Archiwa

Struś

Zagajenie

W epoce, gdy ludzie byli szczęśliwi bez sondaży, za siedmioma górami, za ośmioma morzami oraz jednym pobojowiskiem, wśród kniei, z daleka od człowieczych sadyb, a w niedalekim pobliżu zadupia, znajdowało się wysypisko dla niezguł, a w jego mrocznym mroku żył był sobie pewien pustelnik. Pustelnik (jak głoszą wołowe przekazy), jest to szaraczek parający się samotnością. Osobnik widywany z nieczęsta, lichy w sobie i okrutnie płochliwy.

Ten, spokrewniony był z wyższą grzędą chodaczkowej arystokracji, która pospolitowała się z luźną kupą pieczeniarzy. Nim osiadł na ustroniu, przez pewien czas włóczył się z bandą zbulwersowanych leserów trudniącą się wylewaniem gnojowicy na nieistniejące autostrady, pochłoniętą zadzieraniem nosa, biciem się w cudze piersi i łotrzykowaniem po gościńcach.

Nie zdradzę tajemnicy, gdy powiem, że przed zostaniem eremitą, zaliczył wiele przygód. Jak każdy oficjel powołany do odbierania splendorów, dzieciństwo spędził na plaży dla VIP-ów. Był to człek nazywany facetem absolutnym, ponieważ zajmował się absolutem (jak powiadali esteci zajmujący się przenikliwością, absolut należał do substancji lotnych i nadpobudliwych, a choć nikt z nich nie widział absoluta na żywo, utrzymywało się przekonanie o jego ekstraordynaryjnych właściwościach).

Niedorozwinięcie

Wywodził się z rodu podrzutkowego, powstałego za panowania dynastii Swawolnych Doliniarzy, ze szczepu onegdaj wędrownych, a teraz osiadłych palantów. W jego żyłach, oprócz serwatki, krążyła złodziejska krew. Był flegmatycznej urody, a na jego obliczu malował się wszechwiedzący wyraz twarzy człowieka, któremu zwisa, powiewa i dynda, i już nie chce wiedzieć, dociekać, przypuszczać, po cholerę tak się męczyć.

Skończył więc z udawaniem mądrzejszego niż jest, przestał sobie czapkować i kłaniać do smaku; miał gdzieś wszelkie paplaniny. Zaordynował sobie stateczny tryb życia; porzucił bywanie na widelcu i zerwał z byciem przysłowiową mendą.

Zakończenie

Był człowiekiem wszechstronnie felernym, stwierdził więc, że ma genealogicznego pecha; przechrzcił się i odtąd nazywał się Pobożemu. Lecz że nazwisko było dla jego kumpli z celi za długie, wołali go – Emu.

Animatorzy

Mylnie zakładałem, że piszącym na serio i publikującym to, co napisali, zależy na literaturze wolnej od bezwartościowych błyskotek. Moim zdaniem, nie powinni koncentrować się na własnym, dobrym pisaniu. Obojętnie przechodzić do porządku nad coraz podlejszym stanem posiadania naszej kultury, gdyż taka niefrasobliwa postawa wobec aktualnych realiów, jest przyzwoleniem, pochwałą i zachętą do naskórkowego tworzenia. Skoro zaś nie protestują i ograniczają się tylko do doskonalenia swojego warsztatu, to mamy, co mamy.

Jeżeli traktujemy kulturę szerzej, to nie mówmy wyłącznie o literackich pozytywach stanowiących zaledwie fragment zagadnienia, lecz powiedzmy też o jej mizerii. O publikowaniu tekstów za Bóg zapłać i wydawaniu książek własnym przemysłem. O likwidowaniu poczytnych pism artystyczno-literackich, cieszących się renomą wydawnictw (np. Ossolineum) i zmniejszaniu bibliotecznych zasobów. Oraz o malejącej liczbie czytających cokolwiek.
*
Nabrałem przekonania, iż artyści, twórcy, animatorzy kultury, szczególnie ci, co wyznawali poglądy odmienne od głoszonych przez władzę, znowu poszli w odstawkę i po raz kolejny zostali okrzyknięci zmorą rządu, budżetowym garbem, zbiorowiskiem pieniaczy. Niektórzy ulegli wymogom narzuconego życia; przeobrazili się w zaopatrzeniowców lub dostawców blichtru, w rezultacie czego stali się dodatkami do taśmy produkującej artystyczne buble. A niektórzy pozostali wierni „przestarzałym” ideałom.

Warto pamiętać, że teksty bezpłatne mają zazwyczaj wartość ceny. To znaczy od utworów pisanych za darmo, nie można zbyt wiele wymagać. Z tego powodu większość pisarzy zmuszona jest pracować w dziedzinach odległych od literatury, a tyko nieliczni mogą się z niej utrzymać.

Są jednak pasjonaci prowadzący własne blogi, portale, niszowe strony. Zwolennicy upowszechniania dbający o wysoki poziom swoich periodyków; za nic w świecie nie opublikują byle czego. Potrafią zainspirować autora, wymóc na nim, by zamówiony tekst miał ręce i nogi i nie był gniotem. Lecz to rasa niedzisiejsza, ginąca w natłoku tandeciarzy, zasilająca odchodzące kadry miłośników rzetelności. Tym bardziej należałoby ją hołubić, doceniać, że jest, że jej się chce, że choć jest ich coraz mniej, to przecież, na przekór kłodom rzucanym im pod nogi – są.
*
Animator, człowiek utrzymujący własnym kosztem własne pismo, zamieszczający w nim artykuły trzymające poziom, to, według miłościwie panujących imbecyli, wygłup natury, podejrzany osobnik. W małostkowych umysłach powstaje natychmiast pytanie: a co on/ona z tego ma? No właśnie; można to pytanie rozwinąć: a co miał Zenon Miriam Przesmycki z przybliżenia sylwetki Norwida? Idąc za ciosem, zapytać też trzeba o korzyści Tadeusza Żeleńskiego – Boy ’a z odkopania z niepamięci Jakuba Wojciechowskiego, robotnika – literata? A jakie czerpał korzyści ze swojego wydawnictwa? Z bycia społecznikiem? Lub co miał Choromański pomagając kelnerowi, Tadeuszowi Kurtyce, stać się pisarzem, Henrykiem Worcellem? Lub Zofia Nałkowska, umożliwiając Bruno Schulzowi literackie zaistnienie?

W odległej przeszłości byli rozrywani, publikowani, wydawani w wielotysięcznych nakładach. Teraz mało kto zna ich z nazwiska; są nierozpoznawalni na co dzień. Nie ma ich w telewizji, radiu czy na zdjęciach w brukowcach, a jako że afery, burdy, chryje i pyskówki nie są ich mocną stroną, wyciszeni, zniesmaczeni, zapomniani, siedzą po domach i, klepiąc biedę, liżą rany.

Jednak nie poddają się. Piszą nadal, nadal są intelektualnie czynni. Tworzą, inspirują, propagują, podtrzymują psychicznie słabszych na gasnącym duchu, bo nie mogą się obejść bez powietrza. Są zbyt dumni, by prosić o pomoc. Ratują się, jak mogą. A to wyprzedają się z księgozbiorów, a to pozbywają pamiątek i mebli, by starczyło na czynsz i kiepskie jedzenie.

