Archiwa

Relikt

Kim byś była, gdybyś nie zginęła
i próżno było Cię ratować?
Na te i inne pytania nie odpowie
przypadkowo spotkany na ulicy
nosiciel tragicznie pięknego życiorysu –
solidarnościowy człowiek.

Myśmy to uczynili naszym zaniechaniem,
myśmy się przyglądali zamiast
rąbać toporem łeb hydry.
W kraju Twardowskiego
uwierzyliśmy w spisane układy.
Cyrografy zamiast konstytucji.

Choć księżyc nie zwali nam się w pejzaż,
to niezauważenie znaleźliśmy się
po ciemnej stronie
tej historii.

Za sto lat ktoś nas odkryje.
Zupełnym przypadkiem, niedowierzając,
że można było tak zniszczyć własną legendę,
pisząc na marginesach coś na kształt
antyhistorii.

New York, New York

Podchodziła do mnie trzy razy w tych dniach.
Ach, gdybym się mógł spodziewać!….
A mógłbym. Gdybym choć odrobinę
zaufał temu, który rozdaje drinki z palemką.
Czy i mnie obdaruje, dotknie swoją dobrocią?
Da pogłaskać kota o imieniu…
(nie znam się na imionach kotów)

A może wszystko jest iluzją
i dwie wieże musiały runąć
dla duchowego odrodzenia
ludzkości?

Mniejsza z tym. W Nju Jorku jest zimno.
Pytam Janusza, a on mi mówi, że:
– Do Central Parku pójdziemy później. Wszyscy zachwycają się wytartymi symbolami, frazesami ściekającymi wódką i zakąską po tłuściutkim licu młodzieńca z chytrymi oczkami i z całym zapleczem metod znanych i uznanych za nieliterackie.
A teraz pozwól, przyjacielu, (znałem się z Januszem z różnych okoliczności, lecz nigdy osobiście), że przedstawię ci Saszę… Gdyby udało się jego rodzicom wyjechać wtedy z Rosji, pewnie siedziałby na tej ławce, tutaj, w Tompkins i bajdurzył Anicie o zwłokach…
Widzisz tego foksteriera? Dziwnie nam sie przygląda.

Rurkami płynie światło.
Elektrody przyjemnie łaskoczą.
Jest ciepło, w Central Parku
zwykły ruch. Umówiłem się na
spotkanie z A. (Wiedziałem,
że pierwsza literą w każdym alfabecie
jest najważniejsza!)

Nawet jeśli to wszystko jest jednak iluzją,
nawet jeśli to wszystko kończy się
zupełnie nieśmiesznie…
I choć zupy nigdy nie ruszyłem
za żaden ocean, jedno wiem:

I Love New York.

Dotknięcie ciszy

A kiedy okryjesz mnie swymi piórami,
nie ulęknę się strachu nocnego.
Najważniejsze, że będzie cicho,
że wszystko wydarzy się w ciszy.

Cisza nie porusza powietrzem.
Jest sokiem nocy i jak sok jest gęsta.
Ona otula wszystko, jak Ty, piórami,
otula kocem utkanym z bezczucia.

W takiej ciszy nie słychać kiedy ktoś
umiera. Tak zwyczajnie, niezauważenie.
Jakby się stało częścią oczekiwania
aż przyjdziesz i dotkniesz lekko.

Piątek, dziewiąta

Ty jesteś moim synem,
Ja Cię dziś zrodzilem.
Ja jestem twoją drogą,
Ty jesteś moim synem.

Noc rozerwałem światłem,
Dzień zasklepiłem niebem.
Odszedłem z ptaków śpiewem,
Nie byłem pewien.

Z dwóch drągów powóz twój
Na Czaszkę wiózł Cię byś potem
Uniósł tam wzrok swój, a ból
Kapał pokotem.

Ty jesteś moim synem,
Ja jestem twoją drogą.
Ja Cię dziś zrodzilem.
Nie masz nikogo.

…aż do niedzieli.

Niosący kamień

▪Niech otworzą się bramy nieba
Otworzą się bramy nieba niech
Się bramy nieba niech otworzą
Bramy nieba niech otworzą się
Nieba niech otworzą się bramy▪

Niech otworzą się bramy nieba
A wy którzy tam wejść chcecie
Zdejmijcie buty i umyjcie stopy

Niech w sercach waszych roztopy
Mróz odejdzie w niepamięć i szarość
Tam gdzie błękit się czai odejdzie
I małość niech zamknie oczy na wieki
Brud dotyku niech już nie krzyczy
I niech wystarczy słowo i wszystko
Niech będzie jasne jak śmiech dziecka
Niech dziecka śmiech będzie jasny

Do stołu nie siadaj sam lecz uważaj
Na milczących na chmurnych i sępich
Którzy myśl wrogą pielęgnują i żywią
Się nienawiścią i krwi starej skrzepem
Najlepiej bądź ostrożny zawsze także
W stosunku do wiatru i wody wszakże
Niosą ze sobą największe z zagrożeń
Dla Ciebie – niosący kamień – i stworzeń
Które z tobą przy tobie dla ciebie
I wokół żyją i mieszkają w nieraju

