Archiwa

Puste ulice świętych miast

Bądź wyprostowany, pewnie stawiaj kroki
wśród piasków pustyń grząskich bezkresów.
Dzisiejsze miast arterie pod nieba obłokiem
jutro będą ruiną bez państw i adresów.

Patrz uważnie, zapisz pejzaż pod oka powieką.
Niech się wpisze w niepamięć jasnym powidokiem.
Tu pulsowało życie, mroczną rwało rzeką,
tętniło muzyką zza otwartych okien.

W Angkor naszych kości małpy nie policzą.
Drzewa zrobią co swoje, kwiaty nas przystroją.
Dzisiejsi bogowie jutro ledwie dziczą,
słońca bez nazw zgasną nocy się nie bojąc.

Igraszki z czasem

Czas nie obszedł się z nami zbyt dobrze.
Czas był wściekły i zły, i być może
nie był wtedy w najlepszym humorze,
ale mógł się, o Boże, obejść jeszcze gorzej.

Mógł na przykład, oprócz włosów krętych
i puszystych w nadmiarze jak burza,
tak się na nas bez sensu wkurzyć,
że odebrać mógł, o Boże, ostatnie zdrowe zęby.

Mógł czas taką dać jeszcze nam lekcję,
żeby nogi nam związać, powykręcać ręce
i do tego jeszcze dołożyć naprędce
jakąś jaskrę, głuchotę, przypadłości męskie.

Ale nie – on obszedł się z nami łaskawie,
choć co jasne nie nazbyt dobrze.
Dał nam czas nim przyjdzie na pogrzeb
na odpowiedź, i tu się robi dopiero ciekawie,

na pytanie z punktu widzenia czasu
absurdalne, choć może zabawne,
co zrobiliśmy z czasem, czy czasem
nie zmarnowaliśmy go głupio już dawno?

Kolejka wąskotorowa w Halloween

Dziś jeszcze nie śnieg, nie deszcz.
Zapowiada się całkiem przyjemnie.
Będzie dość ciepło – nie tylko jak
na tę porę roku.

Od liści jest żółto i czerwono,
od wiatru się szeleści. Wcale
przy tym nie smutno.

Maszyniści przygotowują kolejkę
wąskotorową. Zabierze przebierańców
w szeroką podróż wśród duchów,
wampirów, zombiaków.

Jutro uczcimy zmarłych, lecz dzisiaj
czas na zabawę „cukierek, albo psikus”.
Pomalowane dzieci w tym pomylonym świecie
nie wiedzą jeszcze o tym, że
choć dziś jeszcze nie śnieg, nie deszcz,
to ostatni taki kurs wąskotorowej kolejki.

Przez liście żółte i czerwone, kawałek lasu,
przez szerokie pole
i dalej, dalej w niepamięć
z maszynistą Zygmuntem Gawronem,
który umrze nad ranem.

Jaki to Bóg?

Na noc, na księżyc i jego światło,
na to wszystko, co po nim nastanie.
Na zaranie dnia, na słońca niezgasłość,
na kolorów tęcz i nieb, traw powstanie.
Na z nich kwiatów, z łąk całą nagłość,
na ptaków, pszczół, na ich opętanie.

Jestem i będę do kolejnej jasnej wiosny.
Jestem, choć nie wiem dlaczego, po co.
Wiem gdzie mnie godzin wiatry przyniosły,
znam zapach minut, smak sekund nocą.
Pamiętam miejsca, w których dorosłem,
choć nie wiem po co, nie znam losu.

I jaki Bóg da mi odpowiedź, jaki by mógł
wskazać mi sens, dać choćby znak?
I który z nich i z jakich epok przybędzie tu
gdy zacznę iść pod czasu prąd i wspak?
Kto zadmie w trąbę, w krzywy róg,
kto da im, że to czas, kto da im znak?

Nie ja, nie ja, nie ja.

Gdzie ciebie nie ma (ból)

Możesz mi zmierzyć puls,
ciśnienie krwi,
możesz mnie zważyć,
określić wzdłuż i wszerz.
Możesz wyznaczyć wzór
na moje całe być,
na moje noce, dni,
lecz nie sny.

W snach Ciebie nie ma,
w snach nic nie boli,
czas zmienia temat
w innej budzę się roli.

Budzę się i:

możesz mi zmierzyć puls,
ciśnienie krwi…

Bezkształt marzeń

Mątwie na imię jest noc. I ona
wypłynęła na ocean zmierzchu.
Teraz ciemność jak mokry koc
okrywa mnie zapachem deszczu.

