Archiwa

DIABEŁ W ORNACIE

Atutem oszusta chcącego przekonać łatwowiernych do swojego łajdactwa jest – wiarygodna twarz. Szczery, wzbudzający zaufanie wygląd człowieka uczciwego. Oblicze standardowego rzezimieszka czy seryjnego mordercy o rozbieganym wejrzeniu, utrudnia złodziejską karierę.

O ludziach mówiących jedno, a postępujących odwrotnie, bazgrano tak często, że stało się to nudne; niejaka Dulska nie odstrasza dziś nikogo, a Molierowski Tartuffe jest teraz objęty nonszalanckim odpuszczeniem grzechów i nie podpada pod jakiekolwiek oceny moralne.

Drobna bieda, gdy łachudrą okazuje się człowiek mikroskopijnego formatu. Za wielkiej szkody nie uczyni i bez wielkich skrupułów można go wyrzucić za drzwi. Gorzej, gdy dwulicowcem jest ktoś błyskotliwy, artysta z pretensjami do inteligencji. Taki osobnik potrafi sporo namieszać i jak diabeł w ornacie zadzwonić ogonem na mszę. Ponieważ ma w zanadrzu istny arsenał sofistycznych wybiegów. Usprawiedliwień pozwalających mu odeprzeć zarzuty i wyjść z twarzą z każdej opresji. Prywatnie jest kanalią, jawnie – wzniosłym i złotoustym rezonerem.

Kilka przykładów: Dickens, znany z pisania o ukrzywdzonych dzieciach, w domowym zaciszu okazywał się dla nich tyranem. Rousseau, zwolennik wychowania poprzez naturę, w życiu prywatnym pędził życie perfekcyjnego niechluja. Gorki, wazeliniarz i wrażliwiec jednocześnie, na zawołanie lejący krokodyle łzy, podczas wizyty opisywanej przez Sołżenicyna, wysmażył (w jednym z GUŁagów) dziękczynną laurkę pod adresem oprawców. Inny artysta z tej samej oślej łączki, wszechstronny wariat o ksywie Stalin, do obecnej chwili jest wielbiony przez tłum. A dlaczego? Odpowiadam bez zwłoki: a dlatego, że niewielu znało jego prawdziwą fizjonomię, wielu natomiast przesiąkło oficjalną propagandą.
*
Artysta nie żyje za szkłem, nie można patrzeć na niego li tylko poprzez dzieła, które stworzył, ale należy widzieć go i oceniać na tle czasów, w których żył, wiedzieć, co go cieszyło, bulwersowało, podnosiło na ułudnym samopoczuciu. Kiedy się o tym nie wie, książki, obrazy, muzyka, zostaną zaledwie książkami, obrazami, muzyką, czymś odrealnionym, wyrwanym z rzeczywistości, martwym i ułomnym, bo niedokończonym, fragmentarycznym i uproszczonym jak szkice, skróty, obrysy, projekty, które niczego nie wyjaśniają. Kiedy się o tym nie wie, nie rozumie się powodu pisania, malowania, komponowania, musu wyrażania się na piśmie, na płótnie, w nutach uporządkowanych w melodię.

Do właściwego odczytania twórczości autora konieczne jest poznanie jego biografii, bo wszystko, co literat pisze w swoim utworze, jest elementem jego życia i fragmentem jego doświadczeń, pryzmatem i filtrem pozwalającym mu na specyficzne spoglądanie na świat. Życiorys pozwala zrozumieć dzieło; trzeba mieć rozeznanie w przyczynach istotnych zjawisk. Pozwala też lepiej zrozumieć dzieło autora dzieła.

Nowatorski zapis Pendereckiego nie był awangardowym epatowaniem tradycjonalistów, ale został wymuszony powierzchnią stołu w kawiarni, niebieski okres Picassa nie – przemyślanym wyrazem twórczej intuicji, ale tym, że było go stać tylko na najtańszą farbę (a ona była niebieska), Mrożek i jego cienka kreska tym, że miał wadę wzroku, Gielniak i jego linoryty tym, że pracował w łóżku i nie mógł robić dzieł o rozmiarach Panoramy Racławickiej, intensywne żółcienie Van Gogha zależały nie od jego estetycznych fanaberii, ale od tego, jakie brał leki. Podobnie z Modiglianim. Jego rewelacyjne wydłużone postaci były efektem choroby oczu. Lowry nie siadał do pisania bez alkoholowego napędu.

Do wielogodzinnego pisania potrzebny jest nie tylko wyćwiczony mózg, ale i fizyczna forma pozwalająca znieść lub zignorować atlasowe obciążenia kręgosłupa, nadgarstka, karku. Długotrwałe zachowanie pozycji unieruchomionego ciała wymaga i treningu i odpowiednich predyspozycji organizmu; sprawnych oczu, precyzyjnego zgrania myśli z ręką. Konieczna jest synchronizacja fizycznych cech z cechami psychicznymi, dostrojenie tempa narodzin zdań do tempa ich zapisu: wymogi formy dyscyplinują treść; bez harmonii, nie ma dzieła.
*
O czym świadczą te przykłady? O naszej sezonowej tolerancji. O powtarzającym się nieporozumieniu: patologicznej niemożności oddzielenia twórcy od utworu. Wychwycenia różnicy pomiędzy tym, co tworzy na publiczny użytek, a tym, kim jest w domowych paputkach.

2 komentarze DIABEŁ W ORNACIE

  • goddam goddam

    Generalnie nie sposób nie zgodzić się z Twoimi wnioskami (tym bardziej, że poparte są znakomitymi przykładami).

    Zastanawia mnie jednak jedno: czy taka znajomość autora jest rzeczywiście konieczna – wszak dzieło jest jego dzickiem, które dorasta poza ustrojem autora, a kiedy skończone, żyje własnym, autonomicznym bytem…

    Czy nie jest więc właściwym na etapie percepcji dzieła oddzielenie jego materii od jego stwórcy? Co innego, kiedy główny nacisk naszego zainteresowania kładziemy na twórcę… Wtedy, rzecz jasna, jego dzieło jest i musi być punktem odniesienia i źródłem poszerzającym wiedzę o autorze. Może się wtedy okazać, że dzieło jest w kontrapunkcie do autora, bądź jest spójne z jego postawą życiową – zawsze jednak z nim koresponduje.

    Tak czy owak – sztuka nie znosi fałszerstwa 🙂

  • Murillo

    Trudno się z tobą nie zgodzić. Ale czy o to ci chodzi? Czyż nie na tym polega fenomen tworzenia.Z prochu ziemi powstaje człowiek. Na gnoju i zgniliźnie wyrasta ogród. To niedoskonałość jest motorem tworzenia piękna.
    Ps.Bardzo ciekawy sposób pisania. Widzę że masz wiele ciekawych spostrzeżeń. Chętnie poczytam coś więcej.

Leave a Reply

  

  

  

Weryfikacja CAPTCHA * Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

Proszę pozostawić te dwa pola tak jak są: