Archiwa

Cv

Ostatnio czuł się mało rozrywkowo: medialne nośniki olewały go, na froncie rzeczywistości wiodło mu się pod wiatr, wszędzie było nędznie i dychawicznie, toteż jako zakompleksiony facet, odczuwał globalny deficyt pochwał; urwały mu się tłuste lata prerogatyw, zażył więc pigułki na odwagę i poszedł walczyć o utraconą pozycję.

Lecz odmówiono mu jakichkolwiek wyrazów współczucia. Stwierdził równocześnie, że stracił specjalne przywileje. Nikt nie schodzi mu z drogi, a przeciwnie, popychają go na niewinną szafę, trącają łokciem, nabijają i dają sójkę w bok. A kiedy idzie, pryskają na boki, zaczynają przestawiać go po kątach i ośmielają się prosto w nos, drwić z niego,
ośmielają się komentować, wykpiwać i podważać każdy jego krok i wszelkie posunięcie.

Z niego, co było niesłychane!

Naraz przestano mu się kłaniać, adorować, pić z warg każdą myśl. Nastąpił dla niego szarawy i mdły czas: różni tacy odesłali go ad acta. Jak to w pracy: zapomnisz wsadzić właściwą maskę, z mety tracisz kontrolę nad sobą i zamiast wyglądu szubrawca, pokazujesz światu twarz uczciwego człowieka. Trzeba się więc pilnować, stale baczyć, by nie chlapnąć byle czego, co trzeba dementować; pomylą się strony i po karierze.

Już nie dopuszczali go do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach. Już nie był dla nich fundamentem, filarem i wyrocznią. Zatem odszedł. Salwował się wygnaniem z dotychczasowych immunitetów. Lecz jakkolwiek ratował się, jak mógł i umiał, to spostrzegł, że nowe czasy wymagają od niego nowej aranżacji.

Przedtem nie było dnia bez czapkowania: cięgiem gadało się o nim. Gdzie nie przebywał, witano go solonym chlebem, a delegacje robiły wyścigi o pierwszeństwo do obłapiania mu kolan.

Często trafiał do radia, a w telewizji siedział na okrągło. Praktycznie mówiąc zmieniał tylko pokoje z audycjami, tak że nieraz trudno było odróżnić go od prowadzącego program.

Pytano go o różne kierunki i trendy prowadzące gdzie bądź. Odpowiadał wtedy, snuł obleśne dywagacje, przypuszczenia, proroctwa i wizje. Krótko mówiąc, wyrażał troskę, zawieszał głos, w odpowiednich miejscach robił wielomówne pauzy. Udzielał wywiadów na tematy, które wydawały mu się interesujące, miotał poradami, mówił, jak żyć, jak pójść po rozum do głowy, słowem, zwierzał się, komu popadnie.

Nie stronił od plotek, insynuacji, niewyraźnych pomówień; specjalizował się w zdradzaniu przygód typów z określonych kół.

Zaś kiedy podróżował po prowincji, z pogardą patrzył na okoliczną dziatwę z transparentami, na cały ten wiwatujący tłumek składający mu hołd. Wtedy słyszał dosłowny furkot uwielbień. Spragnionym uchem łowił co lepsze kawałki entuzjazmów. Serce pływało mu w rozkoszach, omdlewało w uniżonych oklaskach, szmerkach aplauzu, niekłamanego podziwu i kaskadzie braw.

A teraz, gdy czekała go bryndza, zero przyjemności i zgrzybiałe uciechy, tym snadniej zachciewało mu się wrócić do gry, tym częściej marzył o powtórce z rozrywki.

Od momentu gdy postanowił że najwłaściwszą drogą dla niego jest uparte dążenie do odzyskania kariery, do ponownego osiągnięcia sukcesu, do bezkompromisowego i zupełnego panowania nad resztą ludzi, a co za tym idzie – do wszechwładzy nad mierzwą – poczuł się od nowa potrzebny.

Lecz zanim do tego doszło, zrozumiał, że musi posiąść taktyczną umiejętność sterowania zbiorową duszą, nagminnymi poglądami, odpowiednim kształtowaniem tychże; musi nauczyć się mówienia sprzecznego z myślą.

Spostrzegł też, że aby ów cel osiągnąć, powinienem zapoznać się z mechanizmami stosowanymi przez innych. Podpatrzeć już obecnych, już głośnych, już oswojonych z gadaniem od rzeczy, pełnymi garściami czerpać z takich, z którymi zdecydował się utożsamić.

Taktycznie i radykalnie zmodyfikował swoje podejście do życia: zmienił opcję, członkostwo i koncept. Odtąd był wolnym strzelcem jakichkolwiek idei: Nabożnym Ateistą lub pieczeniarzem w komży i jarmułce jednocześnie. Czym kto chciał.

Utrzymywał, że ma wymienne zasady, że od dziecka wierzy gorliwie w cokolwiek.

Na początek przyjrzał się sposobom, jakimi oblepli miejsca, w których zamierzał być. Obserwował je z daleka, ukryty za trybunami sejmowych wystąpień, które to wystąpienia obnażały ich umysłową mizerię i ostentacyjne prostactwo.

Znowu więc czuł się na właściwym miejscu.

I tak, cichcem, sprytem i bez nadmiernego wysiłku, osiągnął to, na czym mu zależało: miał diety, gabinety, poczciwe apanaże, przewodniczył niejednej spółce, piastował, zasiadał, bito mu brawko i otrzymywał owacje, działał na niwie, udzielał się po linii, na bazie i na polu.

Poddawał surowym analizom ich wystudiowane miny, mowę ciała, pewnego rodzaju metody bycia na luzie. A w trakcie tych analiz doszedł do wniosku, że mizeria, prostactwo, nonszalancja, rzekoma pustota ich zachowań, to tylko pozór, gra, technika, element szerszej układanki, zimny, wykalkulowany proces siłowego zaistnienia: oficjalna maska na doraźny użytek. Że kierują swoimi gruntownie przemyślanymi postępowaniami, te zaś są adresowane do potocznej publiki.

Oficjalne, stosowane z premedytacją, cynizmem, udawaną bezczelnością, różniły się od prywatnych, bez makijażu, źle widzianych na zewnątrz, odartych z widoku fleszy, wyposażonych w kostropatą codzienność; osobiste, wykraczające z łagodnych i sztucznych, populistycznych ram, nie miały nic wspólnego z dekoracjami medialnego teatrzyku.

