Archiwa

Święta

W dni szczególne przybywamy z odległych stron. Opowiadamy – wśród drinkujących zwierzeń i naskórkowych rozmów – o zdarzeniach wysupłanych z przeszłości, zapodziane anegdotki, barwne szczegóły słuchane w towarzystwie milusińskich, a pikantne momenty, gdy dziatwa śpi.

Podniośle ubrani, odprężeni, w otoczeniu rodziny oglądanej nieczęsto, krokiem dumnym i godnym idziemy na spotkania, imprezy, uroczyste zjazdy. Przepełnieni wewnętrznym blaskiem, nastawieni do świata przychylnie, siadamy za stołem czekając na spóźnialskich.

Czekamy, aż przyjadą zmarznięci, gdy zaczną opowiadać, co u nich, co z synem, gdzie córka, jak im się powodzi. Grzejąc się herbatą mówią nam o tych, co nie mogli przyjechać i o tych, którzy nie przyjadą już nigdy.

Poważniejemy. Zamyślamy się nad losem, który ich nie oszczędził. Myślimy z czułością o tych, którzy jeszcze są wśród nas. Przypatrujemy się sobie nawzajem, oceniamy, porównujemy spustoszenia dokonane przez los. Ten się posunął, choć nadrabia miną, ów zmarniał i wysechł na wiór, ta powoli odchodzi, przemija i wrasta w zmierzch.

A niektórych widzimy nie widząc ich wcale; są ubogimi krewnymi, zamglonymi figurami nieznanych wujów i dalekich ciotek. Są z nami, bo tak nakazuje obyczaj. Skuleni w sobie, milczący i nieobecni duchem, zamazani w pamięci, przyjechali zakłócając ogólny, sielankowy nastrój braterstwa, sympatii, zabawy skropionej nalewką.

Mają odwieczne problemy, ale nie mówią o nich, gdyż nie ma komu. Próbowali, lecz odsuwano się od nich. Dzielili się nimi, lecz nie pasowały do szynki, kłóciły się z deserem, z „czym chata bogata”. Wkrótce pojadą do siebie, do „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Wnet powrócą do swoich syzyfowych dramatów, do swoich szarych zmagań, do nieznanego człowieka za ścianą, by znowu żyć do lustra, by, jak opłatkiem, łamać się ze swoimi zmartwieniami. I w tym wstydliwym nastroju ktoś oznajmia, że pora coś zjeść.

Rozpoczyna się. Na stół zasłany serdecznością wjeżdżają tradycyjne potrawy, i słychać łapczywe siorbanie, i dzwonią sztućce wyciągnięte z kredensu. Jedzenie ma jednak swój kres, więc rozpoczynają się rozmowy i chóralne śpiewy. Z początku smutne i nieśmiałe, lecz z każdym kieliszkiem nalewki – żywsze i coraz bardziej do tańca, niż różańca. Siedzimy swobodnie, już nie tak sztywno i oficjalnie, trawimy leniwie, bez pośpiechu, bo następnego dnia mamy wolne i możemy się zabrać za spanie do południa.

A po deserze i maluchu na drogę, wracamy żegnając się do następnego razu. Obiecujemy sobie i wszystkim, że będziemy do siebie pisać częściej, utrzymywać ze sobą kontakt. Całujemy się na schodowej klatce, ale tuż po wyjściu, zapominamy o wzruszeniu sprzed chwili, bo oto widzimy nowe: stajemy na wprost człowieka, którego co dnia spotykamy na przystanku. Zapędzony i nieprzystępny wczoraj, dzisiaj zatrzymuje się na nasz widok, traci swoją anonimową twarz i nagle okazuje się jednym z nas, raptem chcemy go poznać bliżej. Traktujemy go serdecznie. Zauważamy jego postać, ale, ogarnięci procentową czułością, już następnego dnia nie możemy sobie przypomnieć skąd go znamy i czego od nas chce.