Po cichu liczą, że ktoś zainteresuje się ich losem, domyśli się i coś wreszcie zrobi,. Ale kto by tam chciał przejmować się bez rozporządzenia! Choć usiłują, nic im się nie udaje: czasopisma i wydawnictwa, przestawiły się na komercyjnie strawne, masowo czytane wyroby, czyli szablonowe, modne, płytkie, oślinione spermą. Stały się przedsiębiorstwami mającymi przynosić dochód.
*
Pragnę zwrócić uwagę na osobliwą nieruchawość naszego środowiska. Brakuje mi wypowiedzi animatorów kultury. A także wydawców oraz przedstawicieli bibliotek i księgarń. Chciałbym poznać ich zdanie o prowadzonej polityce kulturalnej i dowiedzieć się, czy są z niej zadowoleni. A jeśli nie, to co im przeszkadza? A jeśli przeszkadza, to co i jakie proponują rozwiązania?

Urzędy powołane do pomocy kulturze, zajmują się sobą, swoimi budynkami, etatami, pilnowaniem korytek; myślą tylko o sobie, bo to taki czas: epoka egoistów i etycznych zgniłków.

Kiedy nadejdzie trend na opamiętanie i wymiędli się ustawę nakazującą pomagać wszystkim twórcom, a nie tylko mile widzianym i popieranym przez władzę, to być może nawet Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego otrząśnie się z letargu i pocznie o nich dbać. Zapoczątkuje myślenie dalekosiężne, przyszłościowe, oczekiwane. Przestanie otaczać się indolentnymi fachowcami, a powoła kadry prawdziwych i kompetentnych. Zaniecha bzdurnych twierdzeń, że kulturze niepotrzebny jest państwowy mecenat. Jest potrzebny, ponieważ wolny rynek nie rozwiąże wszystkich problemów. Ponieważ wolny rynek eliminuje z obszarów czytelniczej uwagi dzieła trudniejsze, wymagające skupienia, koncentracji, przygotowania do odbioru. Ponieważ wolny rynek preferuje literacką konfekcję, wyroby lekkie, gładkie, do bezkolizyjnego łyknięcia, a przede wszystkim – dające się sprzedać.

Cząstkowa przymiarka do ”Dżumy”

Ludzie reagują na zagrożenie w sposób różny. Jedni stawiają mu czoło. Bez lęku, śmiało i odważnie stawiają go w rzędzie niebezpieczeństw do przezwyciężenia. Mówi się o nich wtedy, że są bohaterami. Jednak ludzie tak nazwani traktują swoje zachowanie jako postępowanie zwyczajne.

Lecz. w kategoriach postępków zwyczajnych, mieszczą się również uczynki egoistyczne. Wynikające z dbałości o własną skórę. Człowiek, określony tym mianem, będzie zasilał sporą grupę kibiców wydarzeń. Wydarzeń, które, jak mówi, jego nie dotyczą. A które, zdaniem innych, są poza zasięgiem jego wrażliwości. Są mu obojętne.
*
Wdawać się w szczegółowe zapisy wątków „Dżumy”, to nonsens. Zwłaszcza, w obliczu doskonalszych, o niebo lepiej zilustrowanych wprzód; zabawa w dociekanie, kto z kim i po kiego, analiza fabularnych toków akcji tej powieści, fascynuje mnie średnio. Interesuje natomiast poruszony w niej PROBLEM. Ciągle aktualizowana i ciągle lekceważona zagwozdka ze społeczną odpowiedzialnością jednostki za ogół.
*
Sprawa jest prosta dla naiwnych optymistów upatrujących wszędzie jakoweś cudowne moce sprawiające, że w tajemniczy, a nieodgadniony sposób znajdą się wyjścia z opresji. Jakieś magiczne deux et machiny i nadprzyrodzone furtki umożliwiające rejteradę z koszmaru. Mniej prosta jest dla czarnowidzów, bojaźliwców i ostożniaków. A jeszcze gorzej, gdy na zagrożenie natknie się pesymista widzący same bezmiary nieszczęść, pechów i fatalizmów.
*
Najbardziej ciężko jest przyjąć do powszechnej świadomości fakt, że zagrożenie jest nieodwołalne i dybie na każdego. Postawa wobec nieodwołalności zagrożenia, to temat godny humanistycznego pióra Camusa. Mówi: to że zagrożenie jest nieuchronne, nie oznacza, że należy opuścić ręce. Poddać się wyrokom losu i czekać na swój finał w paraliżującej pokorze.

Przeciwny jest podkulaniu ogona. Tak jak w nieco późniejszych czasach i w zupełnie innej scenerii pisał Ernest Hemingway, również noblista: „człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać”. Choć zagrożenie jest nieuniknione i dotyczy wszystkich ludzi bez wyjątku, choć każdy człek narażony jest na śmierć z jego powodu, należy z nim walczyć ze wszystkich sił i do upadłego. Do końca i nie znając rezultatu tej walki.

Nie tylko uparta walka przystoi ludziom: całe życie pamiętać trzeba, że choć na skutek walki z zarazą, plaga odeszła, to w każdej nieoczekiwanej chwili może pojawić się znowu.

Miraże

Przekleństwo jego wolności polegało na tym, że nie potrafił przestać o niej mówić. Jakby to powracanie cokolwiek zmieniało, nabierało sensu! Ale nie. Obawiał się, że nic z tych rzeczy. Nie wskrzeszą jej żadne dywagacje; miał nadzieję, że o niej zapomni; ostatecznie tyle jest innych kobiet. Czekają, lecz czy mógłby być dla nich interesującym obiektem? Tuziny dziewczyn, a każda bez jej uroku.

Nie miał ochoty na ich poznawanie. Randki budziły w nim sprzeciw. Nie miał ochoty na cierpliwe słuchanie uroczych kłamstw, wymówek, plotek wypowiadanych półszeptem, zwiewnym szwargotem intymnych afer. Pocieszał się, że tak wiele jest innych kobiet! Różnych od niej, chętnych zdobywania mężczyzny, którego by hodowały na wzór i podobieństwo swoich wyobrażeń. Stuprocentowych babonów zdolnych do odfajkowania flirtu. Całe mnóstwo dziewczyn marzących o facetach przyszpilonych do pantofla, wyselekcjonowanych spośród miliona, że myśląc o nich, martwił się, czy kogoś nie poznała. I wówczas błądził ulicami. Odwiedzał bary, knajpy, mroczne zaułki w padającym deszczu. Miasto szydziło z niego, traktowało, nieprzyjaźnie, wrogo.

Wyobrażał sobie: wtulona we własne wspomnienia, może też go szuka i ma identyczne problemy. Wyobrażał sobie: jej oczy, jej charme, uśmiech, przyzwolenie na pieszczoty, na swobodne błądzenia rąk, na swoje trafiania w miejsca sprawiające, że drży, że jest piękna, oddana i wyzwolona. Jak przez jej ciało przebiegają dreszcze, jak nerwy, ułożone w jednolity system połączonych naczyń, współbrzmią z jego.

Miasto dyszało nieprzerwanym rytmem urojonej namiętności. Wtedy wołał w czeluście bloków kamiennej dzielnicy przypuszczając, że go słyszy. Gdzie jesteś, kiedy wrócisz, krzyczał. Lecz ściany odpowiadały milczeniem. Myślał, że co było, to przeszło, nie ma dni, lat, miesięcy, nadszedł nowy etap; mógł przewidzieć, jak się to skończy.
Place, inne nazwy wąskich ulic, parki z odmalowanymi ławeczkami, drzewa bez liści zwiastujących ciepło, jej kapryśne wargi, ludzie uciekający przed deszczem, wystawy przeładowane niedostępną feerią zbyteczności, inkrustowane przedmiotami zawiniętymi w światło neonów, w ten sam, co zwykle, nastrój preludiów, zerwań i przeprosin, w te same iluzje, świergot wystraszonych wróbli, zmoczonych czekaniem na skroplony antrakt, te same, dziewczęce sylwetki omijające kałuże. Ich nasączone wodą twarze, kobiety w zabłoconych kozaczkach z wyprzedaży.