I pamiętaj pamiętaj pamiętaj
Chociaż ziemia po której chodzisz
Chociaż ziemia którą się żywisz
Chociaż ziemia z której masz kamień
Po trzykroć przeklęta przeklęta
Pamiętaj że tyś jest dla niej
Sługą i synem obrońcą i katem

Niech otworzą się bramy nieba
A wy którzy tam wejść chcecie
Zdejmijcie buty i umyjcie stopy

Jeśli taka wola i takie są wyroki
I jeśli czas sprzyja a wasze zasługi
Kruszą kamień i ręką lekką piasek
Na wiatr na obłok na tęczę

Czas pęknie
Otworzy się przejście.

Anioły kopią się pod stołem

Biała koronka, lśniąca i czysta,
niedodziergany do końca księżyc.

I to niedodzierganie rzucone na
malowanie akwarelowe, błękity
i róże. Obrus na stole świata,
który stanął na głowie.

Cała reszta pochyla się i kapie
jazgotem z tlustych łapsk, dziegciem chciwym na te róże, błękity. Nienawiść unosi się przy tym smogiem.

Podczas gdy ciemność przynosi
ciszę i fiolet, rozlewa atrament,
niedodziergany sam się nie dodzierga.
Wciąż będzie lśnił jak klejnot, jak
prawda, o którą anioły kopią się
pod stołem.

Wody Jordanu

Niech wody Jordanu przyniosą ukojenie.
To twoja ręka, Janie, trzyma moją głowę
pod powierzchnią. Widzę światy, pokolenia.
Widzę miasta w płomieniach, cienie ludzi.
Widzę te wszystkie straszne rzeczy, czuję
ból.

Ale w tym wszystkim, lub też mimo tego
są tu, w wodzie Jordanu, piękne i najpiękniejsze
obrazy. Miłość, która temu towarzyszy,
uczucie ciepła, bezpieczeństwa.
Wystarczy otworzyć usta, przywitać się i
nie cierpieć już nigdy na krzyżu.

Gdybyś tylko, Janie, zrozumiał, gdybyś
nie cofnął ręki, gdybyś ją silną i męską
głębiej zanurzył w rzece Jordan i w mojej głowie.
Gdybyś się odważył, ale nie, ty wolałeś
zapisać się w historii, jak jakiś bohater,
choć to jedynie odkupienie, a historia
zupełnie nie twoja, tchórzu mój.
Trzeba było dołączyć do Iskarioty,
byłbyś lepszy od niego.

I ode mnie. A ja, cóż ja… Byłbym Jordanem.

Dylemat

Zaczytawszy się, zapatrzywszy w litery, a myśli,
gęsi szare, odleciwszy w błękity, w oddale,
zadość, żeby się w porę, zamałość żeby zdążyć
przed ciszą nocną, przed snem, wieczorem.
Przy tym woda na makaron, samo fusili
wyparowawszy, smażywszy się żywo,
śmierdzi i dymi.

A ty siedzisz na twardym i gapiąc się
roztrząsasz w stoickim zachwycie:
przedśmierć to, czy jeszcze życie?
I myślisz nad czasem, który pozostał,
i o koronkach dziewcząt na wiosnę.
Leniwie mieszasz w garnku obok
sos do spalonego makaronu fusili.
Nad głową unosi się dymu obłok
w przeciągu chwili.

Oddział leczenia dziennego

Jest u nas na oddziale taki mały gość.
Ma twarz jak poczucie humoru genetyki.
Przypomina te małe, ozdobne dynie,
które pojawiają się w okolicy Halloween.
Kiedy patrzę na niego, za każdym razem
zastanawiam się jak on się goli.
Może się nie goli? Odwracam wzrok
bo głupio tak się gapić.
Na te rurki, igiełki, kropelki
na oddziale chorych na raka.
Tak jak na mnie gapią się inni.
Tak jeden na drugiego i każdy z każdym.
Bo tutaj wszyscy mamy taki defekt.
Taką chęć przeżycia.

Ostatni dzień roku

Ostatni dzień roku jest jak zamykanie ostrygi.

Najpierw była ciekawość, później domysły
przepoczwarzyly się w wyobrażenia
co też tam jest w środku.
Przy pomocy krótkiego noża, jak przy otwieraniu ostrygi
wdarlem się w ten rok, który mija.

Okazało się, że ciało każdego dnia
było moje, i krew była moja
gotowa do spożycia.

Nie było perły, nie miałem co rzucić
przed wieprze.
Pozostał ból, dziwne uczucie zimna,
powietrze, które nie koi,
garść niepokoju, wizja zgniłej
bliskiej przyszłości.

I nie da się teraz domknąć.
Po prostu się nie da.