansowych głębiach oceanów Historii, Historii, która z każdą chwilą stawała się mniej obca, a bardziej zrozumiała.
Wertując leksykony, przekonywałem się, ile jeszcze nie wiem i jak wiele nauki przede mną. I ta myśl przyświecała mi stale. Zwłaszcza w napadowych momentach uderzeń pychy, gdyż od razu, jakby na zamówienie, do mojego wnętrza wdzierał się sceptyczny, ostrzegawczy, oprzytomniający brzęczyk sygnalizujący mi, że w porównaniu do wiedzy, o której nie mam pojęcia, ta, którą dysponuję, jest ledwie cząstką, informacyjnym paprochem, nie mam więc powodu do zadzierania nosa, kłaniania się sobie i całowania po rękach.
*
Mamę natomiast rozpierała energia innego rodzaju: w drętwy czas, gdy nudy brały górę nad pudami, a olej ścigał się z flakami o lepsze, nosiło ją po kominkach. Najczęściej bywała w ciastkarni Crystal. Chadzała do niej odpicowana zgodnie z mieszczańskimi wyobrażeniami o dobrym smaku, w kapeluszu o szerokim rondzie, w sukni zbyt wytwornej jak na tamte lata, szytej na obstalunek, lecz szytej z przesadą: w kiecce usianej zagraniczną podróbą elegancji.
Uzbrojona w umbrelkę służącą jej do odganiania absztyfikantów i wymachiwania w kapuśniaczkowy dzień, a kiedy z nieba lał się gorąc – do kokieterii, zostawiała płaszczyk w szatni i siadała przy stoliku zakładając nogę na nogę. Zajmowała miejsce ciągle przy tym samym, w grupie pań wiecznie ciekawych plot, zachodzących na eklerki przyprawione gdakaniem, w towarzystwie damulek z wyfiokowanymi manierami, przebywających na krasomówczym głodzie i swoistym odwyku od milczenia.
Pojawiała się w nim, kiedy ojciec wyjeżdżał w trasę, przepadał w innym województwie, znikał na miesiąc lub parę tygodni i tylko co pewien czas odzywał się telefonicznie powiadając, że wszystko gra, choć przeczuwaliśmy, że tak naprawdę nic nie gra i żadna szafa nie tańczy z jakąkolwiek komodą.
Któregoś dnia zadzwonił, by oświadczyć, że mu się pieprzy, sypie, rozłazi, traci sens, że nie wie, co począć, bo według niego mleko już się rozlało i nic nie można zrobić, nie czas na reperację i makijaże rumowiska, a na zakończenie – między gadkami o szmatkach – trzasnął nas oczekiwanym słowem „rozwód” i usłyszeliśmy w uzasadnieniu wyroku: „odchodzę od was, bo mam nową dupę”.
*
Uwolniona od ponurej obecności zmiennika Filona, odprężona i rozluźniona perspektywą rychłego zerwania małżeńskich więzów, przemieniła się z uległego, płochliwego i na wskroś niewinnego stworzonka, w opryskliwą megierę, rozwścieczoną kocicę, markietankę żądną tego wszystkiego, przed czym jej poprzednia, subtelna natura wzbraniała się dotychczas; nazajutrz po telefonie, by poprawić sobie humor, pośpieszyła do fryzjerskiego zakładu na rogu, do niepokojąco ciemnej razury, balwierskiego salonu o dwóch skrzyżowanych brzytwach wiszących na cynowym talerzu przed wejściem.