Czy wybaczę sobie,
jak to sobie wyobrażam?
Czy sobie wybaczę
bezkształt zdarzeń?

Wszystkimi ramionami mnie tuli i
oplata mnie i tatuuje atramentem
na mojej duszy swoje imię i snuje
z czarnych oczu swych odmętu

opowieść.

Że wybaczę sobie,
tak to sobie wyobrażam,
że sobie wybaczę
bezkształt marzeń.

I wtedy będę śnił, i wtedy wstanie świt.
Znad oceanu życia podniesie się mgła.
Choć opadnę z sił, będę w twoich oczach
póki nie wzejdzie słońce żył, chwilę trwał.

Czy wybaczysz mi,
czy to sobie wyobrażasz?
Czy wybaczysz mi
kiedy wchłoną mnie
bezkształtne pejzaże?

Na imię ci Orzech

Byłaś taka jak dłoń, trochę większa może,
a potem rosły twoje buty i sukienki.
Teraz jesteś drzewem, na imię ci Orzech –
Z zewnątrz twardy, w środku zaś miękki.

Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.

Rosły twoje sukienki i buty przez lata,
potem zmieniały kolor włosy i paznokcie.
Marny ze mnie był ojciec, jeszcze gorszy tata,
świat Cię dopadł z zabójczą miłością.

Zawsze, maleńka, taka moja
Dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka,
i więcej jeszcze rzeczy może.
Ja jestem drzewem, lecz Ty –
tobie na imię Orzech.

Nie ocalilem cię, dzięki tobie żyłem.
Byłaś moim lustrem, zaklęciem, przeklęciem.
Byłaś przy mnie kiedy trochę dużo piłem,
sklejałaś w mym obrazie najmniejsze pęknięcie.

Zawsze, maleńka, taka moja
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.

Teraz, gdy noc idzie ciemna i deszczowa,
w serce nocy jak najgłębiej popatrz.
Dojrzyj co się w sercu nocy chowa.
Słyszysz? To wiatr tak zawodzi, nie płacz.

Zawsze, maleńka, taka moja
Dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka,
i więcej jeszcze rzeczy może.
Ja jestem drzewem, lecz Ty –
tobie na imię Orzech.

W najczarniejszym korytarzu świata,
w najjaśniejszym zakamarku słońca,
jeśli zechcesz będzie tam twój… ja.
Będę bez końca…

Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.
Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.
Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka…

Ocal

Odpływa łódź od brzegów rzeki Styks,
pies Cerber groźnie szczerzy żółte kły.
W ustach mam obole dwa i więcej nic
nie trzeba mi, nie trzeba mi lecz Ty

zabierz mój cień i ślady moich rąk
z rzeczy i ksiąg, ze sobą zabierz miła.
Najdalej zabierz stąd,
od śmierci wybaw.

Księżyc bolesny zamienia się dziś w nów.
Robi się ciemno, milknie cisza nade mną.
Mrok pochłania ostatnie z moich słów.
Ty, miła, do światła zabierz ciemność.

Zabierz mój cień i ślady moich ust,
z dłoni i z warg, ze sobą zabierz miła.
Byłem jak Swan, lub nawet Proust –
Odetto moja, żono, wybacz.

Zbyt długo się wahałem zamiast brać
ten herbatnik życia na jeden krótki gryz.
Nie było mnie na więcej, na więcej stać.
Teraz nie mam już nic, zupełnie nic.

Oprócz Ciebie, miła – zabierz mój cień,
ze sobą zabierz, najlepiej do światła.
W nowy zabierz mnie dzień,
by nadzieja, by ta iskra nie zgasła.

Tête-à-tête

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
Przebiegłem przez las z zamkniętymi oczami.
Czy to życie, czy świat, czy to mi się śniło,
i czym było to coś, co nazywali snami?

Z zamkniętymi oczami,
z zamkniętymi sercami,
z zaciśniętymi ustami.
Sami, sami, sami.

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
Dostałem to życie na krótkie tête-à-tête.
I tak sobie trwało, czasem było nawet miło,
Było mi na rękę, a czasem było mi wbrew.

Z zamkniętymi oczami,
z zaciśniętymi ustami,
z sercami na dłoni,
czas goni, czas goni.

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
Nagle się urywa ścieżka w ciemnym lesie.
W ciemnym lesie dzikie zwierzę żyło.
Stoję i się boję i strach mój się niesie.

Z zamkniętymi oczami,
z sercami na dłoni,
czas goni, czas goni,
las ze strachu płonie.