Pan Ryszard

Poniższy, a tutaj zacytowany we fragmentach tekst, powstał wcześniej. Zanim narodziły się obecne protesty. Zanim zaczęły się sarkania na niebogobojne słowa o spieprzaniu.
Przytaczam go, by po raz koleiny dowieść, że pisarstwo mojego Mistrza przekracza limesy potocznego rozumienia zachodzących zjawisk. Ale czy powiedzenie o Nim, że jest znany i lubiany wyczerpuje sprawę Jego talentu?
Poddaję ten frazes uzasadnionym obiekcjom. Kwestionuję zwłaszcza nazbyt pochopne wyciąganie wniosków z lektury; z całym szacunkiem dla czytelników, ośmielam się wątpić w stereotypową interpretację Jego dzieł. Przypuszczam nawet, że większość z nich nie pofatygowała się wniknąć w ich głębszy sens i potraktowała Jego twórczość jako histeryczny dodatek do lustracyjnej sensacji rozpętanej wokół niego.
Zagadnienie, czy był donosicielem i ilu ludzi utłukł swoimi książkami, stało się nagminnie modne. Ważniejsze od nich. Wzbudziło zawistne reakcje wśród chętnych do piętnowania lepszych, wyrastających ponad poziomy.
A zatem: jeszcze raz wio!
„W dziełach Kapuścińskiego fakty i daty nie są tak ważne, jak aura wytworzona wokół nich. Interesuje go sedno problemu, istota rzeczy, synteza sprawy, reminiscencje i zbitki przeżyć zapamiętanych z różnych miejsc kontynentów. Tworzy z nich kolaże, mozaiki złożone z przenikających się zagadnień. Tym samym buduje własny świat „ogólnych” uczuć; za nic ma drobiazgowe przedstawianie szczegółów; przesadny weryzm – zamula wyobraźnię”.
„W odróżnieniu od innych korespondentów zagranicznych, nie lubi przebywać w komfortowych warunkach hotelowych państwa, którego jest gościem. Woli być blisko opisywanych wydarzeń. Wśród autochtonów. Uczestniczyć w ich życiu. Ciekawy nieznanego świata, pragnie go poznać gruntownie, ponieważ zdaje sobie sprawę, że inaczej nie będzie uczciwy w tym, co ma zamiar opowiedzieć.”
„Jest obsesjonistą: uwielbia obserwować początkowe wybuchy i końcowe akordy dogasających rewolucji. Rodzące się nadzieje i odwieczne rozczarowania. Eksplozje ulicznych zamieszek i przejściowe fajerwerki pałacowych przewrotów. Polityczne i społeczne rozgardiasze warte skomentowania”.
„Pisze nie zawsze zgodnie z konkretnym zdarzeniami i ich dosłowną lokalizacją, natomiast zawsze wiernie z emocjonalnego punktu widzenia. Lecz ten jego konfabulacyjny styl ma uzasadnienie w specyfice formy przekazu: pojawia się tylko w książkach. Ale w konwencji serwisów informacyjnych kierowanych do PAP, pan Ryszard ściśle trzyma się zdarzeń. Dlatego należy oddzielić lakoniczne raporty przesyłane do kraju, od literackiej twórczości.
W niej mógł sobie pozwolić na rozmach i głębię przemyśleń. Natomiast teksty płodzone na zlecenie PAP, z konieczności niedługie, kłócą się z jego niepokornym i żywiołowym temperamentem epika; niejednokrotnie chciałby pogalopować po zawiłościach tematu, poszerzyć go i wzbogacić, ale redakcyjne wymogi krótkich depesz ograniczają mu wypowiedź do mikroskopijnych rozmiarów. Nad czym ubolewa.
Narzeka, że zamiast pisać książki, rozmienia się na drobne pisząc komunikaty, sprawozdania, mało istotne, polityczne meldunki nie mówiące o przyczynach wydarzeń, ale przedstawiające ich skutki. Tęskni więc za spokojem, domem, za chwilami, gdy będzie mógł bez reszty oddać się prawdziwej pracy.
Zanim to jednak nastąpi, męczy się i przycina swoje teksty. Zmusza go to do bezustannego dokonywania wyboru, miotania pomiędzy tym, co może, a tym, co powinien umieścić w artykule; galernicza praca nad słowem przynosi efekt w postaci stworzenia unikalnego stylu”.
„Kapuściński, mistrz lekkiego pióra, maniakalny wędrowiec po literaturze, chodząca encyklopedia i doskonały znawca pisarskich technik, w trakcie tworzenia kieruje się intuicją, wyczuciem. Podobnie, jak Malcolm Lowry, autor powieści „Pod Wulkanem”, jest chorobliwym cyzelatorem słów: konstruuje swoją prozę z fragmentów wielu wersji jednego zdania, rozdziału czy akapitu, ze ścinków zanotowanych myśli i spostrzeżeń, w rezultacie czego powstają teksty impulsywne i rozedrgane.”
„…nikt nie dostrzegał tylu istotnych różnic pomiędzy europejskim pojmowaniem kultury, a kulturami pozostałych kontynentów. Kulturami lekceważonymi i umniejszanymi przez naszą, bezpodstawnie zadufaną w sobie i swoich dokonaniach. Dla Kapuścińskiego każda była ważna. Niezależnie od wielkości obszaru, na którym występowała”.
„To, co stworzył, nazwać można prekursorskim reportażem opartym o reminiscencje. Osobistą relacją z odniesionego wrażenia. Relacją z atmosfery opisywanego miejsca. Co budzi bezpodstawne opory i wesołe nieporozumienia w środowisku dziennikarzy hołdujących tradycyjnym definicjom tego literackiego gatunku”.
*
Książki Kapuścińskiego powodują, że zastanawiam się nad rolą, jaką odegrał w moim rozumieniu pisarstwa: co go skłoniło do napisania słów będących potwierdzeniem faktu, że jesteśmy odporni na wyciąganie wniosków z poprzednich wydarzeń?
W trakcie lektury Jego reminiscencyjnych i doskonale niewagonowych utworów staram się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego powstały w tym właśnie kształcie. W jakim celu dokonywał analiz poszczególnych rewolt i szukał dla nich wspólnego mianownika, wspólnego mechanizmu występującego w każdej z nich.
Ciekawił go moment rozpoczęcia masowego buntu: kiedy zostaje przekroczona granica ludzkiej wytrzymałości na niesprawiedliwość, zniewagi, szykany, kreatywne prawo, lęk i ból? Odpowiadał na zadawane pytania w sposób niewygodny dla rządu wiszącego na włosku: z chwilą przełamania psychicznej blokady: paraliżującego strachu. W rezultacie długoletnich obserwacji zachowań manifestantów stwierdził, że od kiedy ludzka, bezładna i chaotyczna masa przestaje się bać wroga i nie ucieka przed grożącymi represjami, staje się narodem. Narodem świadomym swoich zamierzeń i już niesterowalnym bojaźnią.
Przełamanie lęku wobec władzy jest zapowiedzią narodowego sukcesu. Powodem do odwrócenia ról: od chwili, gdy ludzie przestają reagować strachem, strachem reaguje rząd. Lecz powinniśmy pamiętać (i o tym pisał Kapuściński), że obywatelskie zamieszki mają bohaterów innych na ich początku, innych w takcie, a innych po ich zakończeniu. Podobnie z hasłami wypisywanymi na transparentach i okrzykami wznoszonymi przez uczestników: ulegają ewolucji w zależności od potrzeb.
Refleksje skłaniające go do tego wniosku znaleźć możemy w licznych publikacjach autora, najdobitniej jednak wybrzmiały one w „Szachinszachu”, książce będącej tym, co polityk czytać powinien zamiast elementarza: syntetyzującym opisem prawideł każdej rewolty.

Muzykant

Po ciężkiej nocy uparta myśl o stworzeniu symfonii wracała jak bumerang i znowu, niczym zadra, tkwiła w nim. Było to zamierzenie wielkie, przeczyste, warte mszy. Zwłaszcza dla niego, rzępoły z dansingowych ochlajów. Miało go uratować z nijakości i przedstawić jako wyjątkowego twórcę, którym pragnął być od zawsze.

Lubił być w sytuacji pociąganego za język, indagowanego, któremu różni ludzie, krytycy, profesjonaliści narzucają się z pytaniami, a on składnie i z finezją, swobodnie i z prostotą, stojąc skromnie z boku, odpowiada rozsiewając błyskotliwe uśmiechy.

O, tak! Mógł zgodzić się na mówienie o pracy nad swoją muzyką, lecz pod warunkiem usłyszenia czyjejś wyraźnej prośby lub nacisku, ale czy nie szkoda zachodu opowiadać o niej bez zachęty? Nie chodziło przecież o przekonywanie do swoich rewelacji, tylko o wzbudzenie zainteresowania, które służyło mu za pretekst do malowania własnych wizji zamierzonego utworu.

Wizje te zmuszały go do ścisłości i demonstrowania sądów, pomagały widzieć opisywany świat w kontekście słuchaczy, pozwalały nanosić nań ewentualne poprawki, sprostowania, nakazywały uwzględniać zastrzeżenia pytających gości. Uznał, że muzyka jako taka jest nieistotna, ważny natomiast jest sam proces dochodzenia do niej, rodzenie się, wykluwanie z próżni, powstawanie tego, o czym myślał: bezustanne komponowanie dzieła, w którym nic się nie dzieje, a wszystko przebiega opodal, między wierszami, poza narzuconą treścią.

Rozumowanie to nakładało na niego uciążliwy obowiązek, wymóg tłumaczenia się z podejmowanych prób, toteż miotał się wśród przyczynków i refutacji, a wszelkie ułatwienia traktował jako zbyteczne.

Pogodził się z myślą, że jest producentem muzyki, której nikt nie słyszy i że zwariował na punkcie talentu, którego nie ma. W trakcie natchnieniowej posuchy znajdował równe swojemu, panierowane ucho schabowego melomana. Odgrażał się w nie, sapał w zakąskowe dodatki. Zawiane ucho słuchało go z wypiekami na małżowinie, z tężcowym uśmiechem wyższości.

Przy podpitym stoliku nadrabiał spore luki w swojej niewiedzy; poufale konwersował na tematy uważane za bulwersujące, gorączkowo szukał okazji, by dostać się do towarzystwa ludzi, którzy mogli by go wywindować z nizin i wyłuskać z niego to, co mu w duszy pitoliło.

A kiedy już nie miał forsy, noga za nogą i cień w cień – szedł do domu, nie dogadany, na tarczy i z obitą ambicją. Wpełzał do swojego legowiska, układał przy nieważnym boku aktualnej Muzy, przykrywał się nutami jakiegoś tam Chopina, grajka, od którego czuł się niebywale doskonalszym, by, przed zaśnięciem, dokończyć swoją rozbulgotaną kwestię o symfonii, której, holipka, nikt nie chce.