Nieprzemakalne, słabe, czego się nie da stwierdzić przed rozebraniem, ich podszyte wiatrem kurtki, ich dłonie zniszczone dźwiganiem niespodzianek. Poznawał; oto był świadkiem mijających obrazów, impresyjnych wedut żywcem przeniesionych z innego świata, świata bez niej.
*
Od tamtego czasu sporo się wydarzyło i zapominał o niej z taką intensywnością, z jaką poprzednio szukał jej miraży. Aż pewnego dnia zadzwonił telefon. W słuchawce zabrzmiał śpiewny głos kobiety. Należał do osoby, o której nie słyszał od lat, której spodziewał się nigdy więcej nie ujrzeć.

Kobieta o bezkształtnej twarzy, obliczu tkwiącym w jego wyobraźni w sposób zamazany, pojawiła się znowu i przybrała kształt tej, którą niegdyś usiłował kochać. Mówiła, donośnie modulowanym szeptem, paplała o czymś, co może i było dla niej istotne, co go teraz jednak obchodziło niewiele. Jej gorączkowy, przerywany suchym kaszlem głos, podniecił go na nowo, ekscytował po dawnemu, prowokował do snucia tasiemcowych wspomnień., do słuchania.

Kiedyś należał do ukochanej, w nim zawierało się jego natchnienie. Dziś głos ten kojarzył się z chęcią rewanżu za niepotrzebną pogoń. Lecz skoro zabrzmiał w słuchawce, skoro odnalazł go wśród obcych ludzi, w obcym mieście, chwile krótkiego szczęścia i długotrwałych zgryzot – powróciły; mieszając się ze sobą, rozdrapując zasklepione rany.

Nie pamiętał, o czym mówił naprawdę, natomiast pamiętał, że chciał wtedy umrzeć ze wstydu: natychmiast, w miarę cicho, tak, by nie usłyszała szarpiących nim cierpień.

Wspomnienie o Sławku Majewskim

Tekst o Marcelu Prouście powstał przed laty, w okresie, gdy trafiłem na portal prowadzony przez Sławka. Portal ten był artystycznym głosem nietuzinkowych osobowości, nic więc dziwnego, że wsiąkłem weń z kopytami. Pożerałem wiersze, chłonąłem prozę i nie stroniłem od lektury komentarzy. A szczególnie lubiłem być czytelnikiem jego twórczości.

Portal ten nosił nazwę Plezantropii, a Sławek przywdział nick Plezantropa. Takem się z nim poznał. Zdalnie, nigdy twarzą w twarz. Z czasem zaczęliśmy korespondować, a jeszcze później dochodziło do wymiany zwierzeń wykraczających poza literaturę.

Nadawaliśmy na podobnych falach i nasze poglądy na bazgranie stały obok siebie; zgodnie wyznawaliśmy zasadę, że pisanie teraźniejsze winno przebiegać innymi torami, niż wczorajsze, uprawiane przez współczesnych Żeromskich lub Sienkiewiczów ( o tym, że wyroiły się mnóstwa językowych nuworyszy, wiadomo od lat).

Wspólnie uważaliśmy, że kiedy oni tworzyli, ich utwory podobały się na ogół i pęczniały od sensu. Problem w tym jest jednak, że od chwili ich publikacji minął spory kęs czasu. Pora więc na zmianę stylistycznej warty. Na dopuszczenie do istnienia słów, skojarzeń i środków wyrazu uznawanych dotychczas za passe: zapomnianych, postponowanych, rzekomo przestarzałych.

Co do ich nieużywania, to warto zaznaczyć, że obecne czasy są odbiciem stanu naszego ducha. Naszego, bo zamiast poszukiwać nowych sposobów pisarskiej ekspresji, zamiast wzbogacać język, spoczęliśmy na laurach i nadal piszemy, jak przed stu laty.
*
Ludziom pamiętającym jego niepowtarzalną obecność na łamach Pisarze.pl tłumaczyć nie trzeba, że utwory w nim zamieszczane zachęcały do nieszablonowego myślenia. Zwłaszcza dzieła prozatorskie, wyraźnie odstające od pisania ucukrowanego tradycją pisania.

O ile jego literackie szkice i eseje, tylko teoretycznie pokazywały prozaikom, którędy trzeba iść na Parnas, oraz mówiły, czego winni się strzec, by dosłużyć się czytelniczego uznania, o tyle jego stylistyczne propozycje, przekraczały Rubikony językowej poprawności (Sławek twierdził, że choć każdy pisać może, to nie każdy powinien. I chwała mu za ów sąd). MARCEL PROUST | Lepsza Strona Ciszy (goddam.pl)

Literackie protesty

Wymóg nieupolityczniania literatury jest co najmniej dziwaczny, a przede wszystkim nierealny, bo TRZEBA zgodzić się z tym, że skoro żyjemy i odczuwamy, to wszyscy, mały, duży, średni, jesteśmy w nią zaangażowani. Oczywiście, na miarę swojej udolności.

Wszyscy, bo jak świat światem literatura zawsze szła z polityką pod pachę. Bo czymże jest owa POLITYKA? Z pewnością nie jest nią obecna karykatura: obskurancka sieć doraźnych intryg, plotek i partyjnych pomówień. Nie ma nic wspólnego z aktualnymi poczynaniami, ma jednak sporo wspólnego z dążeniem do światopoglądowego ładu.

W procesie upolityczniania literatury znajdujemy nazwiska nie byle hetek-pętelek: Honoriusz Balzak, Viktor Hugo, Emil Zola, Marcel Proust, Thomas Mann, Erich Maria Remarque, George Orwell, Aldous Huxley, Aleksander Sołżenicyn, a u nas Maria Dąbrowska, Zofia Nałkowska, Gustaw Herling Grudziński, Tadeusz Borowski, Jerzy Andrzejewski, Witold Gombrowicz, Sławomir Mrożek oraz wielu innych.

Powieść Victora Hugo („Człowiek śmiechu”), najlepsze dzieło (obok „Nędzników”) potępia społeczne dysproporcje pomiędzy szlachtą, arystokracją, nieuzasadnioną wielkopańskością, a plebsem, motłochem, szarakami pozbawionymi błękitnej krwi, to tylko jeden z przykładów na obecność polityki w literaturze.

A gdzie umieścić pacyfistów, Lwa Tołstoja czy Bertranda Russella? Albo co począć z kłopotliwym naturalistą – Emilem Zolą i jego namiętną obroną Dreyfusa („Oskarżam!”)? Co zrobić z Proustem poświęcającym Dreyfusowi niejedną stronicę swoich powieści? Jak zaklasyfikować i docenić ponadczasową wymowę utworów Remarque’a (np. „Na zachodzie bez zmian” czy „Łuk tryumfalny”) lub jak poddać krytycznoliterackiej analizie prozatorski dorobek T. Manna odnoszący się do I Wojny Światowej?

„Opowiadanie hermetyczne czyli Czarodziejska góra” dzieje się przecież w określonym czasie, dotyczy mentalnościowych zmian bohaterów i jest namiętnym oskarżeniem niemieckiej, ekspansywnej psychiki. Autor i główne postaci tej powieści mówią o polityce bardzo często; Castorp, Naptha, Settembrini, trzej towarzysze gruźliczej niedoli toczą nieustanne sprzeczki i akademickie dysputy na jej temat.

Powieści Stefana Kisielewskiego, kryminały i romanse, stanowiły swoiste dokumenty opisywanych czasów, były istotnymi elementami politycznymi: osadzone w konkretnym otoczeniu, ilustrowały przemijającą rzeczywistość.

Gdzie miejsce dla naszych literackich dysydentów publikujących poza cenzurą? Na zapleczu Historii? W jakiej przegródce ulokować Ernesta Hemingwaya, korespondenta wojennego, uczestnika walk w Hiszpanii oraz dwóch wojen światowych i jego Komu bije dzwon? A do jakiej szuflady da się wtłoczyć Ryszarda Kapuścińskiego z mało znanym utworem „Rwący nurt historii”, czy Jerzego Pilcha z powieścią „Marsz Polonia”? No i pytanie zasadnicze: co to jest POLITYKA KULTURALNA?

Warto przy tej okazji przypomnieć o działalności paryskiej „Kultury”, o pisarstwie politycznym Cata Mackiewicza, publicystycznej działalności Daniela Passenta, Jerzego Giedrojcia, Juliusza Mieroszewskiego, Mieczysława Grydzewskiego.

Nie odmawiajmy im prawa do zabierania głosu. Nie zawężajmy spraw poruszanych przez literaturę do opisów przyrody i miłosnych rozterek. Tak postrzegana twórczość byłaby czymś połowicznym, kadłubkowym, okrojonym o istotny obszar ludzkiego myślenia, stanem, który sprawia, że rysuje się przed naszymi oczami pełen obraz człowieka, a nie jego fragment: całość, a nie wycinek.

Literaci nie są na szczęście uniżonymi wykonawcami poleceń kogokolwiek. Mają własne zdanie i artykułują je bez względu na absurdalne apele o pozostawienie polityki – politykom.

Pseudo problemy

Patrzę na reklamy i myślę o obecnych czasach. Toteż zapadam w sen i sen mam taki: jeżeli przez dłuższy czas pokazywać coś ulepionego z wyjątkowej ohydy, powiedzmy, kłonicę toaletową, to jestem pewien, że nasz latrynowy drąg zrobi wkrótce oszałamiającą karierę.

Najsampierw pojawi się, tuż przed dzieńdoberkiem, audycją serwowaną dla wstających w porze budzenia kogutów. Lecz spece od reklam już po paru dniach intensywnych medytacji stwierdzą, że drąg prezentowany w bezpośrednim sąsiedztwie nobliwej audycji, skojarzony z fekaliami, brzmi nad wyraz beznadziejnie. Więc szybko zajarzą, że gdy puszczać rewelacje o nim z daleka od trefnych skojarzeń, zyska się na popularności kija. Rankingi z entuzjazmem podskoczą ze dwieście procent, a do redaktorów zaczną nadchodzić tiry z gratulacyjnymi listami.

Dziennikarze uwijać się będą wokół rosnących krzywych i wyśrubowanych słupków oglądalności. Oznajmią, że już nie mają do czynienia z byle patykiem. O nie! Udowodnią, że jest to drąg charyzmatyczny, wyjątkowo medialny, markowy, oczyszczony z banałów i należy odnosić się do niego z szacunkiem, a nawet z wielgachną estymą. Nadmienią, że powstał w wyniku ciężkiej pracy całego zespołu. Wysiłkiem calutkiej ekipy zatrudnionej do główkowania.

Sprawa kłonicy nabierze rozpędu i tak wielkiego znaczenia, że postanowi się utworzyć specjalną program poświęcony temu zagadnieniu. Na pierwszy ogień zorganizuje się Tańcujący Klub Dyskusyjny, którego zadanie będzie polegać na totalnym omówieniu ewolucji toj toja na przestrzeni wieków przedkulturowych.

W tym celu powoła się na eksperta, profesora Nudziarza, Przewodniczącego Zarządu Sanitariatów Leśnych: raz w tygodniu, o ustalonej godzinie, spuści się go ze smyczy, by mógł wygłosić pogadankę o przekształceniu prymitywnych krzaków, w luksusowe toalety publiczne.

Prelekcje będą cieszyć się takim wzięciem, że razem z widownią zostaną przeniesione do największej sali; choć w pierwotnej wersji miały być dwa, góra trzy odcinki, to z uwagi na społeczne zapotrzebowanie, urosną do rozmiarów serialu o żerdziach.

Wśród żurnalistów nastąpią niekontrolowane wybuchy euforii. Uznają, że promowanie wygódkowego kija, to wiodąca część kulturotwórczej misji. Do ich rąk trafią figlarne obrazki z buziaczkami od fanów z biegunką, a do profesora Nudziarza zaczną nadchodzić błagalne prośby o wywiady i pytania o to, jak żyć.

Wróż

Sen dzieje się teraz
chyba gdzieś w Ameryce

W tle są budynki z niewybitymi oknami

Jeszcze całe wieżowce przed bombardowaniem
spokojne miasto zabieganych mrówek
codzienna pląsawica istnień

Dołem idzie ktoś
nieważny NN
o twarzy pochylonej ku

Rozpiera go ciekawość
i niucha wzrokiem tu i tam
i nagle świst i nagle brzęk
i spory huk, raptowny jęk
skurczony ktoś opada w krew
a zmorom jest od razu lżej

Smartfonowy świat Pana Balzaka

Zamieszki są z początku buntem zrodzonym ze społecznego niezadowolenia. Buntem kierowanym przez ludzi prawych, o czystych rękach i szlachetnych intencjach. Zrywem obywatelskiej desperacji. Sprowokowane są bezsilnym poczuciem krzywdzących dysproporcji w podziale dóbr. Lecz gdy się rozszerzają tak, że nie można nad nimi sprawować kontroli, uaktywnia się demagogiczny szlam i z kanałów wychodzi ferajna zwolenników każdej idei, której nie zależy na prawie do chleba, lecz na prawie do bezkarnej grabieży.

Narodowe metamorfozy wynikłe z Rewolucji 1789 r., sprawiły, że niektórzy niewłaściwi zostali wyniesieni do zaszczytów, a ich poprzednicy – pospadali ze swoich piedestałów. W opustoszałych gabinetach po zgilotynowanych tyranach rozsiadły się nowe kukiełki z teatrzyku Historii: karierowicze, obrotni spekulanci, szpanerscy frustraci wyrośli z niebytu i żądni rozlewu cudzej krwi.

Wśród konsumentów rewolucyjnych zdobyczy znaleźli się i tacy, którym było po drodze zarówno ze zwycięzcami, jak i z pokonanymi. Ponieważ ani w Monarchii, ani w Cesarstwie, nie czuli się po właściwej stronie barykady: czy to za Króla, czy za Republiki, wiedli żywot godnych zaufania, szanowanych kanalii. Było im wszystko jedno, kogo należy uwielbiać, Najjaśniejszego Marnotrawcę, krwawego Robespierre’a, czy cesarza Napoleona. Z równym zapałem opowiadali się tak za potrzebą dokonywania radykalnych zmian, jak i koniecznością powrotu do poprzedniego menueta dziejów.

Konserwatyzm i liberalizm ciągnęły ten sam wózek, lecz każde ugrupowanie pchało go w odwrotną stronę, w innym tempie i z zamiarem uzyskania odmiennych dobrodziejstw.
Liberałowie, zakamieniała nacja spolegliwych rabusiów, ugrupowanie maniaków ekonomicznej swawoli i prawnego rozgardiaszu, ludzie wmontowani w robienie dozwolonych kantów, zagorzali zwolennicy ekonomicznego bałaganu, opozycjoniści Monarchii, opowiadali się za literaturą klasyczną. Rojaliści natomiast, sekta spod znaku berła i wina – za literaturą dla mas: literaturą ufryzowaną z lirycznych i łzawych westchnień. Lecz tak jednemu, jak drugiemu obozowi, drogę w przód, czy do tyłu rozświetlała nostalgia za niezrealizowanymi tęsknotami, to felerne złudzenie każdej nowej miotły polegające na przekonaniu, że jej porządki okażą się lepsze od wcześniejszych.