Oddaleni od środków masowego rażenia, wolni od strojenia min i wypuczania klat, na urlopach, okazywali się interesującymi, skromnymi wrażliwcami, postaciami o niebanalnych poglądach. Lecz z chwilą gdy powracali do szpanowania i kabotyństwa, zaczynali dobrze płatny, zawodowy udział w przedstawieniu pod wezwaniem HUCPA.

Nieoczekiwanie, jak spod ziemi, na jego zwiędłe oblicze wyborykał się dawno nie używany i od nowa promienny uśmiech człowieka, który wprawdzie wie, co to obciach i plucha w głowie, ale że nie pozwolił się zabiadolić i zredukować do mało ważnego bycia łapserdakiem, może teraz, z nocnikiem w dłoni, zamiast z ręką w środku, być zadowolonym do ostatniej kropli krwi.

Oto nareszcie, jako finansowy ozdrowieniec, łaskawca gotowy do otrzymywania rzęsistych splendorów, stanie w rzędzie ludzi, którym się powiodło, odkuje się za wszystkie chude lata i ofiaruje swoim prześladowcom wdowi grosz niespodzianego majątku, będzie ich spróchniałą deską ratunku, zmieni im poharatany i ziewający byt w tarantelę karnawałowych podskoków.

ODWAGA PAPKINA

Ciężko to pojąć urodzonym dzisiaj, ale w uprzedniej epoce nie było życia tak bardzo uzależnionego od prądu, kabli i telefonów, od seksu z chipami, religijnego kultu świętego Pugilaresa, natrętnej wszechobecności kamer, niekoszernych portali czy ujeżdżania po nich. Nie istniał krzykliwy świat reklam, kupowania za darmo i tylu oszustw w pakiecie. Istniały za to sklepy handlujące kartkami na ocet.

Gier komputerowych czy laptopów z pozytywką nie wynaleziono jeszcze i być może z tego powodu żyło się ludziom prawie pełną piersią. Swobodnie, bez mała na wolnych obrotach. Internetu nie uświadczyłeś, komórki były jeno na węgiel, a kiedy na drodze popsuł się samochód, do najbliższego telefonu po pomoc drałowało się parę dni pod wiatr.

Bunt przeciwko władzy i marsze w obronie gwałconych praw człowieka kończyły się zimnym prysznicem: tak zwanymi ścieżkami zdrowia, a więc milicyjnym pałowaniem, represjami polegającymi między innymi na utracie pracy. Za wyrażanie poglądów niezgodnych z partyjnymi ustaleniami szło się do więzienia lub do krainy pasów i kaftanów na elektrowstrząsową resocjalizację.

Strach władał ludzkimi sumieniami. Nielicznym nakazywał postępować uczciwie, po rycersku, zgodnie z poczuciem sprawiedliwości. Lub podyktował większości zastraszonych ludzi bezpieczne kroki w rodzaju chowania głowy w piasek, siedzenia pod miotłą i dbania o uzębienie.

W odróżnieniu od dzisiejszych czasów, trzeba było ponosić konsekwencje swojej odwagi. Nie każdego uczestnika społecznego protestu było na nie stać. Dlatego była tak cenna i trudna.
Krótko mówiąc: choć na ogół wiodło się podławe egzystencje, to jednak jakoś się je WIODŁO. Co prawda nie istniały tak wielkie wądoły międzyludzkie i nikt tak ostentacyjnie nie chwalił się brakiem rozumu, jak dzisiaj, ale przyznać trzeba, że człowiek do człowieka miał ciut bliżej; łatwiej było mu znaleźć wspólną płaszczyznę, nawiązać kontakt, porozumieć się bez gróźb karalnych.

Nikt na tak masową skalę, anonimowo lub oficjalnie i w majestacie bezprawia, nie deptał cudzej inteligencji. Nie usiłował błyszczeć umysłową nędzą. Nie chlubił się cudzymi sukcesami, nie całował po swoim posągowym ego i nie wmawiał wszystkim naokoło, że białe to czarne.

Owszem, też zdarzały się wariackie wypowiedzi, ale nie wychodziły poza szpital.

Zatem był to zupełnie inny świat i nie można o tym zapominać: nie można do tamtych warunków przykładać dzisiejszych ocen.

Myśl tombakowa

Intelektualista nowej generacji posiłkuje się sformułowaniami zaczerpniętymi z brewiarza głupka po to, by tym dosadniej i uczeniej wyrazić dętą myśl, że nie ma nic do powiedzenia, a przy okazji, by jego wypowiedź wyglądała na mądrą.

Podanie do laryngologa

Ostatnio czuję się mało rozrywkowo: medialne nośniki mnie olewają, na froncie rzeczywistości wiedzie mi się pod wiatr, wszędy mi nędznie i zaledwie, toteż, jako doszczętnie zakompleksiony facet, odczuwam deficyt pochwał.

Pomnę, że przedtem nie było dnia bez czapkowania: cięgiem gadało się o mnie. Gdziem nie bywał, witano mnie osolonym chlebem, a delegacje robiły wyścigi o pierwszeństwo do obłapiania mi kolan.

Trafiałem do radia, w telewizji siedziałem na okrągło. Praktycznie mówiąc zmieniałem tylko pokoje z audycjami, tak że nieraz trudno było mnie odróżnić od prowadzącego program.

Udzielałem wywiadów, porad, wskazówek, jak żyć, jak pójść po rozum do cudzej głowy, gdzie dają dobrą kawę i co ugotować z gwoździa.

Nie stroniłem od plotek, insynuacji, pomówień, specjalizowałem się w zdradzaniu przygód kolesi z towarzystwa.

Pytano mnie o różne różności, o kierunki i trendy gdzie bądź: w klasycznej literaturze i literaturze awangardowego zaplecza. Odpowiadałem, snułem dywagacje, przypuszczenia, proroctwa i wizje. Krótko mówiąc, wyrażałem troskę, zawieszałem głos, w odpowiednich miejscach robiłem wymowne pauzy, jakbym się na tym znał.

Z dumą patrzyłem na dęte orkiestry wyprężone w karnych szeregach, na perony zagracone burmistrzami w przepisowych tużurkach, na rajców spędzonych służbową ciekawością oraz na okoliczną dziatwę z transparentem, na cały ten wiwatujący tłumek składający mi hołd.

Po przyjeździe do lustrowanej miejscowości otwierałem podręczny plecak i wysypywały się z niego prezenty, choinkowe fintifluszki, jakieś bombki, gwiazdki, połyskliwe suweniry w formie autentycznych lizaków, cukierki w szeleszczącym pozłotku.