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
W lesie jest polana, schroniłem się na niej.
W lesie jest polana, światło ją zrosiło,
serce mi zmroziło i zastygło w kamień.

Z oczami że strachu,
z ustami z kamienia.
Czas goni, czas goni,
kołysze mnie ziemia.

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
Co mnie zastąpiło, czym mnie uczyniło?
Co mi odebrało, ile dało, ile nie oddało?
Dlaczego tak wiele, czemu aż tak mało?

Ze strachu w tych oczach,
ze strachu w tych ustach.
Czas goni ten postrach,
czasu czara pusta…

Działa na pikniku

– teraz nie bardzo nam pasuje, ale na wiosnę, gdy będą trawy, ruszymy – powiedział niejaki Bohdan Chmielnicki na pytanie o wojnę Kozaków z Polakami. I otóż, mówiąc językiem niesienkiewiczowskim: jak będą sprzyjające okoliczności. Czyli kiedy stepy pokryją się paszą, gdy nastaną odpowiednie klimaty, znaczy się żadne tam srogie deszcze, upały, wiatry niespokojne lub zanadto przenikliwy ziąb, wtedy dokopiemy wrażym synom, że hej.

Zaczerpnęliśmy z jego zachowania całą wymówkową mądrość. Kontentujemy się bohaterskim, acz paruosobowym kucaniem w pobliżu sejmowych zasieków. Z migawkowym oburzeniem, wesoło, acz z umiarkowaną troską, przestępując z nogi na nogę spoglądamy, jak nam złorzeczą i wymachują kijami na „niegrzecznych” przechodniów, jak robią z nami, co chcą. Jak apatycznie przyglądamy się własnej egzekucji.
*
Na pytanie, czym walczyć ze społecznym rakiem, dopowiadam: mamy armaty. Są nimi WIELOMILIONOWE i DŁUGOTRWAŁE PROTESTY, a nie sporadyczne marsze w trakcie majówek. Nieużywane od lat, zardzewiałe na nasze życzenie, parszywieją od jednostronnych i parusekundowych nawoływań o pojednanie.

Powoli zapominamy, do czego służyły. Ludzi pamiętających wojenne czasy, lub czasy walki z komuną jest niewielu, a młodych, przyzwyczajonych do spokoju, wychowanych na internetowej pożywce, nie obchodzą problemy ojców, matek i dziadków, obchodzą natomiast problemy związane z michą. Z przykazaniami obowiązującymi w XXI wieku: żyj najszybciej i bierz z niego najwięcej. Jesteś istotą wyjątkową. Niepowtarzalną. Patrz na nich jak na konkurencję: zimno i cynicznie. Nie oglądaj się na innych. Zwłaszcza kiedy masz przekonanie, że ci inni są od ciebie gorsi.

Obecne pokolenia nie wiedzą, co to wolność, co to demokracja, na czym polega sądowa niezależność. Nie znają historii, o politycznych zawirowaniach, układach i zależnościach też niczego konkretnego nie potrafią powiedzieć, lecz nie jest ich winą, że mamy skandalicznie niski poziom edukacji.

Nie jest ich winą, że nie uczestniczą w śmiesznych demonstracjach. W protestach groteskowych, bo traktowanych jako rodzinny, weekendowy wypad do McDonalda, supermarketu lub na prozaiczne łono miejskiej natury.
I tak niepostrzeżenie obrastamy w tłuszcz samo zachwytu. Gnuśniejemy, nie zdając sobie sprawy, że o wolność należy walczyć bez przerwy na TE DNI.
*
Do rządzących przemawia ogrom sprzeciwu. Jego masowość. Widoczna siła.
Już nie wystarczy pokazać się obok aktora, prezentera, kogokolwiek wyznającego nietłumokowe poglądy, by w Polsce zaszły radykalne zmiany. Już nie możemy sobie pozwolić na żmudne człapanie unijnego prawa zwlekającego z wyrokiem w sprawie TK i SN.

Moim zdaniem kiedy plują, obrażają i leją po mordach, trzeba się bronić, a nie „bawić w godność i subtelność”, które to pojęcia ubezwładniający nas mają w czterech literach. A mają, bo podobnie jak słów: odwaga cywilna i honor – także nie rozumieją.

Przeważnie jesteśmy przesadnie ostrożni z obawy przed utratą swojej dotychczasowej stabilizacji. To nasze wygodne usprawiedliwienie powszechnej apatii. Bezruchu i biernego wyczekiwania na cud.