W zakładzie królował zabójczy pan Feluś, przystojniak w kontaktowych cynglach, bezdyskusyjny artysta w swoim zawodzie, niewiarygodnie mowny pocieszyciel i utulacz kobiecych dusz, służbowo życzliwy, z fantazyjnym brykietem udającym wąsa. Co moment uwodzicielsko zarzucał falującą czupryną i ściszonym, totumfackim szeptem, pochylając się w stronę maminego ucha, wymrukiwał najświeższe nowiny i co pikantniejsze poliszynele. A potem, jak gdyby nigdy nic, zacierał ręce i brał się za robotę: mycie, farbowanie, zabawę z kolorami, układanie, modelowanie, konstruowanie istnych dzieł sztuki.
Wyondulowana, usatysfakcjonowana tym, że prezentuje się lepiej od nieopuszczonych przyjaciółek, rozpromieniona, udawała się do punktu odnowy kosmetycznej: pakamery usytuowanej na zapleczu. Szła do miejsca zarezerwowanego tylko dla stałych i zaufanych klientów. Przenikała przez kotarę dzielącą część publiczną od sekretnej, a tam, jak zwykle, trafiała na specjalistkę od depilacji, niejaką Bebę, eteryczną postać żywcem ściągniętą z żurnala mód, uśmiechniętą jak ser do głupiego.
Mnie to wkurzało, bo nie mogłem zrozumieć, co ją bawi i dlaczego nie jest przygnębiona jak Bóg przykazał; mąż albo na zasiłku, albo w pudle, syn na kolejnym detoksie, córka w defloracyjnej ciąży, z czego tu się cieszyć?
Zakończenie
A za niedługi czas potem podupadłem na zdrowiu i przyszły na mnie takie terminy, że o wychodzeniu gdziekolwiek mogłem zapomnieć; rozłożyło mnie dokumentnie i było ze mną bezapelacyjnie źle. Każdy następny świt wydawał mi się zaropiały, a lada następne przebudzenie wpędzało mnie w bezgraniczny smutek: w spiżowe trwanie pośród spiżowego życia. Życia, w które po każdej klęsce wkraczałem z odnowionym zapasem niespożytej nadziei po to tylko, by rozczarować się po raz kolejny.
Tęskniąc za jaskrawością nieznanych przeżyć wiedziałem, że postradałem je na chwilę wydzielającą z siebie zapach paranoi. A wiedząc, że jestem odtrącony przez niebo, tworzyłem własne: złożone z ideałów nie podlegających prawom obalania.
Wydawałem się sobie uległym, może nawet przymilnym – na zewnątrz. Lecz w środku uciekałem w depresję: chowałem się za swoje cierpienia. W zależności od pory dnia lub nocy, od tego, w jakim byłem nastroju, lubiłem udawać, że jest ze mną ok. Albo wolałem rozpaczać nad światem, który łudził mnie obietnicami bez pokrycia.
Jedyne, co potrafiłem, to patrzeć przez okno. Więc tylko z okna widziałem, co się święci. Jednak, że zaokienny widok nie obfitował w doznania, które mogłyby mi służyć do szerszych refleksji i być pożywką do ich snucia na dłużej niż moment, wziąłem się za czytanie. Lecz było to czytanie inne od poprzedniego, ponieważ postanowiłem, że skoro mam spędzić resztę życia w pozycji horyzontalnej, powinienem wykorzystać wszystkie swoje pozostałe możliwości, by skoncentrować się na tym, co lubię: na nauce, lekturach, może pisaniu. Tym więcej, że wciąż prześladowało mnie wspomnienie rozmowy przeprowadzonej w parku: staruszek pamiętający niezłachane czasy rzekł mi podczas naszej ostatniej partii szachów, że jeśli człowiek ma jakieś widoczne wady, to musi przemienić się na tyle, by przyćmić je zaletami.
• Śpik – smarkacz
• Patentki – bawełniane pończochy