Rodząca się prasa, nieopierzona jeszcze, zajmowała się omijaniem prawdy o rzeczywistości, pogłoskami, supozycjami, jawnym bajdurzeniem, jakby oprócz rezonerskiego politykowania nie stać jej było na przytaczanie faktów i poruszanie się w obrębie rzetelnych informacji; pospolite ruszenie pismaków o skrajnie cynicznych poglądach, popierało mętne interesy.

Przedrewolucyjny okres pozostawił w spadku prawo nieczytelne, rozwodnione przez wyraźny brak jednolitej interpretacji: prawo sprzecznych paragrafów. Ignorowało ono człowieka; państwo było heteronomiczne i policyjne – po staremu, natomiast sfraternizowany obywatel, bezradny i zagubiony – po nowemu.

Luki prawne stanowiły drożdże legalnego cwaniactwa; brak jurystycznej obroży rozwydrzył wyznawców finansowego prymitywizmu, mnożyły się więc majątki mętnego pochodzenia.
Sądownictwo działało opieszale. Rekiny krętactwa śmiały się w kułak ze sprawiedliwości, a złodziejski plankton odsiadywał kolejną pomyłkę w okratowanej wylęgarni więziennych talentów. Policja nie spełniała swoich zadań bawiąc się z łotrzykami w chowanego. Rosły zwarte szeregi ludzi takich, jak Fouche, brytan opowiadający się za każdą władzą.

Dawał się we znaki upadek jakichkolwiek pozytywnych wzorców; poprzednie autorytety moralne zostały obalone, lecz ich miejsca nie zajmowały trafniejsze. Lęk przed bezprawiem powodował wewnętrzną, jak i zewnętrzną niemoc państwa. Wśród ludzi, którzy pozostali w miejscu sprzed ustrojowych przemian rodziło się coraz powszechniejsze rozczarowanie nowym systemem.

To były balzakowskie realia. Określi te lata jako „panowanie arystokracji pancernych kas”. A w „Jaszczurze” powie: „Wolność rodzi anarchię, anarchia wiedzie do despotyzmu, despotyzm przyprowadza znów do wolności”.
*
Balzakowski świat parzy, odstręcza i frapuje. Jego opinie są pesymistyczne: świat jest kotłem, w którym pichcą się koncepty. Teraz wiemy, że nie ma, nie było i już nie będzie podobnego zjawiska; gdyby zdarzyło się zwycięstwo jego pragnień, byłby dusigroszem przemijania. Lecz niełaskawy los oszczędził go dla czytelników; talent pada pod naporem układów, a geniusz wzmacnia się przeszkodami, wchłania doczesne rafy i czyni z nich gustowne przystanie.

Jego pisarstwo znajduje się pomiędzy Szekspirami. To, co niemożliwe dla nas, dla niego staje się igraszką woli, fanaberią ducha. Konstruowane przez niego powieści mają rozmach; nie są kameralnymi dąsami Romantyzmu. Przeciwnie, zawierają duży ładunek obyczajowych scen, które do teraz stanowią żer dla epigonów jego myśli.

Nazywają go Prometeuszem, sam częstokroć określa się wyrobnikiem pióra (pisze sześćdziesiąt stron na dobę), lecz niezależnie od słów, obowiązkiem geniusza jest cudotwórstwo; rzeczą ludzką jest błądzić, a jego – trafiać do ich serc.
*
Czy można mówić o nim, nie wspominając o zażartej walce Klasyków z Romantykami, nie przypominając o nowych, ożywczych, tchnących optymizmem kierunkach w literaturze, o duchu romantycznym, jakże innym od naszego, upolitycznionego, wrzącego od niepodległościowych sporów, skażonego wyścigiem trafnych diagnoz i recept na zbawienie Ojczyzny?

Czy można mówić o nim, nie dotykając jego współczesnych, milcząc o Wiktorze Hugo, George Sand, Delacroix, zaprezentować go bez powiedzenia o Walterze Scotcie, o Byronie, nie nawiązując do Lista i Beethovena, nie odnosząc się do epigońskiego malarstwa przed Wielką Rewolucją, a pełnego wigoru po niej, o architekturze, muzyce i rzeźbie, o tych procesach i zjawiskach, z którymi się stykał, których echa widoczne są w każdej jego powieści?
*
Poza francuską miedzą, w 1836 roku, Gogol wystawia „Rewizora”, gorzką komedię o tragicznych czasach. Ma 27 lat. A w 1842 publikuje „Martwe dusze”. W 1831 roku, a zatem w roku publikacji „Jaszczura”, równolatek Honoriusza, Puszkin, kończy pisanie „Eugeniusza Oniegina”. Ma 32 lata. Bűchner w 1836 roku ogłasza „Woycek´a”. W tym samym roku ukazuje się „Spowiedź dziecięcia wieku”, dzieło Musseta. Anglia szczyci się Dickensem i jego „Klubem Pickwicka” (1836). Goethe zawłaszcza czytelniczą psychikę i po Europie rozlewa się moda na spazmy w werterowskim stylu. Za atlantycką kałużą dogorywa Niewolnictwo. Wkrótce Wojna Secesyjna położy trupem wielu idealistów.
W powietrzu wyczuwa się ideologiczną jonizację: dla człowieka nadchodzi lepszy klimat: ocieplenie dusz i ogólne zbratanie. Euforyczny Thore, Francuz, galopuje: istnieje już tylko jedna rasa i jeden naród, już tylko jedna religia i jeden symbol: LUDZKOŚĆ!
[Thoré – Bürger Nowe kierunki w sztuce XIX wieku POLSKA AKADEMIA NAUK].

Zaczynają się polityczne exodusy: upada Powstanie Listopadowe i następują obrachunki z przeszłością. Przychodzi czas na wylewanie krokodylich łez i zewsząd słychać tupot rozwścieczonych motyli w konfederatkach.

Mickiewicz w Paryżu, dokąd zaniosły go krajowe klęski, pisze „Pana Tadeusza”, Chopin nie daje się namówić na skomponowanie Narodowej Opery, a Norwid gaśnie w przytułku. Mistyk, umysłowy chudziak i diaboliczny maestro, Mąż Opatrznościowy – Towiański, z kropidłem w ręku zamiast serca na dłoni, spieszy na mesjanistycznej miotle z Litwy do Paryża, by ratować z obłędu żonę Pana Adama, Celinę Szymanowską, by, ludzi tej miary, co Słowacki, owinąć wokół swojego charyzmatycznego palca.

To również Francja, lecz Francja nie Balzaka: Balzak jest frankofilem.
*
Pomysł utworzenia cyklu książek złączonego bohaterami wykluwał się od 1839 r., a ostatecznie zmaterializował – w 1841 roku. Jak pisze Andre Maurois („Prometeusz, czyli życie Balzaka”), Honoriusza olśniła myśl, że „istnieją gatunki socjalne, jak istnieją gatunki zoologiczne. Różnice między robotnikiem, kupcem, marynarzem, poetą, są tej samej natury, co różnice między lwem, osłem, rekinem i owcą” (str. 450).

Gigantyczny projekt namalowania uniwersalnego, socjologicznego portretu swojej epoki, obrazu wszechstronnie obejmującego życie człowieka, zamiar ten powstawał w głowie Honoriusza długo; lecz kiedy już przybrał konkretne rozmiary, przekształcił się w arcydzieło złożone z majstersztyków.

