Archiwa

Dylemat

Zaczytawszy się, zapatrzywszy w litery, a myśli,
gęsi szare, odleciwszy w błękity, w oddale,
zadość, żeby się w porę, zamałość żeby zdążyć
przed ciszą nocną, przed snem, wieczorem.
Przy tym woda na makaron, samo fusili
wyparowawszy, smażywszy się żywo,
śmierdzi i dymi.

A ty siedzisz na twardym i gapiąc się
roztrząsasz w stoickim zachwycie:
przedśmierć to, czy jeszcze życie?
I myślisz nad czasem, który pozostał,
i o koronkach dziewcząt na wiosnę.
Leniwie mieszasz w garnku obok
sos do spalonego makaronu fusili.
Nad głową unosi się dymu obłok
w przeciągu chwili.

Oddział leczenia dziennego

Jest u nas na oddziale taki mały gość.
Ma twarz jak poczucie humoru genetyki.
Przypomina te małe, ozdobne dynie,
które pojawiają się w okolicy Halloween.
Kiedy patrzę na niego, za każdym razem
zastanawiam się jak on się goli.
Może się nie goli? Odwracam wzrok
bo głupio tak się gapić.
Na te rurki, igiełki, kropelki
na oddziale chorych na raka.
Tak jak na mnie gapią się inni.
Tak jeden na drugiego i każdy z każdym.
Bo tutaj wszyscy mamy taki defekt.
Taką chęć przeżycia.

Ostatni dzień roku

Ostatni dzień roku jest jak zamykanie ostrygi.

Najpierw była ciekawość, później domysły
przepoczwarzyly się w wyobrażenia
co też tam jest w środku.
Przy pomocy krótkiego noża, jak przy otwieraniu ostrygi
wdarlem się w ten rok, który mija.

Okazało się, że ciało każdego dnia
było moje, i krew była moja
gotowa do spożycia.

Nie było perły, nie miałem co rzucić
przed wieprze.
Pozostał ból, dziwne uczucie zimna,
powietrze, które nie koi,
garść niepokoju, wizja zgniłej
bliskiej przyszłości.

I nie da się teraz domknąć.
Po prostu się nie da.

Przez ciszę

Tobie przebaczę, sobie nie wybaczę –

miastu i światu i ciemności i światłu.
Chmurom na opak, nie opadnę lecz wzlecę.
Rzece, jej źródłu i korzeniom drzewa
i płatkom kwiatów, które się podniosą,
z nową jędrnością wrócą cieszyć oczy.

Przebaczę powierzchowność spojrzeń i dotyków,
nieprzemyślaność rzeczy, słów i
zaniechania, zwyczajność dla mnie
zupełnie nadzwyczajną, obojętność
rozpoznania, poznania, doznania.

Nie wybaczę, że aż nazbyt późno
ruszyłem w drogę przez to bezludzie,
przez tę pustynię próżną, przez spacje
rozstrzelające życiorys w formę graficzną
i przez akapity zupełnie pominięte
w tej opowieści.

Potworność

Jacy byliśmy, jacy mali jak kamyk, jak źdźbło?
Jacy byliśmy, kiedy wielka woda czasu
dała nam połysk i słój i zło imieniem człowiek?

Dla naszych nóg otwarły się drogi,
dla naszych rąk zamknęły się morza.
Ugięły się chmury pod nami, rozstąpiły błękity.

Wymyśliliśmy wygodne wymówki tak prawdziwe,
że śmierć w ich imieniu to doprawdy błahostka.
Więc nieśliśmy ją z dumą i dla zgrozy
na chorągwiach, proporcach, sztandarach
i w wypalonych oliwnych dzbanach
naszych pustych serc.

Uklękło przed nami niejedno miasto,
co miało kolana uklękło.
Upadło przed nami niejedno państwo.
Umilkły pieśni i psalmy.
Dziś tylko nadobne skorupy po pisklęciu,
tylko ślady na wodzie, kamień na drodze.

Ty, który się wyklułeś z kosmicznej czeluści,
jakim imieniem mam cię czcić, jakim laurem
przystroić włos i skroń, przed jakim ołtarzem
spotkam cię i milcząc zrozumiem
każde ze słów, których nie wypowiesz,
rozpoznam każdy gest i każdą myśl twoją
odczuję jak swój najgłębiej ukryty ból?