Człowiek, to brzmi dumnie

W pierwszej części niniejszej bazgraniny nastąpi wywód oparty na starej, lecz bez przerwy jarej piosence o mądrości Polaka po szkodzie. Kolejna odsłona powtórzeń wyświechtanych frazesów o przekornym charakterze ludzi znad Wisły, Odry i Bugu.

Przeważnie bywamy kłótliwi, nieżyczliwi w stosunku do bliźnich, skłonni do wyrządzania zła tłumaczonego zbożnymi intencjami. Usprawiedliwianego szczytnym celem: postępowaniem w imię czynienia dobra.

Dbamy o własne pomyślności, natomiast cudzy los nie obchodzi nas wcale. Chyba, że jesteśmy od tego losu zależni; wtedy stać nas na okazywanie życzliwości, wrażliwości, subtelności świadczących o posiadaniu sumienia.

W toczących się leniwie i poniekąd gnuśnych okresach wydarzeń, zajść niejako wolnych od niepokoju, w przerwach od wojen, kataklizmów i epidemii, gdy wydaje się nam, że znajdujemy się w bezpiecznej strefie stabilizacyjnych idylli, okazuje się, jakby jakaś odwieczna siła popychała nas ku przepaści.

Są to jednak przypadki rzadkie. Incydentalne, gdyż występujące TYLKO w momentach wiszącego nad nami zagrożenia.
Historia dziejowych turbulencji dowiodła nam nieraz, że gdy w oczy zagląda strach, odżywają poczucia społecznych więzi. Odradza się świadomość realnej, nie zaś pozornej wspólnoty. Solidarności Obywatelskiej. Sprzężenia celów.

Okazuje się wówczas, że gotujemy się w tym samym rondlu i jesteśmy skazani na ten sam zdechlaczy los. Wtedy umiemy się zmobilizować. Reagować na zagrożenia w imię zdrowego rozsądku. Wtedy potrafimy zdobyć się na szlachetne odruchy. Wykazać się zdyscyplinowaniem i odpowiedzialnością. Troską nie tylko o własny pępek, ale o wszystkich: wierzących i niewierzących. PiS-owców i lewaków. Moherowy ludek i popaprańców maści dowolnej.

Okazuje się nagle, że bez wielkiego trudu przychodzi nam zrozumienie drugiego człowieka. Lecz tu nasuwa się pytanko: czy gdy stwierdzamy, że nie jesteśmy dla siebie wrogami, koniecznie musimy znaleźć się w sytuacji cymbała tańczącego przed poderżnięciem gardła?
*
Druga część tego wypracowania dotyczy postaci zalęgłej w każdym społeczeństwie. Człowieka dynamicznie pazernego. Intensywnie zachłannego na dewastowanie Ziemi. Na jej podporządkowanie osobistemu widzimisiostwu.

W miłej i rozkosznie jałowej atmosferze akademickich dyskusji, podczas zebrań i wiwatów, przy stole uginającym się od genetycznie zmodyfikowanej żywności, debatujemy o dysproporcjach społecznych, a stwarzając warunki do powstawania konfliktów po to, by się im na zimno przypatrywać i mieć co zażegnywać, gdy się za bardzo przybliżą do naszych granic, a na odczepnego lub dla zabicia czasu profilaktycznie tworzymy Martwe Etyczne Komisje i tworzymy Trybunały do łagodzenia skutków własnych niepowodzeń.

Mamy atomowe sposoby na udowodnienie, że panujemy nad Naturą. Powiodły się nam eksterminacyjne obozy. Poszło nam nieźle z obozami niewolniczej pracy. Odfajkowaliśmy palący problem ludobójstwa. Wyszło nam z efektem cieplarnianym i możemy cieszyć się malowniczymi klęskami. Chodzimy z maczugą zamiast oliwnej gałązki. Drepczemy w skórach owiec zżerających wilki. Polujemy na cudze kły, futra, wieloryby i lwy. Wycinamy w pień amazońskie i białowieskie lasy. Przymierzamy się do klonowania człowieka, a równocześnie pchamy się na Marsa, by i tam zaszczepić swoje mózgowe wykony i osiągi.

Z jednej strony jedziemy tam prezentować prostactwo myślowe, a z drugiej – nie możemy uporać się z nędzą i życiem na własnoręcznie skonstruowanej bombie zegarowej.