„Komedia ludzka”, to przypominający system naczyń połączonych, zbiór powieści składających się na wizerunek Francji; jest niekonwencjonalnym gmachem zbudowanym z pragnień, nadziei i złudzeń.

Kiedy czyta się większość z nich (nie wszystkie bowiem zostały przetłumaczone), ma się wrażenie przenikania bohaterów z jednej fabuły w drugą. W pierwszej występują w roli epizodycznej; ledwie są wymienieni w tracie rozmowy. Balzak wspomina tylko o nich. Natomiast w drugiej, ta sama postać przestaje być marginalna i awansuje na postać kluczową. Na przykład margrabina d`Espard, która na różnych kartach „Komedii ludzkiej” pojawia się przelotnie, w noweli „Kuratela” jest najważniejszą osobą.

Honoriusz robi to z premedytacją; ludzie zapełniający stworzony przez niego fresk, są postaciami pełnokrwistymi. Ukazani na tle epoki, są jej wyśmienitą ilustracją: wzbogaceniem i uzupełnieniem.
*
Jego świat, to świat dramatycznych wydarzeń przetransponowanych na prozę „Ludzkiej Komedii”. Swoiste panoptikum nieprzerwanych obsesji. Szelmowska kraina Pana Kabzy. Przestrzeń, w której „gardzi się człowiekiem, nie gardzi się jego pieniędzmi” [„Stracone złudzenia”]. To dżungla synekur i niezapłaconych długów: społeczny przekrój historii wyssanych z życia.

Przedstawia panoramę rejentów, galerię szpiclów z „personelu” Corentina, wzorzysty dywan utkany z handlarzy cudzym losem. Szkicuje psychologiczne podobizny wiarusów Cesarstwa [„Pułkownik Chabert”]. Przedstawia machinacje wokół spadków [„Kuzyn Pons”]. Opisuje grabieżcze mechanizmy posiadania wysokich a niezasłużonych rent. Krótko mówiąc zastępuje chudych łajdaków grubymi finansistami [”Baron Nucingen”].

Maluje obrazy wymarzonych, lecz odrealnionych jaskiń „dudków” z Biesiady [„Blaski i nędze życia kurtyzany”]. Bierze na warsztat łatwowierną miłość Estery [„Stracone złudzenia”], ślicznej aktorki odizolowanej od autentycznego życia. Kreśli portrety pułkownika Chabert, spensjonowanego rębajły, opowiada o Stefanie Lousteau, dziennikarzynie z gatunku sprzedajnych z rozsądku. Kreśli postacie Magusa, Gobseca, Samamona, Grandeta. Są to przygnębiające lunaparki uczuciowych pokurczów niezdolnych do użerania się z własnym przeznaczeniem; jak mówi ojciec Eugenii Grandet, „życie, to interes”.
*
Bohater jego, oceniany po latach, nie jest pojedynczą figurką, ale – generalizacją: skupia w sobie wszystkie znane i antycypowane cechy, które charakteryzowały honoriuszowy czas. Powieściowy Finot jest nie tylko wizerunkiem jednego dziennikarza swawolnych obyczajów, zgorzkniałym mentorem od siedmiu boleści, lecz emblematem ówczesnego czasu. Sechard z „Cierpień wynalazcy”, to nie odkrywca przepisu na dostatnie życie („Dwaj poeci”), ale symbol epoki, jej rozpoznawczy znak. Ojciec Goriot nie uosabia indywidualnego tatusia wplątanego w miłosne afery swoich córeczek, tylko jest ojcem zbiorowym, jego kwintesencją: syntezą i analizą równocześnie.

Tak jak jest nią (kwintesencją) Felicjan Vernon, żurnalista o fagasowskich przekonaniach, który w domu jest abnegatem i żyje w denerwującym niechlujstwie. Natomiast w towarzystwie, czyli na gościnnych występach, zrzuca z siebie maseczkę niedomytego łachmyty i zaczyna stroić grymasy zawodowego szczęściarza; zależnie od okoliczności jest w odświętnym nastroju i udaje bez reszty szczęśliwego, a dobry ton nakazuje mu sprawianie wrażenia człowieka odklejonego od roboty, figury bez przerwy zajętej wytchnieniem.
*
Świat, w którym tkwi, rządzony jest przez namiętności; przepuszcza je przez filtr swoich przeżyć i doświadczeń. Stworzeni przez niego bohaterowie ugarnirowani są zgodnie z przeznaczeniem, istnieją tam, gdzie ich zasieje. Albo mają cherlawą psychikę, jak gogusiowaty Lucjan Chardon („Stracone złudzenia”), albo, jak Vautrine, pozują na tytanicznych ludzi czynu („Po czemu miłość wypada starcom”). Lub są niczym d`Arthez, czy Ludwik Lambert, postaciami uosabiającymi pracowitość, sumienność i odpowiedzialność, postaciami pochodzącymi z balzakowskich snów o zawrotnej karierze i nieprzeciętnym bogactwie; jego życzeniowymi autoportretami.

Służą mu do życia w rzeczywistej iluzji. Alegorie, opisy najeżone metafizyką trudności, nadmierne i często nieuzasadnione odwoływanie się do anielskiej ingerencji, te jego narracyjne obsesje, ta nieprzerwana skłonność do egzaltacji i emfazy, charakteryzowały epokę, w której przyszło mu żyć. Naszą jednak, obfitą w pilnych i akuratnych strażników językowych, nawykłą do powściągliwego i dosłownego wyrażania uczuć (za pośrednictwem dowolnych reguł!), stosowane przez niego sposoby ekspresji – irytują. A choć rażą purystyczne, poprawnościowe ucho, pamiętajmy, jak wtedy wyglądał balzakowski świat.
*
Utwory jego nadal są aktualne, jak usposobienia kobiet. Listownie go uwielbiają, utwierdzają w przekonaniu, że je zna, a on, podekscytowany i zadowolony, wodzi zmęczonym wzrokiem za byle suknią.

W odwet za ziemskie porażki, narzuca czytelnikom własne obrazy kobiet. Fabularne wizerunki potworków wziętych z autopsji i awanturniczych dykteryjek. Przenosi je na papier, a pisząc o nich ze swadą, wtłacza w romanse. Są to zatem rozliczne ambasadorki mętnych spraw, jawnogrzesznice o gdaczącym rozumku, megiery paplające głodne kawałki, wyrzucające z siebie oficjalne biuletyny o swoich nastrojach.
Płodzi misterne, zniewalające, rozkoszne Drętwy [„Blaski i nędze kurtyzany”], które są poślubione śmierci; skazane na grzech, występek, zbrodnię, kochają za krótko, za żarliwie i za bezinteresownie, by być prawdziwymi.

Tworzy pięknotki zdarzające się w snach. Wojownicze insekty przywleczone z najgorszych koszmarów. Chciwe na uwielbienie, cwane kręgosłupy swoich mężów, kochanków i przygodnych absztyfikantów. Kobiety – anielice, kobiety – muszki, kobiety – gnidy i kobiety – klęczniki, które stroją przed audytorium kontrolowane fochy, mają rujnujące wymagania, posługują się myślami pasującymi do koafiury.

Opisuje przechery, posępne matrony, żylaste szkapy, kute na cztery nogi, przeżarte cynizmem, obrotne w gadce, pyskate, gderliwe babsztyle udające ciotki Jakuba Collin, „Azje” i „Europy” [„Po czemu miłość wypada starcom”], których jedynym zajęciem jest sprawianie sobie przyjemności, które tolerują mężczyzn tak, jak znosi się cudze zwyrodnienia. Bawią się nimi, jak kot bawi się kłębkiem strachu z myszy; zawsze pod bronią, skoncentrowane na sobie, ostentacyjnie czułe i na pozór bezgrzeszne.