Wtedy słyszałem dosłowny furkot uwielbień. Spragnionym uchem łowiłem co lepsze kawałki entuzjazmów. Serce pływało mi w rozkoszach, omdlewało w uniżonych oklaskach, szmerkach aplauzu, niekłamanego podziwu i kaskadzie braw.
*
Lecz zanim do tego doszło, musiałem się nauczyć mówienia sprzecznego z myślą. W momencie, gdy postanowiłem, że najwłaściwszą dla mnie drogą jest uparte dążenie do kariery, sukcesu, bezkompromisowego i zupełnego panowania nad resztą ludzi, a co za tym idzie – do wszechwładzy nad mierzwą, zrozumiałem, że muszę posiąść taktyczną umiejętność sterowania zbiorową duszą, nagminnymi poglądami, odpowiednim kształtowaniem tychże.

W momencie niniejszym spostrzegłem, że aby ów cel osiągnąć, powinienem zapoznać się z mechanizmami stosowanymi przez nich. Podpatrzeć już obecnych, już głośnych, już oswojonych ze światłami jupiterów, takich, z którymi zdecydowałem się utożsamić.

Na początek przyjrzałem się sposobom, jakimi przyssali się do miejsc, w których zamierzałem być. Obserwowałem je z daleka, ukryty za gazetami, radiem, internetowymi portalami, za telewizyjnymi wystąpieniami obnażającymi ich umysłową mizerię i ostentacyjne prostactwo.

Poddałem ocenom, surowym analizom ich wystudiowane miny, mowę ciała, to, jak siedzieli, pewnego rodzaju metody bycia na luzie, a w trakcie tych analiz doszedłem do wniosku, że mizeria, prostactwo, nonszalancja, rzekoma pustota ich zachowań, to tylko pozór, gra, technika, element szerszej układanki, zimny, wykalkulowany proces siłowego zaistnienia: oficjalna maska na doraźny użytek. Że kierują swoimi gruntownie przemyślanymi postępowaniami, te zaś są adresowane do potocznej publiki.

Oficjalne, stosowane z premedytacją, cynizmem, udawaną bezczelnością, różniły się od prywatnych, bez makijażu, źle widzianych, odartych z widoku fleszy, wyposażonych w kostropatą codzienność; osobiste, wykraczające ze sztucznych, populistycznych ram, nie miały nic wspólnego z dekoracjami medialnego teatrzyku.

Oddaleni od środków masowego rażenia, wolni od strojenia min i wypuczania klat, na urlopach z rodziną, nieoczekiwanie okazywali się interesującymi, skromnymi wrażliwcami, postaciami o niebanalnych poglądach. Lecz z chwilą, gdy z famułowej samotni powracali do szpanowania i kabotyństwa, zaczynali dobrze płatny udział w przedstawieniu pod wezwaniem HUCPA.

Jest tu jednak niebezpieczeństwo: pomylą się strony i po karierze. Jak w pracy zapomnisz wsadzić właściwą maskę, to migiem stracisz kontrolę nad sobą i zamiast prześmiewcy – szubrawca, pokazujesz światu twarz uczciwego człowieka wyrażającego prywatne przekonania. Trzeba się więc pilnować, stale baczyć, z czego masz chleb.
*
Nastał dzień, kiedy i mnie to spotkało. Naraz przestano mnie zauważać, adorować, pić z warg każdą myśl. Nastąpił szarawy i mdły czas: różni tacy odesłali mnie ad acta i powskakiwali na miejsce moich prerogatyw.

Urwały mi się tłuste lata, a tam, gdzie wziąłem się na odwagę i poszedłem odzyskać utracony honor, odmówiono mi najprostszych wyrazów współczucia. Do tego stopnia, że spotkało mnie skandaliczne walnięcie drzwiami w nos i od tej pory mam poważne kłopoty z przetrąconą przegrodą: smarkam na potęgę i tak mnie łupie, że szkoda słów.

Upraszam więc o zajęcie się moim zawodowym cierpieniem. Proszę również o pomoc w wypełnieniu wniosku o przyznanie mi renty.

OBSTALUNEK

Przez długi czas nie mogłem rozgryźć sprawy; krążyłem wokół niej i nic mi nie przychodziło do głowy. Byłem zawiedziony, bo kiedyś zajmował stanowisko zbliżone do mojego. Nie takie samo, lecz porównywalne: wówczas wyrzucał z siebie heterogeniczne sądy, burzycielskie mniemania, wtedy coś nas łączyło, choćby wspólna membrana. Mogliśmy przerzucać się tożsamymi przekonaniami, a nasze nocne dyskusje kończyły się, zanim na dobre zaczęły, bo o czym mieliśmy gadać, gdy oboje zachwycaliśmy się tymi samymi książkami, lekturą wymagającą skupienia, dokładnego obeznania w dziejach literackiej ciągłości, w ich przypływach i odpływach, nawrotach i poniechaniach, w tej wibracji znaczeń falującej od czasów najdalszych po obecne: niezależnie od nas, prawie legendarnie.

Byłem rozczarowany jego zmianą, bo przecież dawniej wierzyliśmy razem, ufaliśmy sobie, zakładaliśmy wspólne pisanie, jednak nic z tego nie wyszło, bo nasze kontakty i myślowe drogi straciły sens: rozjechaliśmy się, on szukać pracy w pobliskiej, większej dziurze z perspektywami, ja wyruszyłem w oczadziałą pogoń za początkującą, lecz już zmanierowaną poetką, za dziewczyną mimo to niepodobną do innych.

Na próżno łaziłem za nią trop w trop, starałem się jej przypodobać, wkraść w łaski, postępować tak, by zwróciła na mnie uwagę. Zrazu planowałem zostać jej totumfackim, niegroźnym dworzaninem, by później, gdy już oswoi się ze mną, gdy przywyknie i zacznie mnie tolerować, tym śmielej wejść w sam środek otaczającego ją wianuszka przyszłych luminarzy, zwyczajnych megalomanów przekonanych o swojej niepowtarzalności, siedzieć z nimi w kawiarni, pić espresso wśród ożywionych dysput.

Bez powodzenia; traktowała mnie z góry. A choć na prawo i lewo serwowałem aprobujące uśmiechy i potakiwania, to przymilające się wysiłki, jakieś natrętno-nieśmiałe próby zasygnalizowania obecności, wszystkie te mimiczne wtręty spełzały na niczym, odnosiłem więc wrażenie, iż między tymi bufonami sterczę na doczepkę: jak persona non grata, drewniany kołek lub niepotrzebny mebel.