„Ziemia obiecana”

Nie mam nic przeciwko filmowym adaptacjom lektur, o ile są zgodne z pierwowzorem. Zwłaszcza teraz, gdy poznawanie obowiązkowych utworów literackich należy do rzadkości. Kiedy nawet nauczyciele polecają obejrzenie tychże w okrojonej postaci obrazkowej.

Tak jest w przypadku „Ziemi obiecanej” według Andrzeja Wajdy: w odróżnieniu od ekranowej i nieuprawnionej wizji reżysera, główny temat powieści Stanisława Reymonta nie zawiera się w posępnym opisie dziewiętnastowiecznej Łodzi, Nie jest TYLKO prymitywną ilustracją narodzin żarłocznego kapitalizmu, konfrontacją nędzy z bogactwem, tryumfującej bezwzględności, intryg i malwersanckich planów kasty fabrykantów.

Główny jej temat, to optymistyczna przemiana moralna z wyrachowanego, cynicznego i nawet dla swoich bliskich bezwzględnego przemysłowca, Karola Borowieckiego, we wrażliwą istotę, która w ostatnich słowach dzieła wyznaje: przegrałem własne szczęście; trzeba je stwarzać dla innych!
Borowiecki, Polak inżynier i zrujnowany szlachcic, wychowany na patriotycznych ideałach, żyjący w otoczeniu wspomnień o niedawnej, a przemijającej świetności rodu, przesiąknięty tradycyjnymi pojęciami na temat honoru i uczciwości, zaczyna dostrzegać, że w świecie, w którym przyszło mu żyć, obowiązują inne zasady i że on ze swoimi pryncypiami nie pasuje do czasów.

Bo czasy to drapieżne. Rodził się przemysł, powstawały fabryki, z dnia na dzień wyrastały z niczego wielkie fortuny, a niektóre ginęły bezpowrotnie. Lecz znikały nie te, które powinny zostać, bo były zdobyte w sposób zgodny z kupieckim poczuciem sprawiedliwości; zostawały tylko te, co opierały się na szwindlach, oszustwach i umiejętnym lawirowaniu pośród cwaniackich norm.

Wchodząc w niesympatyczną atmosferę opisywanych wydarzeń, mam wrażenie, jakby ich ilustratorem był Balzak, najlepszy wirtuoz opisu mechanizmów formującego się kapitalizmu. Podobieństwa narzucają się od razu. Jak bohaterzy Balzaka, tak – Reymonta, tracą złudzenia pojawiając się w wielkim mieście i od naiwnego entuzjazmu przechodzą w stan ostrego rozczarowania. Ogarnia ich pesymistyczny nastrój zwątpienia we własne możliwości, a cynizm i sceptycyzm są ich nową naturą; chcieli podbić świat, lecz zamiast tego gnębi ich poczucie doznanej klęski.

Tak u Reymonta, jak u Balzaka upadek dotyka słabych, bo za uczciwych, na placu boju zaś pozostają kanalie, dla których szlam i bagna są naturalnymi środowiskami.

Karol Borowiecki przegrał, ponieważ – wbrew pozorom – chciał się wzbogacić na robieniu uczciwych interesów. Na nieobniżaniu jakości i niezawyżaniu cen produkowanego towaru. Co by było ogromnym zagrożeniem dla dochodów uzyskiwanych przez szubrawców.

W powieści Reymonta przewija się istna kawalkada biznesowych kondotierów. Począwszy od Żydów i Niemców, a na Polaku skończywszy, przedstawia czytelnikom plastyczne portrety mieszkańców miasteczka Łódź, charakterologiczną galerię postaci owej „ziemi obiecanej”. Ale Borowiecki nazywa ją – ziemią przeklętą. Przeklętą, ponieważ wyssała z niego wszystkie soki, spustoszyła przyświecające mu wartości, których niepotrzebnie się zaparł, a tracąc je, tak jak swoją miłość, zrozumiał, że zaprzepaścił sens dotychczasowego istnienia. I nie tylko jego wewnętrznie zniszczyła ziemia przeklęta, bo i tych, co przywędrowali z okolicznych wsi do Łodzi z nadzieją na lepszy byt i finansową poprawę swojej egzystencji.

Tego w filmowej adaptacji nie ma. Jest za to bezpodstawny i pesymistyczny widoczek Borowieckiego nakazującego strzelanie do strajkujących robotników. Czego się nie uświadczy w powieści.

Jest za to wypaczanie intencji autora; udało się reżyserowi stworzyć skuteczny i sugestywny malunek niemający żadnego psychologicznego uzasadnienia. Sugestywny, gdyż masowy; w tej chwili zapanowała moda na nonszalanckie niezapoznawanie się z całością książki, zadowalanie się jej namiastką, jaką stanowi ekranizacja.

To, że umiejętnie wykoślawił pierwowzór i diametralnie spłaszczył jego wymowę, nie jest tak wielkim skandalem, jak fakt, że za parę lat wyjdą z naszych szkół nowe pokolenia abiturientów wyedukowanych na obrazkach, natomiast nie obeznanych z powieścią i z tej przyczyny niezbicie przekonanych, iż Borowiecki to szuja, a Wajda, to mistrz.