Mężczyzna nie ma u nich szans, jeżeli jest karmiony szpakami, ma niedochodowe przywary lub za majątek – ubogich krewnych. Staje się interesujący i powabny, kiedy można go zeszmacić, oskubać i wypchać, gdy za głośno nie narzeka na drański los jelenia.
*
Wnętrza postaci Balzaka nie zmieniły się, tylko zmienił się gust, smak i wrażliwość. Czas odrzucił przestarzałe dekoracje: dawne margrabiny rozproszyły się po niebytach. Bale na wywoskowanych podłogach sal zostały zastąpione dyskotekami. Dżinsy wyparły z istnienia suknie z atłasu; po niegdysiejszych sposobach zadawania szyku, błyszczenia i elegancji zginął ostatni ślad, ale tak wtedy jak dziś, toczy się żółwia gra o lepsze jutro.

Upiększanie realizmu

Zacznę od Kongresu futurologicznego, opowiadania Stanisława Lema pochodzącego z tomu o tytule Bezsenność. Napisane w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku, w epoce oczekiwania na lepsze czasy, aktualne jest i w tym stuleciu. Lecz choć napisane w sposób prześmiewczy, to nie jest to śmiech bezrefleksyjny. Jest utworem nietuzinkowym, bo zachwycającym odkrywczością językowych sformułowań; to arcydzieło warsztatowej sprawności, które stanowi ostrzegawczy komentarz do horroru dzisiejszego czasu. Przestrogę przed upiększaniem niewygodnych realiów świata. Przed procederem zastępowania prawdy o nim za pomocą fałszu.

Równie dobrze mógłbym rozpocząć od innych książek ulubionego autora. Zresztą nie tylko mojego, bo wielbicieli kunsztu Stanisława Lema liczy się w milionach; nakłady jego przetłumaczonych dzieł biją rekordy popularności.

Wydawałoby się więc, że za ich znajomością podąża lekturowa percepcja. Niestety; za często coś się nam tylko wydaje: to, że Lem jest czytany i nadal podziwiany, nie oznacza, że jest dogłębnie rozumiany. A zwłaszcza, że wyciąga się z jego tekstów jakieś sensowne przestrogi. Przeciwnie: czyta nader powierzchownie. Powiedziałbym nawet, że nie tyle czyta, co wertuje od niechcenia. Pilnie wyławia się kawałki popychające akcję, starannie wydobywa z fabularnych trzewi co rzadsze, lub co zabawniejsze miejsca, a skwapliwie pomija części ciężkostrawne w odbiorze. Treści zmuszające adresata do wysiłku. Do niewdzięcznej pracy nad samodzielnym wyciąganiem wniosków z lektury.

Był w moim życiu podobny epizod: pasjami czytałem fragmenty z dialogami, natomiast ochoczo pomijałem gęste i usypiające partie z opisem przyrody. Ale ta pryszczata przypadłość opuściła mnie razem z mlecznymi zębami i teraz mam ochotę na degustację całości. Na poznanie powodu, dla którego książka została napisana: ciekawią mnie myśli zaklęte w jej przesłaniach.

Frapują mnie też jego dzieła popularyzujące naukowe podejścia do przyszłości. Filozoficzne rozmowy z adresatem. A także skonfrontowanie jego utworów z lekturami innych literatów.
*
Pierwszoplanowym herosem jest Człowiek, podróżnik po planetarnych wertepach – Ijon Tichy, drugim – wszechobecna chemia w roli wybawicielki od katastrof, masowe stosowanie halucynogenów, zastępników, retuszowców i zagłuszaczy smrodu: ekumeniczne pigularstwo stosowane na szeroką skalę.

Wszystko to razem wzięte i podniesione do entej potęgi, było uniwersalną odpowiedzią na demograficzny kataklizm, było jedyną w swoim rodzaju receptą na nieuchronną, ogólnoludzką zapaść: chemia w społeczeństwie przyszłości, wpływała na każdą dziedzinę ludzkiego życia: sterowała nim i decydowała o kształcie podejmowanych działań.

Bohater przebywa w krainie uszminkowanej szczęśliwości. Nie ma wojen, ludzie są wobec siebie uprzedzająco grzeczni, żyje się wielokrotnie, dzieci uczą się czytania i pisania poprzez zażywanie ortograficznych syropów, prognozę pogody ustala się z miesięcznym wyprzedzeniem i w drodze głosowania, nie trzeba chodzić do szkoły, bo wiedzę zdobywa się doustnie: zażywając płyn z odpowiednim podręcznikiem. Lecz za efekt zbyt chciwego przyswajania uczoności, trzeba zapłacić braniem środków na przeczyszczenie wyobraźni, gdyż ubocznym skutkiem zażywania wizji jest posiadanie fizycznych defektów. Np. rozedmy płuc, łuszczycy, świerzbnicy i dorodnego ogona.

Opisywany przez Lema świat składa się z przesłon maskujących faktyczny widok rzeczywistości. Miraży poukładanych w piętrowe warstwy, które mieszając się, łączą nawzajem, a jedna stanowi podszewkę drugiej. Żadna z nich jednak nie jest ostateczna, bo za każdą spodziewać się można następnej.

Ijon Tichy, który znalazł się w nim w wyniku zaproszenia na kongres futurologiczny, gubi się w domysłach, plącze w przypuszczeniach, sam sobie zadaje pytania o to, gdzie jest na pewno i czego doświadcza naprawdę. A natykając się na egzystencjalne zagadki, udziela sobie odpowiedzi, że nie wie niczego konkretnego. I, tęskniąc za utraconą przeszłością, nieprzerwanie zastanawia się, dokąd zmierza ten przyszłościowy świat.

W jego nowym otoczeniu trwa ciągły proces zmian: ewolucyjne i rewolucyjne wrzenie, powtarzająca się modyfikacja ulepszeń, nieustanne wzbogacanie, udoskonalanie, przeróbka kształtów świata rzeczywistego i dopasowanie go do stale pogarszających się wymogów chwili. Tak zmoderowane realia były iluzoryczne, bez przerwy kreowane od nowa, istniały jako rezultaty urojonych zrządzeń losu i odległe pogłosy fikcyjnej realności.

Była to utopia. Niewykonalna, stworzona w oparciu o mylne założenia. Było to ulizane piękno, które w swojej ukrytej istocie stanowiło przerdzewiałą konstrukcję. Wedutę nasyconą dychawicznym narodem. Bo prawda była taka, że w tym świecie panowały gigantyczne biedy i monstrualne przeludnienia. Nagminnie występowały aprowizacyjne braki, szwankowały materiałowe fabryki, a produkcja czegokolwiek znajdowała się w stanie agonalnym.

Wyjściem był kamuflaż, udawanie, że istnieje to, czego nie ma. Życie bez zmartwień było więc iluzją: zamierzona konstrukcja okazuje się konglomeratem niepożądanych zjawisk, samobójczą próbą zaradzenia przeludnieniu, rozpaczliwym spektaklem poronionych usiłowań. Festiwalem zmarnowanych szans. Odwieczną ilustracją konfliktu praktyki z idealistycznymi założeniami. Stworzona rzeczywistość była zlepkiem sterowanych wymówek, monstrualną manipulacją, mętnym usprawiedliwieniem, sofistycznym tłumaczeniem porażek przekuwanych w sukces.