*

Niekiedy korespondowaliśmy, przebijaliśmy się niepowodzeniami, donosiliśmy sobie, co i jak, on pisał, że mu ciężko, że tyra za trzech, a zarabia ledwie na połówkę bez korniszona, ja, że nic się nie dzieje i nie ma o czym gadać. Nic o czytaniu, gasnącej i systematycznie odwlekającej się przyszłości arcydzieł, jakby te tematy przestawały być dla nas ważne. I fakt: przestawały. Mnie, odepchniętego przez poetkę, rzuciło w stronę felietonowego przekomarzania, w zbieranie owoców podróży po sobie, w częste przebywanie poza domem, spędzanie czasu w delegacjach, hotelach i na walizkach, w poznawanie tego i owego, bez robienia romantycznych planów; spontanicznie, ad hoc.

Z nim natomiast stało się inaczej: gdy w trakcie jednej z delegacji odwiedziłem go, zauważyłem, że utknął w codzienności namiętnych intryg. W końcu zamarzyły mu się domowe obiadki, zapolował na coś przyziemnego, lecz urodziwego do leżakowania, a po dokonaniu technicznego przeglądu awaryjnych bab, wybrał najmniej szkaradną i ochajtnął się po kryjomu. W wyniku czego wyłysiał na intelekcie, bo od kiedy przestał być singlem, zapadł się w sobie: a to rozwodził się o szefie, a to przeszkadzała mu słona zupa i tak drałował po nieszczęściach uciekając w milczenie, w kontemplacyjną ciszę, w symulowanie, że jest szczęśliwy do bólu.

A ostatniego dnia, kiedy żegnaliśmy się i wyglądało na to, że rozmawiamy po raz ostatni, powiedział: wybacz, ale choć śledzę, co publikujesz, to sądzę, że tak się nie mówi! tego się nie czyta! Za dużo belferskich wytyków, dydaktycznego wyposażenia w postaci wskaźnika, poziomicy, suwmiarki, cyrkla i linijki do bicia po łapkach.

Dodał, że jak już piszę te swoje smęty, choćby o upadku kultury, to powinienem zaznaczyć, o jakiej kulturze mowa, lokalnej czy zagranicznej, powinienem zejść na ziemię i nudzić prościej, bo kiedy mnie sylabizuje, to mu się kitwaszą pojęcia z wyobrażeniami; nigdy nie wie, czy bredzę na serio, lub czy dworuję z niego i jak ma stwierdzić, com spłodził: operetkowy dramat, powiastkę dla niewidomych okulistów, no i komu to plaży, dla kogo bajtluję i czy mnie podniecają ciemne strony życia.

Poza tym wytknął mi, że stosuję za dużo metafor i słów nawalonego pochodzenia, uprawiam głównie żonglerkę, językowe zbytki, barokowe pląsy, a na dodatek używam przedawnionych fraz, które są ni w pięć ni w dziewięć, co przyzna większość literatów. Jak chcesz, to pisz tą metodą, ale nie narzucaj jej innym. Bez urazy, dorzucił, może komuś podchodzą tego typu wolne numery, lecz na ogół jest to nudziarstwo bez przyszłości i głębszej wymowy. Im prędzej dam sobie siana i przejdę na owies, tym łacniej przyjdzie mi się uporać z faktem, że na własne życzenie skazałem się na frustrację und brak zrozumienia.

Udzielił mi też rady, bym przestał nawijać furt o cierpieniach i rozterkach, bo to go dołuje, nie ma ochoty myśleć o nich, a ja na grandę wpycham mu te poparzone refleksje, zmuszam do niewczesnych namysłów, gdyż jak po dniu przy tokarce siada do lektury, to nie chce mordować sobie pały jakimiś przekwitami formy, supozycjami, niuansami, egzystencjalnymi anoreksjami, tylko od razu i konkretnie pragnie mieć jasność, o co biega, tak, a tak, tu poszedł, tam zaszedł, bez opisów przyrody i humanitarnych ściem, kawa na ławę. Domaga się precyzyjnego określenia sytuacji: jakiejś instrukcji zachowania, totalnej podpowiedzi, ma płakać czy śmiać się jak zombie nad trumną.

Czego ode mnie oczekuje? Mam mu spłodzić jakiś poczciwy kawałek do trusiania. Dla odmiany coś przyjemnego i niech to będzie dla wagonowych ludzi. To ich kręci, tego chcą w obiad, na kolację i zamiast mleczka do kawy. A nie wzniosłych bajań o skomplikowanej rzeczywistości. Chcą wytchnienia, zapomnienia o Bożym półświatku. Ich marzenie, to uchachać się po całości bo kiedy od bladego świtu muszą zasuwać przy taśmie, kiedy od upojnego rana wiedzą, że znów czeka ich kieracik, to ani sił, ani ochoty nie mają na intelektualne brandzlowanie powietrza.

Ja na to, że już Feynman rzekł: `Bardzo łatwo krytykować to, co ktoś już zrobił i wyrokować, co powinien był zrobić.` I, wystaw sobie, miał cholerną rację, gdyż dzieło literackie nie jest szczegółowym raportem policyjnym, a tekściarz nie pełni w nim roli stójkowego, protokolanta czy nawigatora. Nie ma przepisu, by autor podawał wszystko „na tacy”, wtykał czytelnikowi namiary na prawidłowe pojmowanie treści łącznie z numerem kołnierzyka i gabarytami stanika: musi zostawić mu jakiś niełopatologiczny margines, uwierzyć, zaufać, że ma wyobraźnię zdolną do samodzielnego rozszyfrowania utworu.

Jednocześnie przyznałem mu częściową słuszność, a mianowicie powiedziałem, że skoro klient ma zawsze rację, to trudno i darmo, niech będzie, co ma być, wezmę problem na klatę i jako firma usługowa postaram się dostrzec, co można z tym fantem zrobić. Zatem kiedy odwiedziły mnie transy i olśnienia, nadałem sprawie bieg: z impetem staranowałem klawiaturę i na ośle pożyczonym od Muzy pojechałem po bandzie: wybabuliłem telegraficzne zdanie. Układne, swobodne, oczyszczone z refleksji, niemędzące i na zawziętym luzie. A zachęcony jego lakonicznością, poszedłem za ciosem i strumień krótkich zdań przekolebał mi się z globusa na ekran.