Muza

Miał obcą duszę na drętwiejącym ramieniu. To ciepłymi, to zimnymi strużkami potu żłobił go lęk. Gdy zdarzało mu się uczestniczyć w życiu całkiem nowym, jeszcze nieznanym, a już podniecającym, obracał się na wznak.
Przez kraty lśniły gwiazdy i czuł się wtedy jak jedna z nich.
Goniły go przekleństwa, raziły światła, ścigały wspomnienia.
Nawet przytłumiony blask pochodni dopadał go z większą intensywnością.
*
Zakryty po szyję, miał oczy zamknięte, właściwie lekko niedomknięte i wydawało mu się że obok stolika z przyborami do fajki stoi gruba kobieta w czarnej sukni, patrzy na niego uważnie, przenikliwie, z ironią.
Przysiadła na łóżku i bez żadnych wstępów, zaczęła mu klarować : „skoro mówi się, że między ludźmi nie ma porozumienia, należy być konsekwentnym i opisywać własny świat tak, by być zrozumianym przez siebie i w sobie, a czytelniczą wygodę postawić na drugim miejscu. Dać sobie spokój z wyjaśnianiem go, założyć, że, trudno i darmo, niech się sam boryka z tym, co mu bredzą ślepcy o kolorach; ile pojmie, tyle jego.

Trzeba być własnymi oczami. Widzieć rzeczywistość ignorującą obcy gust. Język literacki powinien być inny od języka urzędowego, zgrzytającego banałami.

Nie ma w nim śladu po sucharkowej akuratności, sezonowych przepisów, paragrafów i namolnych frazesów stosowanych w pralni, w kotłowni, czy w innej biurokratycznej melinie.

Od administracyjnego różni się tym, że jest przetworzony przez wspomnienia, projekcje i życiowe doświadczenia pisarza – umilkła, lecz po chwili ,powiedziała: „a teraz tak pisz, jakby te zasady istniały naprawdę”.

Rozmowa z lustrem

Ty
co myślisz według instrukcji
Przed dojściem do rozumu
nie zabieraj głosu

Możesz być tylko delatorem wyznań
których brak nie oznacza potrzeby

Ty
co sądzisz że wystarczy wymigać się
z odpowiedzialności
za cokolwiek
żeby być człowiekiem
i dosłużyć się szacunku
popełniasz błąd

Zamknięty na codzienność własnych bełkotów
na wyrzucony klucz od cudzego pożądania
umierasz.

Pozostało ci wzruszenie ramion
przeczucie które mówi ci o tym że znikniesz
w otoczeniu nędznych ochłapów goryczy

bo kto wspomni na twoją nieuchwytność
jeżeli zostaniesz nieuchwytny
kto uczyni z ciebie człowieka
jeżeli nadal pozostaniesz jego obietnicą?

Mur

– Doświadczyłem w życiu niejednego, z różnych pieców jadłem zakalec, jestem więc stary wyga, lecz mimo wszystko znajduję się tutaj, w ścisłym kółku paranoików; pełnię funkcję wykwalifikowanego idioty. Oczywiście naukowo wygląda to inaczej: wmawiają we mnie różne prześmieszne rzeczy, jak dysfazję i dystonię, również nie obeszło się bez wertykalnego oczopląsu, okropne, a na dodatek sprawa światła. To zakrawa na świństwo: w nocy nie można, w dzień nie wypada, pilnują cały czas, te przeklęte żarówy oświetlają wszystkie łóżka i człowiek zmuszony jest zwlekać się z wyra, tam zaś w toalecie… co wam będę opowiadał, przychodzą do głowy historyjki, że tylko patrzeć, jak rano wyskoczy nowy objaw. No i ten zapach; lizol, czy inne licho. W tym miejscu aż prosi się, by przytoczyć wam dykteryjkę. Mówił mi tutejszy znajomy, że jeden taki z osłupieniem, osobiście nie wierzę, bo niby jak w osłupieniu można tak działać, precyzyjnie dajmy na to, ale fakt pozostaje faktem, bo ja teraz nie jestem blagierem i ostatnio czuję się lepiej. Jak rano jest obchód, to docent Kiwadło nie może się mnie nachwalić, a w zaufaniu wam powiem, że jegomość spiskuje z blondyną od EEG, jednak wracając do sprawy, to umówmy się, że nazywają mnie Jotem, zresztą nie nazwisko się liczy, tylko wnętrze, a wnętrze posiadam, choć mam dopiero dzieśiąt lat z hakiem i nie raz wiem, że nic już nie zwojuję, co najwyżej poszwendam się po cudzych życiorysach i padnę na zawał sumienia. Choć niegdyś – kiedy to było – chciałem zrobić coś wielkiego, coś, co wstrząsnęłoby ludźmi. Teraz mogę najwyżej schować się za rogiem korytarza i stamtąd postraszyć pierwszego lepszego hipochondryka, któremu wydaje się, że żyje, a jest plugawym donosicielem. Odczuwam wtedy satysfakcję, zwłaszcza gdy uda mi się gruntownie zdemolować jego poczucie przyzwoitości, a czym wobec tego jest niesubordynacja pracownika cmentarnego i jeżeli już mamy wziąć pod młotek sprawę grabarzy, to od razu wiadomo, że ich zrzeszenie funkcjonuje równie kulawo jak ta manufaktura, z czego wynika, że prędzej można wśród wariatów znaleźć prawdziwego człowieka, niż z tamtej strony klamki, gdyż niewątpliwie, jest w tym ociupinka półprawdy, a cząsteczka mieszaniny, czy też odwrotnie, bo słowa nie odpowiadają symbolice znaczeń, ale rzecz nie w tym, by mówić, co się myśli, tylko żeby myśleć, co się mówi, amen –

Odwrócił się, znużony.