W istocie ten idylliczny krajobraz był następstwem działalności psychotropów. Rezultatem zażywania proszków, mikstur, legumin i aerozolowych specyfików rozpylanych w zatrutej atmosferze: na spełnienie zachcianek podawano właściwą miksturę, a wywoływanie odpowiedniego nastroju wśród ludzi, było fraszką: wystarczało rozpylić w powietrzu odpowiedni specyfik, by zamiast społecznej rewolucji wybuchł opętańczy entuzjazm.

Ów świat miał postać upiorną, a pętający się po nim ludzie nie byli grzeczni, niczegowaci, przyjemni w obyciu. Nie żyli w luksusach i dobrobytach, tylko w zamaskowanym ubóstwie. Na skutek przewlekłej wegetacji i w efekcie częstego zmartwychwstawania na życzenie, ich fizyczny wizerunek przypominał szpetny magazyn liszajów i odprysków nadgniłego ciała.

Lecz ten wygląd zroszony był chemikaliami, zapachowymi dolepszaczami cuchnących i rozkładających się ciał. Rozkosznymi woniami dającymi złudzenie bycia w środku sielankowego konterfektu.

Terytorium, stworzone przez pisarza, przenosi adresata do sztucznej krainy miraży; zamiast miejsca do elizejskiego życia, postacie otrzymują farmaceutyczne złudzenia. Nie są to zadowolone sylwetki przechadzające się ulicami ekskluzywnych metropolii, wysportowane, tryskające zdrowiem i opalone postacie, lecz sapiące, zgrzybiałe i zatęchłe ludzkie zjawy galopujące w atrapach nowoczesnych samochodów. Marionetki składające się z protez, pasów przepuklinowych i ortopedycznych wihajstrów.

Przedstawianie ruin jako enklawy powszechnej szczęśliwości było fikcją lecz fikcją zamierzoną. Prowokowaną rozpadem świata i deficytem miłosierdzia wobec ludzi. Źle pojęty humanitaryzm nakazywał zatajać przed mieszkańcami wiadomości o niezmyślonej liczbie ludzi i o rychłej, a nieuniknionej zagładzie planety.
*
Fantastyka, to dla Lema dekoracja: kosmos jest na Ziemi. Dlatego książki autora Cyberiady sprowadzają nas na ziemię; na pierwszym miejscu nie są więc ciała niebieskie, próżnia i gwiezdne pejzaże, ale bliźni. Bliźni zmuszeni do podejmowania nierównej walki z Naturą.

Nie buńczuczny zuch, zwycięska i pyszałkowata figurka wyrwana z komiksu, jest dla niego źródłem zainteresowania, tylko zwykły człek w przeciętnym opakowaniu. Niejednokrotnie groteskowy, częstokroć doskonały inaczej, lecz zwykle górujący rozumem nad elektronicznymi fetyszami; na przykład w niezapomnianym Solaris lub w utworze Eden godzi się na porażkę człowieczego intelektu. Świadomie rezygnuje z walki z Niepokonaną Naturą i uznaje ograniczenia ludzkiej wiedzy.
*
Myślę tu o pisarzach zajmujących się przyszłością jako konsekwencją teraźniejszości. Przeważnie są to epigoni, kopiści zdolni do powtarzania nośnych wątków. Niezdolni jednakże do wyjścia poza już zastosowane i stale te same, schematyczne wątki, standardowe rozwiązania, niezmienne obrazki z wrogimi obcymi (reguła, czy prozatorskie wygodnictwo sprawiają, że obcy portretowani są jako nieprzyjazne maszkary. Figurynki przebiegłe i złośliwe, które swoją wyższą inteligencję wykorzystują w niecnych celach zawłaszczenia naszej biedy), portrety złych i dobrych czarodziejów, stworków z laserowymi mieczami, natłoki galaktycznych wojen o pietruszkę, chaos i kolejną degenerację.

Zapanowała wściekła moda na nieustanne kreowanie wymyślonego świata, maniera zabudowy przestrzeni nasyconej magią, cudownością i uproszczonymi rozwiązaniami. Bajkowe miejsca przedstawiane w identycznej scenerii, wiążą się z tymi samymi zachowaniami opisywanymi podobnie; sztampowo, stereotypowo, banalnie.

Akcja tych prefabrykatów przeniosła się w inne rejony. Już nie dotyczy Ziemi, lecz obejmuje różnorodne, nieistniejące konstelacje. Lecz mimo zmiany czasów (bardzo odległe lata) i pomimo zaopatrzenia bohaterów w nadprzyrodzone umiejętności, zmieniła się w nich tylko – dekoracja; problemy zostały te same: te same dylematy, stare nawyki i przesądy ludzi szwendających się po niewyobrażalnie odległych galaktykach.

Towarzyszy nam bezmyślne mnożenie nieistniejących, a identycznych bytów; o wyobraźniowej nędzy popełniania podobnych „dzieł” świadczy to, że nawet stwory z gwiazdozbioru oddalonego o miliony lat świetlnych od planety Ziemia, mają problemy podobne do naszych: te same historyczne uwikłania, dworskie intrygi, tytuły szlacheckie i walczą o to samo (np. o podatki w „Gwiezdnych wojnach”).

Tym sposobem znajdujemy się w „nowym”, lecz jakże epigońskim środowisku nierealnego świata. Zjawisko to nazwać można zniwelowaniem głębszych myśli. Refleksji, wrażeń, sposobów widzenia. Rezygnacją z niepowtarzalności człowieka. Zrównaniem go z pozostałymi indywidualistami i zmajstrowanie „indywidualisty w tysiącach egzemplarzy”.
*
Współcześni fantaści zadowalają się kostiumem, a homo sapiens, to dla nich dodatek do fabuły; kontentują się malowaniem przerażających obrazów z nadciągających bitew pomiędzy astralnymi koboldami; brakuje pisarzy – kontynuatorów lemowskich przemyśleń. Twórczych naśladowców wyciągających wnioski z np. Summy technologiae, kluczowego, filozoficznego eseju o cywilizacyjnych rozdrożach. Jakkolwiek wydana w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, do tej pory cieszy się wzięciem naukowo uzasadnionym profetyczną zawartością. Cieszy się niezmienną poczytnością u tych, co trudnią się używaniem logiki.

Odczuwa się brakuje pisarzy zdolnych dźwignąć temat człowieka zmagającego się z naszymi aktualnymi problemami. Jak choćby przeludnienie, klimatyczne perturbacje czy głód. Lecz zamiast tego można zaobserwować kłębowisko jego naskórkowych powielatorów zapominających, że Historia, to proces, z którym nie trzeba się godzić.

Przeciwnie, należy próbować zmienić jej wpływ na przyszłe wydarzenia. Nie wolno poprzestawać na banalnym stwierdzeniu, iż ma jedynie odzwierciedlać koszmarny stan rzeczy, gdyż obowiązkiem futurysty jest wyjść z propozycją zmiany jej kierunku.
Brakuje pisarzy, których wizja czekającego nas jutra przedstawiona byłaby jako czas zdeterminowany ziemskimi wstrząsami.
*
Od czasu genialnego Tolkiena obecni autorzy nie wyłabudali się z kopiowania jego dokonań. To samo rzec można o Lemie.

Fantastyka zrezygnowała ze ścisłości wyrażania myśli. Z naukowego podejścia do fabuły. Za to z ekspansywną werwą skupiła się na baśniowych przygodach głupkowatych zjaw. W ten sposób, kosztem logiki i zamiast fantastyki naukowej, na miejsce zarezerwowane dla mądrych, wskoczyła jej populistyczna odnóżka: Fantazy. Tu przytoczę słowa H. Heinego: „...pierwszy, który porównał kobietę do kwiatu, był wielkim poetą, ale następny był cymbałem.