Były zgodne z jego zamówieniem: na golasa i zrozpaczone niczym podmiot wyzuty z orzeczenia; bez przydawek, wolne od opisów przyrody, wartkie i potoczyste jak bobslejowa jazda bez trzymanki. Byłem dla siebie pełen podziwu, bo ów tak byczo rozpoczęty wątek – zresocjalizował się, odmienił, a pod moim oszalałym palcem nabrał cech zerojedynkowych. Ale już po pierwszym jego akapicie straciłem zapał do dalszego sztrykowania: oblazły mnie poprzednie wątpliwości, bo choć czytelnik mógł być wreszcie usatysfakcjonowany, to mnie zemdliło.

Krótka historia techniki życia

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz ujrzałem na drodze do naszego zamku rozpędzony dyliżans z kotłem na miejscu woźnicy, krowa, którą żem akurat pędził do obory, rykła tak przeraźliwie, jakby się co stało.
A to tylko mój pan wracał z nowym nabytkiem z Londynu. Osobliwy ten wehikuł nie tylko bydlę zagonił pod dach, ale i mnie zmusił do wspinaczki na drzewo, bez co przez długi czas nie dawałem się namówić na zejście. Dopiero nocą zlazłem z gruszki i powolutku podpełzłem do dziwa.

Przytoczyłem wspomnienie mojego prakuzyna z Anglii, dalekiego krewnego z czasów tak odległych, że nawet ja nie pamiętam, czy istniały naprawdę. Ale były, czy nie były, jedno jest pewne: pierwsze samochody budziły sensację. Bo jakże? Skrzynka bez konia, za to z imbrykiem gwiżdżącym jak stado opętanych? Poza tym nieludzki hałas i zabójcza prędkość do czterech mil na godzinę! Podobno mógł pędzić szybciej, ale wyszła ustawa, że z uwagi na popłoch wśród niezmotoryzowanych, a idących na piechtę gościńcem, przed czajnikiem poleci lokaj z chorągwią i będzie ostrzegał przed niebezpieczeństwem.

Takie były genezy Pendolino i kto wie, czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy się zatrzymali na wasągowym etapie.

I z przerażeniem odkryłem: nauczono mnie zachwytu nad ulepszaniem swojego elektronicznego istnienia, znerwicowanych oczekiwań na towarzyszące mu, techniczne nowinki, pędu do matołkowatej postępowości!

Tum się rozmarzył: ech, gdyby nie było komórek, telewizji, atomówek, cybernetycznej pajęczyny i innych kamer w rzyci! Do Australii jechało by się z pół roku, a z powrotem, to ze dwa. O Marksie, Leninie i pomniejszych Putinach nie byłoby wzmianek. Nie trapiłaby mnie informacyjne chaosy i natłoki zbędnych wrażeń, powierzchowne rozumienie świata, podejmowanie i porzucanie chwilowych zadań, szybka nuda i dekoncentracja, ta programowa niemożność skupienia uwagi przez dłuższy czas, nie doskwierałby mi przymus pogoni za coraz to nowszymi wrażeniami, nie chciałbym być wielozadaniowym, wielofunkcyjnym połykaczem doznań, a wolałbym być wczorajszym człowiekiem!

Lecz co rychlej wycofałem się z niewczesnych marzeń, bo uświadomiłem sobie, że w takim razie i mnie by nie było!

Administrowanie absurdem

„Ojcze nasz” składa się z 56 słów,
Deklaracja Niepodległości – z 300, a
rozporządzenie rządu w sprawie cen
jarzyn – z 26.911 słów”

Mamy coraz więcej urzędów. Zawodowców otrzymujących nagrody za nietrafne lub sfuszerowane inwestycje. Dostających rekompensaty za drzemkę w szkodliwych warunkach. W myśl biurokratycznych przykazań: im więcej i głupiej, tym lepiej, bo gorzej.

A w urzędach tych pracują ludzie, specjaliści od nic nierobienia i podejmowania złych decyzji. W koszt eksploatacyjny urzędnika sprawującego nadważną funkcję wchodzą takie drobiazgi, jak sekretarka w przedbalzakowskim wieku plus kanapa z bidetem, zestaw pieczątek, gustowny kosz na podania, klęcznik dla petentów, fotel przynitowany do podłogi, ocieplane biurko z przepisami oraz komputer podłączony do pryncypała sprawującego „kontrol” nad resztą departamentu. W związku z tym jest rzeczą zrozumiałą, by kierujący referatem osobnik otrzymał pensję zgodną z wyposażeniem i brakiem kompetencji.

Do jego obowiązków należy brak odpowiedzialności za cokolwiek i publiczne wygłaszanie mantry: CO JA MOGĘ? A to tylko kropelka w morzu nonsensów; przykłady walają się po ulicach: chybione decyzje, owocne pomyłki, zaniedbania i poniechania.

Lecz nawalanek o podobnie śladowym rozmiarze, mamy setki. Setki kropel przekładających się na korupcyjne myki, nieprzejezdne autostrady, odłożone budowy obwodnic, nowoczesne pociągi na starożytnych szynach, na karygodny stan służby zdrowia, na kulturę i naukę dla wtórnych analfabetów. Wszystko to są kropelki, ale kiedy się je zliczy, okazuje się, że zewsząd otacza nas powódź.

Terroryzm

Chciałem dać Wam nieco wytchnienia do moich tekstów, a i sobie zabezpieczyć kapkę luzu. Z tej oto zacnej chęci zanurzyłem się w totalnym nieróbstwie; zamknąłem przegrzany komputer i oddając się leserowaniu otworzyłem telewizor.
Akurat nadawano kolejne sprawozdanie z francuskich jatek w Charlie Hebdo, kolejne relacje z ulicznych protestów ludzi oburzonych na fundamentalizm. Wyroili się dyżurni znawcy tematu. Fachowcy od problemów Państwa Islamskiego rozwodzili się tokując zawzięcie o przyczynach coraz szerzej powstającego ruchu.

Politycy od multikulti, poważni lub niepoważni spece od udzielania recept i zapobiegania terroryzmowi zapewniali, że wiedzą o czym mówią i panują nad sytuacją. Przytaczali informacje o tym, jakie to ogromne siły policyjne zostały zaangażowane w pościg za sprawcami tej ohydnej zbrodni.

Parę dni wcześniej miałem nieprzyjemność oglądać podobne sceny z Australii, z Danii także, w Niemczech również i gdzie się człek nie obrócił, wszędy czyhały na niego konfrontacje, debaty pełne sprzeciwów i głosów oburzenia. Tym razem powodem było to, że chłopcy z satyrycznego piśmidełka (odpowiednika polskiego NIE) zabawiali się w ordynarne prowokacje: notoryczne publikowanie rysunków celowo obrażających uczucia religijne.