Stali, bardziej zdumieni, aniżeli wówczas, gdy przyszli. Umysł Jota, napompowany oburzeniem, bulgoczący nadmiarem rozpaczy, bełkotem, który wyciekał spoza zębów, przypominał niezrozumiały jazgot obranego ze skóry wieloryba.

– Żałosna karykatura dawnego Jota – powiedział trzeci i wyszli na papierosa, podczas gdy Jot wpatrywał się w zamknięte drzwi, w zacuchnięty medykamentami korytarz. Zamyślił się, otrząsnął, powrócił do pobliskiej rzeczywistości.

Przy oknie, wychodzącym na skrawek rzeczki, obserwował, jak wszystko mija. Zamyślił się nad przemijaniem pamięci; ludzie, którzy poczłapali zafajczyć, całkowicie mu zobojętnieli. Zmuszać się wobec nich do gramatycznej ekwilibrystyki byłoby nonsensem.

Wrócili godni, odprężeni, Jot zaś pomyślał, że przyszli, by ostatecznie przekonać się o rozmiarach jego rozkojarzenia. Korytarzem, po cichu i prawie niezauważalnie przemknął kitel Kiwadły. Docent mimo to trzymał się za głowę, może w celu przygłaskania łysiny.

– Jesteśmy- oznajmił pierwszy. Majestatycznie wypiął pierś i wyjrzał przez okno. Z rozpiętej marynarki wyglądało mu zdeformowane ciało.

– Jak tam samopoczucie – oschle zapytał drugi, abstynent intelektualny. Wzruszył ramionami, czym speszył Jota, który oznajmił: – okay (Jot wyobrażał sobie, że mógłby, jak we śnie, wykładać i nie jest, gdzie jest, na korytarzu, lecz w sali, przy tablicy, a ci ludzie, to uczniowie i że zaraz odezwie się dzwonek na przerwę, który będzie wyzwoleniem. Z czego – nie wiedział).

– Przyszliście zobaczyć, jak się rozkładam – stwierdził, jakby nie ulegało to wątpliwości. Zgodnie z waszymi oczekiwaniami jestem na skraju przepaści. Przez wrodzoną uprzejmość będę znosił wasze odwiedziny, jak też dobrodziejstwo inwentarza w postaci piekła tutejszych zabiegów –

Zapanowało pobłażliwe milczenie. Jot, słysząc ciszę – czy był to dzwonek obwieszczający pauzę? – postanowił wytrwać w narzuconym sobie tonie, jak zardzewiały żołnierz na granicy wojen.

– Tak więc nie żałuję, że tu leżę. Z różnych powodów. Choćby dlatego, że zdobyłem doświadczenia, które potwierdziły i wzbogaciły mnie, a czego się tu nauczyłem, z pewnością nie zapomnę. Nie zapomnę między innymi pierwszego wrażenia. Oto stoję przed wami w znanej postaci, te same ręce i nogi, jednak tylko zewnętrznie jestem, jak dawniej. Moje wnętrze zostało brutalnie spacyfikowane i nikt nie zapytał mnie, czy chciałbym być czemukolwiek poddawany. Jedynym wtedy pragnieniem był spokój, absolutna bezszmerowość istnienia.
Jestem tu za człowieka niższej kategorii. Nikogo tutaj nie interesuje, że zgromadziłem książki, że piszę, bo co czytać i pisać może psychiczny? Najwyżej bzdury, które zdolne są wciągnąć klozetową babcię, ponieważ sądzą, że taki jak ja, nie potrafi wyciągnąć piernika spod wiatraka. Ale jeśli uda mu się przeleźć przez ich nieufność, zostanie poklepany po łopatce jako nieszkodliwy matoł i niedzielny fantasta –

Rozpalał się i gmatwał, jednocześnie miał wrażenie, iż mówi do ściany. Było mu przykro, jak wówczas, gdy przygnębiło go spostrzeżenie, że świat trzyma się w kupie tylko przy pomocy ustawicznych zmian ciśnienia. Bo jakże inaczej zrozumieć, że podczas niżu zamiera w człowieku chęć do walki. Roześmiał się na myśl, że znajomi i niż są identyczni w działaniu (pomyślał, że w jednej ze swoich książek natknie się na sytuację, w której się znalazł i że dowie się, jakim jest kołkiem).

Byli mu teraz idealnie obcy. Otaczał ich mur, byli właśnie tym murem: nieprzystępni, ufortyfikowani, jednocześnie skoro cały świat jest szpitalem, zasługiwali na litość.