Jacy będziemy, kiedy ucichnie wiatr?
Jacy będziemy, kiedy ciemność
wyśle z poselstwem swoje długie cienie?
Jak zabrzmi ostatni dzwon?

Na imię mi potworność.

Na dole

Tutaj mamy takie różne rodzaje bólu,
cierpienia, niezawinionych śmierci.
Mamy cały wachlarz możliwości
złorzeczenia na niesprawiedliwy los.
Na Boga! Ileż my mamy motywacji,
aby wykrzyczeć swój żal, ileż inwencji
wkładamy w każdą łzę, w każde
wstrzymanie oddechu, w spazm!
Jacy jesteśmy kreatywni w tym naszym
małym wielkim nieszczęściu!

Potrafimy wprawdzie pocieszyć się
widząc cierpienie większe niż nasze,
lecz trwa to jedynie chwilę.

W przeciwieństwie
do pozbawionego współczucia
wiecznego ogromu
ciągnących beznamiętnie chmur
na beztrosko obojętnym
błękitnym niebie.

Kwestia optyki

Na początku.
Kontury są ostre, a cienie długie i drapieżne.
Bywa, że istotne lub choćby tylko piękne
wyłania się z mgieł. Faluje, krystalizuje się.
Najlepiej, kiedy tylko w błękicie, najlepiej, kiedy
oglądowi towarzyszy mroźne powietrze.
Wcale jeszcze nie mróz i wcale jeszcze nie to,
co odbiera oddech.

Później.
Wszystko zmierza do jednego punktu.
Zaprogramowana kondensacja optymalizuje.
Zająć jak najmniej miejsca z jak najlepszą perspektywą.
Być w centrum i być centrum.
Patrząc daleko nie widać tego, co najbliżej.
Można zapomnieć.

Jeszcze później.
Perspektywa staje się znajoma.
O zmianie zaświadczają kolory i
to coś, co czai się za horyzontem.
Teraz potrafisz już nazwać większość rzeczy,
ktore się wyłaniają. I zadrżeć patrząc
Jak odchodzą, pogrążają się w noc.

Prawie noc.
I choć wiesz, że nikt nie zapala gwiazd ani księżyca,
i choć wiesz, że ta koronkowa robótka
ze skał i światła prawdopodobnie umarła
na długo przed twoim pojawieniem się,
a to, co widzisz jest tylko iluzją,
odczytujesz w tym coś ostatecznego
i kawałek poezji nim odnajdziesz.

Taki amen, taki lament

Odchodzi. Światło dokonuje kolejnej przemiany.
Błękitnieją nieba i wody wezbrane, napiera
zmierzch.
Dziś z bezchmurnego jutro pewnie lunie.
Potem przyjdą chłody i biel, noc zapomni o mnie.

A jednak się kręci i nic się nie stanie?
Nie będzie odpowiedzi mniej lub bardziej właściwej
na każde, na żadne pytanie.

Los nie los

Ci których spisano i ci z brązu odlani,
i ci w kamień zamknięci, i święci –
nie umierają.

I może jeszcze poeci,
lecz to wyjątkowo rzadkie przypadki
i dowód na życie po życiu.

Ja natomiast swój los
kupiłem w osiedlowym sklepiku.
Razem z wiejską kiełbasą i bułką paryską.

Taki los nie los.
Takie nic i takie wszystko.

Puste ulice świętych miast

Bądź wyprostowany, pewnie stawiaj kroki
wśród piasków pustyń grząskich bezkresów.
Dzisiejsze miast arterie pod nieba obłokiem
jutro będą ruiną bez państw i adresów.

Patrz uważnie, zapisz pejzaż pod oka powieką.
Niech się wpisze w niepamięć jasnym powidokiem.
Tu pulsowało życie, mroczną rwało rzeką,
tętniło muzyką zza otwartych okien.

W Angkor naszych kości małpy nie policzą.
Drzewa zrobią co swoje, kwiaty nas przystroją.
Dzisiejsi bogowie jutro ledwie dziczą,
słońca bez nazw zgasną nocy się nie bojąc.