Rzecz dotyczyła nie tylko karykatur Mahometa. Szyderstwa z wizerunków Jahwe, papieży i ortodoksyjnych rabinów były oznakami ich nieociosanego taktu; jątrzenie, zaognianie i bez tego wybuchowych uwarunkowań, doprowadzanie do niekontrolowanej sytuacji, w której coraz śmielej zaczyna się mówić o cywilizacyjnej wojnie, to ewidentny brak odpowiedzialności.
Wianuszek dostojnych historyków utworzył magiczny krąg wyjaśniaczy przyczyn zaistniałych okoliczności, a zaczął od genezy obecnego stanu rzeczy.

Jedna z gadających głów zwróciła uwagę na zjawisko społecznego odwetu. Że niby jesteśmy świadkami dziejowej sprawiedliwości pod wezwaniem: gwałt niech się gwałtem odciska i OKO ZA OKO, plus ZĄB ZA ZĄB, gdyż tak jak my wyrzynaliśmy heretyków, oni odpłacają nam tym samym. I rzucił przykładem:
było sobie panisko w arabskim zawoju. Żyło pod berłem lokalnego kacyka i od pokoleń uprawiało poletko swojej niedoli.
Aż któregoś pięknego dnia z odległego kraju podlazł mu pod szałas metalowy rycerz o ksywie Obywatel Kolo i stwierdził, że jest z niego tępy turban: nic nie umie, niczego nie wie, a nade wszystko nie zna się na religii. Posiada mendel żon, dwa wielbłądy i wypsiałą kozę do erotycznych posług. Kiereszuje swoimi babami ile wlezie, patrzy, jak gną się przed nim w strachliwych pokłonach. Upodobał sobie kucnąć na modlitewnym dywaniku i udawać wierzącego, więc trzeba go nawrócić, dopostępowić, wyedukować na nowoczesne kopyto. Czas, by zrobić z mu porządek w przekonaniach, bo są paskudne i wynaturzone.

Nie trzeba długo medytować, by dojść do wniosku, że Obywatel Kolo nazywał się Chrześcijanin, a przyniosło go razem z pozostałymi uczestnikami europejskich krucjat.
I zaczęło się: nastąpiły mordy popędzane rzeziami; do wyboru, do koloru.
A teraz mamy do czynienia z rewizytą.

Na co od studyjnego stolika zerwał się inny jegomość. Krzyknął, że odwet nie jest usprawiedliwieniem, a zbrodnia to zbrodnia i kropka. I że nie jest to wojna cywilizacyjna i kulturowa konfrontacja, tylko walka zamożnych z ubogimi. W iście rejtanowskiej pozie krzyczał:
co jeszcze musi się wydarzyć, byśmy zrozumieli swój błąd, byśmy przestali traktować ludzi których gościmy, jak pogardzaną biedotę, jak drugą lub trzecią kategorię obywateli. Kiedy wreszcie dotrze do nas ta światła myśl, że stawianie ekonomicznych zapór, powiększanie społecznych dysproporcji pomiędzy emigrantami a rdzenną ludnością nie sprzyja integracyjnym tendencjom? Nie ułatwia asymilacji? Dokąd przybywających do naszego kraju spychamy na margines, nie dajemy im korzystać z tych samych praw, z których my korzystamy, z prawa do wykształcenia, do podejmowania pracy, mówienie o terroryzmie będzie wciąż aktualne i dalej będziemy narażeni na krwawe ataki!
Po tak druzgocącej oracji towarzystwo rozchrząkało się i zamilkło. Dopiero po chwili jeden z dyskutantów odparł: Profesor Multi ma rację, ale racja ta jest nie do końca słuszna. Daliśmy się nabrać, uśpić, bo choć większość muzułmanów szanuje nasze prawa, pracuje i uczy się tolerancji, to co mamy zrobić z nygusami, którzy nie chcą korzystać z czegokolwiek poza socjalem i mają gdzieś prawa kraju, w którym goszczą? Przeciwnie: narzucają swoje, rzekomo koraniczne, zaś kiedy nie zgadzamy się na nie, ucinają nam puste łby; edukować, dialogować, starać się znaleźć z nimi wspólny język, to zajęcie dobre dla perswazyjnych onanistów, ludzi, którzy uwielbiają ględzić bez sensu.
Całe to zawracanie głowy z asymilacją wnerwia ich do tego stopnia, że latają z bombami, maczetami, kałachami zabijając innowierców, zwłaszcza tych, co im podpadli, co jak dziennikarskie hieny ze szmatławca Charlie Hebdo zamieszczają swoje graficzne arcydzieła nie licząc się z konsekwencjami, a zamieszczają tylko po to, by zwiększyć jego nakład, pozować na niewinne ofiary, na niezłomnych bohaterów walki o wolność wypowiedzi. Jaka to wolność, jaka wypowiedź? Liberalny żart, parodia, kpina ze zdrowego rozsądku, a w rzeczywistości obłuda!

Rozmowy te byłyby trwały w nieskończoność, gdyby mi żona nie wykręciła korków mówiąc, że albo odpoczywam, albo zabieram się za wycieranie podłogi, bo z ekranu leją się kaskady krokodylich łez i ktoś musi położyć temu kres.
Najwyższa pora coś zrobić, gdyż niebawem okaże się za późno: żaba będzie za duża i nie damy rady jej zjeść. Sami uczyniliśmy sobie ku ku i że gdyby to ona była u steru, nie pozwoliłaby na rozpieprzanie kraju w imię przesadnej poprawności politycznej, w imię ugrzecznionego zezwalania na wolnoć Tomku w swoim domku.

Toteż jako posłuszny i w zasadzie spolegliwy gość natychmiast zawarłem znużone oczęta, a zawarłszy je wlazłem pod kołderkę i wyobraziłem sobie, że w Licheniu postawiono meczet, obok katedry Notre Dame zainstalowano bilbord z napisem Allach jest wielki, na miejscu Czarnego Kamienia wybudowano żarłodajnię typu Mac Donald, zaś do moich drzwi, jak nocą kolby łomocą, bo któregoś dnia nie zakręciłem gazu i sąsiada, na nieszczęście Araba, zalało.