Stwierdził, iż wszystko jest zarazem: więzienną pajdą tortury i miastem, niezależnie od ponownie przechodzącego korytarzem Kiwadły, od faktu, że ktoś, jak ci tutaj, udają istnienie: spoceni, otoczyli się nieprzystępnością, która pokrywała naskórkową troskę.

Patrząc na nich, zamiast trzech twarzy, widział jedną, za to idealnie wypucowaną z wątpliwości, miast sześciu nóg – dwie, olbrzymie narośle, a generalna twarz była konsekwentnie pusta.

Wahadło

Kostropatym świtem
w rozkwaszony zmierzch
na oślep
do przodu
do głupiego wciąż
nieżwawymi sprintami
wciąż idzie i idzie
i po gongu też
kreator niedzielny
łachmyta pod wiatr
fachura na stos

wybitny powszedni
za mało na schwał
jak zwykle nie to
i nigdy w sam gust
i znowu nie tak

Więc się wpędza w sen
dudami co w miech
więc ciągle i stale
opada na wznak
więc nadal i niemal
omija swój czas

Martusia

Jechałem szukając jej pokoju. W kącie jednego z nich dostrzegłem siwą i pomarszczoną Martusię. Leżała w dziesięcioosobowej komnacie zgrzybiałych piękności.

Zajmowała miejsce tuż przy oknie wybałuszonym na ulicę. Dzięki temu była właścicielką połowy parapetu.

Trzymała na nim dorobek swojego życia, sfatygowane radio, paczkę pampersów, wytłamszony batonik i dwie puszki z czymś słodkim na niedzielę. Pozostały dobytek chowała do szafki.

A właściwie – chowano za nią, gdyż nie opuszczała łóżka. Obok niego znajdowało się krzesło.

W pierwszej chwili nie miałem pojęcia, co zrobić. Skonsternowany, podjechałem do niej i przedstawiłem się. Przypomniałem, skąd się wziąłem, powiedziałem, że znamy się od dawna, jesteśmy spokrewnieni przez nasze Matki, że bawiliśmy się u dziadków, a teraz wpadłem do niej po drodze.

Lecz nie spotkałem się ze spodziewaną reakcją; patrzyła na mnie apatycznie, jakbym był częścią pejzażu.

Nie dawało się nawiązać z nią porozumienia. Dawniej elokwentna, roztropna i wesoła, teraz nie poznawała mnie.

Moje widzenie świata pozostało takie jak wczoraj, podczas gdy jej zmieniało się bez przerwy. Z minuty na minutę zmieniało się poprzez wrażenia, poprzez doznania odzwierciedlone rysunkiem jej twarzy.

Obca i nieuchwytna, prowadziła ze mną nie jesienną, ale zimową lub letnią, wyciszoną rozmowę, jak gdyby milczała do mnie i za mnie, jak gdyby wyręczając mnie, wiodła ze mną bezdźwięczną dyskusję z przeszłością.

Jedno odległe zdarzenie rodziło następne, zaś ja, głaszcząc ją i widząc w jej twarzy wysiłek, byłem z nią zalewie duchowo. Istniała tylko w swoich przeżyciach, wśród kwiatów i pąków, podczas gdy ja znajdowałem się w zupełnie innym wszechświecie. Nie w otoczeniu kwiatów, ale w ich owocach, nie w urojonych tęsknotach i fantazji, ale w codzienności.

A kiedy zdarzało mi się ją dogonić i zrównać z nią, kryła się już w innej porze myślenia i znowu była ode mnie za daleko. Wpatrzona w gałęzie drzew pobliskiego parku, kiwała się to w przód, to w tył; z nagłym, mechanicznym obrotem; przypatrywała mi się badawczo, podejrzliwie, zapytując się wzrokiem, kim jest odwiedzający ją pan, a będąc wyłącznie ze sobą, znalazła się w czasie tak niepojętym i niedostępnym dla mnie, że siedząc przy jej łóżku, wolałem nie dzielić się z nią swoimi wspomnieniami: pragnąłem porozmawiać z Bossem i oznajmić mu, że zabieram ją do domu.

Niekulturalnie o kulturze

Czytajmy, bądźmy zorientowani w otaczającej rzeczywistości, bo tylko wtedy dyskusja będzie miała sens, tylko wówczas nie stanie się kolejną słowną przepychanką: zbiorem emocjonalnych obertasów! Czytajmy, pogłębiamy wiedzę, ale nie tą uproszczoną, czerpaną z demagogicznego mędrkowania, gołosłownych pochrząkiwań i zaściankowych uprzedzeń, tylko tą, która wywodzi się ze sprawdzonych źródeł, z wieloletnich badań i realnych doświadczeń, opisów sporządzonych przez ludzi takich, jak Malinowski, Kapuściński, czy Ciechanowski, naukowców, historyków, reportażystów o ugruntowanej renomie.

Niestety, na temat historii lub kultury w mentalnościowo odmiennych krajach wypowiadają się ludzie, którzy zaledwie otarli się o PROBLEM; ich namaszczona i niepodważalna wiedza o stanie duszy człowieka z Afryki lub państw Bliskiego Wschodu jest tak samo przenikliwa, jak wiedza polskiego faszysty o patriotyzmie. Nic dziwnego: współczesny człowiek skazany jest na medialne uproszczenia, na ustawiczne bombardowanie tendencyjną papką podawaną mu w zależności od przekaźnika. Zazwyczaj są tu surogaty masowej wiedzy, a że nie wszystkim uśmiecha się weryfikacja tych uproszczeń – u źródeł, większość zadowala się plotkami, pogłoskami, zapatrywaniami powielanymi mechanicznie. I ta poznawcza inercja ma duży wpływ na częstotliwość popełnianych przez nas błędów.
*
Zacznę od zgubnego nałogu. Jesteśmy przyzwyczajeni do uważania, że tylko Europa ma kulturę, a reszta kontynentów potworzyła jakieś namiastki. Stąd antycypacja: wszelkie inne są gorsze, niewarte poznania, prymitywne kadłuby, karykaturalne twory, przypadkowe zlepki; nie to, co nasza, górująca nad resztą, w związku z czym uprawniona do rozszerzania się po całym świecie.

A przecież wiadomo, że wszystko, czego nie znamy, jest obce, a przez to wrogie. Pisał już o tym Herodot, ale to jego spostrzeżenie jeszcze nie dojechało do zalęknionych umysłów współczesnych ludzi; ciągle jesteśmy na aroganckim etapie rutynowanych przeświadczeń o swojej doskonałości.

Maria Janion w książce Niesamowita Słowiańszczyzna (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 221.) powiada: „Jeśli mierzyć kulturę umiejętnością czytania i pisania rozpowszechnioną wśród mieszkańców (nie kleru), to trzeba przyznać kręgowi bizantyńsko-słowiańskiemu znacznie wyższe kwalifikacje niż Zachodowi.”
O kulturowym współistnieniu pisał Malinowski, a w jego antropologicznych tekstach nie ma miejsca na ich dzielenie, wyodrębnianie lepszych od gorszych, nie ma nawoływania do wycinania innych w pień i narzucania własnej.

W każdej z pięciu części refleksyjnej książki o wspólnym tytule Lapidaria, jej autor, Ryszard Kapuściński, zwraca uwagę na bezpodstawne przekonanie o przewadze kultury europejskiej nad pozostałymi. W innych książkach, choćby w Rwącym nurcie historii, czyni analogicznie, trudno więc fakty te przeoczyć.
Mówi też o konflikcie Islamu Z Chrześcijaństwem, o niemożności jakiegokolwiek porozumienia. Pisze o znikomym procencie terrorystów w przeszło miliardowej grupie wyznawców tej religii. Zwraca uwagę, że zjawisko terroryzmu w państwach afrykańskich nie występuje, a jest w państwach arabskich. Zwłaszcza w Iraku, Afganistanie, Syrii.

Islam, co trzeba zaakcentować, jest młodszy od Chrześcijaństwa o siedemset lat. O ile Chrześcijaństwo ulegało reformatorskim przetworzeniom, to Islam jest pod tym względem nieugięcie konserwatywny; choć zmieniły się czasy, nadal kurczowo trzyma się skostniałych przepisów koranicznych i zdecydowanie odrzuca asymilację.
*
Arbitralne wytyczenie sztucznych granic pomiędzy krajami poddanymi kolonizowaniu, zaowocowało rozdzieleniem plemion, rodzin i klanów, a późniejsze odzyskanie wolności, obudziło w narodach – nacjonalizm: chęć zdobycia własnych praw. Praw do swojej religii, swoich obyczajów, praw do etnicznego zjednoczenia i osiągnięcia kulturowej tożsamości.

Odrodzenie się nacjonalizmów w państwach postkolonialnych udowodniło, że zaprowadzanie europejskiego modelu kultury nie powiodło się na terenie Afryki: nie przyjęły się plany transplantowania europejskich obyczajów.

Co innego w Ameryce Łacińskiej. Tam doszło do swoistego synkretyzmu, kulturowej symbiozy, wzajemnego poszanowania odmienności, tam Europejczykom nie przeszkadzała żywiołowa religijność, wielobóstwo i wiara tubylców, ich fanatyczne pietyzmy i rytuały.

Warto zastanowić się, dlaczego jedne nacje potrafimy zaakceptować, innych natomiast nie tolerujemy. Dlaczego nie uwzględniamy faktu, że są rożne formy Islamu: łagodny w Azji (np. Indonezja) i radykalny, wojowniczo wynaturzony w Afryce (np. Syria). Dlaczego potępiamy go ryczałtem, nie troszcząc się o zrozumienie przyczyn jego podziału.