Na próżno moi współlokatorzy błagali, by mi pofolgowano i nie wybijano zębów, by zaoszczędzono mi włóczenia przez pół miasta w kajdanach i czarnej reklamówce na głowie; skutego i sparaliżowanego strachem zaprowadzono pod pręgierz, a urzędujący Kalif zdzielił mnie szpicrutą w przerażony pysk, po czym ukłonił się zgromadzonym tłumom i przemówił:
no toście się doigrali! Nie mamy wyjścia, musimy was poprzykrawać do naszych praw.

I w tym momencie obudziłem się, a groteskowy koszmar uleciał via komin. Lecz wyraźna wizja czekającego za progiem bandytyzmu tkwiła we mnie wciąż i ani ciut nie chciała mnie opuścić.

Przemiana

Często zachodziłem do Karola, bo chciałem zobaczyć pokój, który jeszcze parę dni temu zajmował. Do Karola, gdyż nawet później nie myślałem inaczej o swoim pokoju. Mieścił się na pierwszym piętrze, po przeciwnej stronie korytarza, o krok za łącznikiem zespalającym oba skrzydła Domu, koło windy, tuż za rogiem. Skręcało się w stronę dyżurki, przechodziło obok brudownika i trafiało do ustronia wysadzanego fotelami, skąd widać było, jak ubrani po domowemu pensjonariusze, rozparci w nich, paląc papierosy, siedząc przy ławach, rozmawiają i rżną w karty, a personel stoi nad nimi i popatruje ze znudzonym zaciekawieniem, szczególnie wówczas, gdy trwał szachowy turniej, zawody pomiędzy rywalizującymi oddziałami.

W pokoju znajdował się sekretarzyk z deską imitującą biurko. Była też bieliźniarka na podręczne łachy, ortopedyczne łóżko na pilota z mnóstwem bloków i rur, a na jednej ze ścian wisiały dwie reprodukcje znanych obrazów. Pierwsza – z kwiatami, druga, to czysta abstrakcja. Ściany pomalowano na kremowo, sufit zalatywał bielą, wykładzina zatrącała o czerwień, okno było z widokiem na pobliski las. A właściwie na niedostępną przestrzeń osłoniętą czymś w rodzaju firanki.

Biblioteczne półki, odziedziczone po przyjacielu, onegdaj zapełnione, a teraz – bez książek, oczekujące na moje, uśpione w nierozpakowanych kartonach, wyglądały obco i bez sensu.

Niekiedy myślałem, że już nie potrafię się od nich uwolnić, oderwać od ich obecności, zwłaszcza gdy na własnej skórze przekonałem się, że zastąpienie starych – nowymi, niczego nie zmieni, bo czynność ta jest niedorzeczna: czy ślęczałem przy biurku w dawnym domu, czy byłem tutaj, nie miało znaczenia i o niczym nie decydowało. Niczego też nie przesądzało, bo albo tam, udając eksperta od spraw beznadziejnych, albo tu, krocząc po terenie ze stertą papierów, już nie byłem potrzebny i tylko wmawiałem sobie, że mam jeszcze coś do powiedzenia.

Na ścianach odkryłem jaśniejsze plamy po obrazach i fotografiach. Przypatrując się im, próbowałem przypomnieć sobie, co przedstawiały, ale w głowie czułem pustkę.
*
Odwiedzała go pani E., przysadzista babina, krępy sześcian nieznacznego wzrostu i gigantycznego serca, kobieta o armatnim głosie, sanitariuszka z Powstania Warszawskiego, była pracownica socjalna, a teraz – przewodnicząca naszego samorządu.

W tym czasie wychodziłem do dyżurki na „nockę” i dosyć często ją spotykałem. Już z daleka, z ciemności korytarza dochodziły jej stentory.

Trochę się jej bano, bo zadziorna była i wybuchowa. Nie pamiętam, kiedy tu się znalazła, w każdym razie zjawiła się na długo przede mną. Pamiętam za to jej pokój, niedużą, lecz samodzielną klitkę. Przeszła na zasłużoną emeryturę, w stan urzędowego bezczasowego odpoczywania, gdyż podźwignęła się i poruszała z trudem. Wolała jednak stać, niż siedzieć, rozmawiać, aniżeli milczeć, perorować, niźli słuchać. Nikt jej nigdy nie słyszał podczas walki z bólem; podobnie jak słonie, zaszywała się w niedostępności swoich czterech ścian.

Nie wychodziła za bramę. W parku też jej nie widziałem. Za to na tarasie – stale. Najczęściej w nocy, gdy głupie myśli nie dawały spać, gdy ciemność, gdzieniegdzie rozjarzona lampami pobliskiego parku, wydawała się tajemnicza.

Prowadziliśmy na nim rozmowy, marudne i niepotrzebne monologi z urojonymi słuchaczami, z majakami sfrustrowanych cieni, przedmiotów i zjaw, których obecność potwierdzała się wołaniem w mrok, skokami ciśnienia, nieuchwytnym tętnem odsłuchiwanym w zatrwożonej ciszy. Próbowaliśmy żyć przeszłością, utraconą energią, walczyć z pogłębiającą się depresją; zamknięci w galerii wspomnień, z wolna gasnący w monotonnej codzienności, przedłużaliśmy pozostały czas – nienasyconą ciekawością pozostałych chwil.

Balustrada tarasu, przy której paliliśmy papierosy i rozmawialiśmy o Bóg wie czym, przenosiła nas w zaczarowane krainy minionej świetności, była dekoracją widoku rodzinnych świąt, pozwalała zagłuszyć, osłabić chaotyczne, napastliwe przebłyski wspomnień z przeszłości, na krótko nie pamiętać o porach manualnych zajęć, obiadów, wykładania talerzy, szybkich kolacji spożywanych w nerwowej atmosferze sprzątania ze stołów, zmywania podłogi i uruchamiania telewizora. Balustrada tarasu dawała nam poczucie pozadomowej wolności, zmniejszała wszechobecną kąśliwość intryg, ograniczała zasięg rażenia złych słów, oddalała od nas przeklęte wizje pobytu w tutejszym prosektorium.

Ale nie tyko nam były niezbędne nocne odwiedziny na tarasie. Niekiedy pojawiali się na nim inni rezydenci: niewidoczni za dnia. Jak ślimaki pozamykane w swoich osobnych pokojach – skorupach, nocami zaś prowadzące aktywne, żerujące życie. Wówczas rodziły się w nich nieznane fantomy, piekące w sumieniu sprawy do uregulowania, zaległe problemy przywleczone z przeszłego istnienia, i kwestie te – siłą rzeczy niedokończone – tonęły w mroku i dogorywały w oparach mgły. Zmienione bliskością chłodu, zimnem nadciągającym od lasu, zmuszały ich do odłożenia wzruszeń na bardziej sprzyjające zmierzchy, a kto wie, czy nie na zawsze.

Natomiast Karol jeździł na taras tylko w dzień. Cieszył się „obłożnym stanem zdrowia”. Miał potrzaskany krzyż i – z tej przyczyny – bezwładne nogi z odleżynami. Odznaczał się miłym usposobieniem i na twarzy gościł mu niepewny uśmiech, toteż odwiedzały go istne procesje dziewcząt z personelu.

Spieszyły mu z pomocą, podczas gdy on, z nogami szczelnie przykrytymi kocem, wydawał rozkazy, instrukcje, pouczenia i wskazówki. Czynił to jednak w sposób tak naturalny, szczery i sympatyczny, a zawsze z dobrotliwym spojrzeniem, jak gdyby chciał je przeprosić za kłopot, że jest ciężki i nie może wstać.

Lecz były to tylko pozory. Zachowanie pod publiczkę. Zanim umieszczono go tutaj, zajmował trzypokojowe mieszkanie po rodzicach. Jeden przeznaczył na drogie lekarstwa, strzykawki i plastry. Gromadził tam stosy paczek z pampersami. Drugi wynajmował studentkom w zamian za seksualne usługi, a w trzecim mieszkał w czymś, co na upartego nazwać można pokojem. Było w tej szczelnie zagraconej izbie tak ciemno i duszno od rzeczy nieodzownych, że gdy przychodziłem do niego, znalezienie miejsca do siedzenia graniczyło z cudem.

Miałem okazję ujrzeć obrzydliwie ciemne, niemal czarne szyby pochłaniające resztki jasności, w efekcie czego przemieniły słoneczne, przestronne i wesołe pomieszczenie w nędzną, ciasną i posępną dziuplę, klitkę aż po sufit zawaloną nieczystościami. Na półkach, w oszklonej szafie, w miniaturowych komódkach, piętrzyły się nietknięte kanapki, talerze ze śniadaniami, obiadami i kolacjami, które zdążyły się zeschnąć na amen, lecz nie przestały cuchnąć.

Był kawalerem – luzakiem. Nie cierpiał przymusu, robienia czegoś z obowiązku. Gdy jeszcze chodził, lubił wzbudzać zainteresowanie, być w centrum uwagi, kraśnieć od pochwał i spodziewać się podziwów. I to mu zostało, nasiliło się nawet po wypadku, niefortunnym skoku do wody.

Naraz nie mógł więcej, niż jego kumple. Kamraci od imprez i hecnych zgryw, dziewczyny od serca i legowiska, przychodzili z początku, lecz nie siedzieli zbyt długo, gdyż z każdą chwilą stawał się coraz bardziej podejrzliwy i nieprzyjemny; nikomu nie ufał, a wszystkich podejrzewał. Jego uporczywa złośliwość przybierała coraz to większe rozmiary. Dawny zapał do życia, który pozwalał mu brnąć przez codzienność, znalazł się w opłakanym stanie i nagle wszystko zaczęło podlegać posępnej metamorfozie; przysparzało mu zmartwień wywodzących się z przyzwyczajeń.

Odwiedzający mówili, że dysponuje pryzmatami znękanego paralityka i nie mają z nim o czym podyskutować; patrzy na nich poprzez nadpęknięty kręgosłup i nagina proste wywody o świecie do nielogicznego poziomu.

Bronił się. Pozował na typa, którego świat nie rozumie, nie docenia, spycha na margines. Ale świat, jak powiadali, nie jest winny temu, że nie umarł. Uważają, że jest p ł y t k i , bo zapatrzony wyłącznie we własne nieszczęścia.

Poznałem go w szpitalu, w otoczeniu braci i sióstr, rodziny, nadskakującej, zatroskanej, załamującej nad nim ręce. Kiedy go odwiedziłem w domu, od samego rana wydzwaniał do różnych instytucji prosząc o pomoc, bo on taki biedny i ciężko chory. Przy czym robił do mnie porozumiewawcze oko i zasłaniając ręką mikrofon, śmiał się twierdząc, że ma niezły ubaw.

Dzięki swoim działaniom dwa razy w roku jeździł do sanatorium. Co tydzień przychodziła do niego pielęgniarka i jeśli pojawiła się młoda, próbował ją namówić na prace ręczne. Aż urwała mu się idylla i po ośrodkach opiekuńczych poszła fama, że jest zboczeńcem i krętaczem. I funkcyjni ludzie d/s społecznej troski zadecydowali, że wymaga nieustannego nadzoru, ponieważ sam nie daje rady.

Jednak kiedy tu trafił, zaszła w nim gruntowna zmiana: zaniechał poprzednich praktyk, złagodniał i wypoczciwiał tak radykalnie, że ktoś, kto go nie znał wcześniej, mógł sądzić, że był takim od zarania: subtelnym, wiecznie uśmiechniętym, całkowitym przeciwieństwem naciągacza, pieczeniarza i seksualnego roszczeniowca, że od zawsze lubił czytać, dbać o porządek, rozmawiać na uduchowione tematy, filozofować w otoczeniu książek popstrzonych uwagami.

Trynd

Nie można było pojąć, dlaczego nowoodkryty kierunek filozoficzny, Radykalny Konsumpcjonizm, cieszył się traumatycznymi względami różnych wielkich Fusologów. Na próżno zmagano się z tym destrukcyjnym zjawiskiem, które – na drodze psychicznej osmozy – wciekło w trudną świadomość oświeconych ludzi. Obrachowano, że według wszelkich znaków na niebie i ziemi, nie powinien mieć szans na żywot dłuższy, aniżeli do zachodu słońca. Lecz diabeł majtnął ogonem, piorun strzelił w kalkulator i wkrótce okazało się, że pozostanie na zawsze, a kto wie, czy nie na dłużej.

Starzy i młodzi poczęli uganiać się za znalezieniem przyczyn popularności tego szkaradzieństwa. Jedni wzięli się za gromkie potępienie apatycznych zachowań, które wtłoczyły ludzi w zawziętą nieporadność. Inni, dysponujący wyrywkowym rozeznaniem, co ze świeczką, a co z ogarkiem, nawoływali do manifestowania uciechy z tego, co jest, a znowuż inni byli niełaskawi dla tęsknoty za tym, co było, ale się rozfafluniło.