Archiwa

Ananke, cz.1

1.

U podnóża wielkiej góry była mała wioska. W domostwie ubogiego cieśli przyszedł na świat chłopczyk, któremu nie nadano imienia. Jego matka zmarła tuż po porodzie.
Wiedziała, że nadchodzi kres jej życia. Taki nagły, nieoczekiwany. Nie miała czasu pogodzić się ze swoją śmiercią…. Nie miała czasu nacieszyć się swoim pierwszym, jedynym synem…. Leżąc na łożu śmierci i narodzin, na łożu początku i końca, przeczuwając niehybny koniec przytulała do gasnącej piersi małego chłopca. Nie krzyczał, nie płakał, nie uśmiechał się… Oczy wpatrzone w matkę, (chociaż noworodki nie są w stanie widzieć, oczy chłopca były w nią utkwione) wyrażały smutek, żal i coś jeszcze… Coś nienazwanego….
Kobieta mówiła do chłopca:
– Nie nadano Ci jeszcze imienia, mój mały…. Nie wiem, jakie imię będziesz nosił. Niech ta decyzja nie do mnie już należy, tak jak i Ty nie mój jesteś, choć przez chwilę mój byłeś…. W moim łonie i w moich ramionach, przez te krótkie minuty….. Jeśli nadam Ci imię, to na tamtym świecie będę tęsknić za kimś, kto ma imię…. Jeśli nie będziesz go posiadał, będę tęskniła za Tobą i tylko za Tobą, ale jednocześnie za czymś więcej i za kimś więcej…. I nikt nie wypełni mi wieczności, bo nie będzie kogoś takiego, kogo nie będę mogła nazwać, nie będzie nikogo bez imienia….Nie wiem jaką drogą pójdziesz i dokąd Cię droga zaprowadzi, ale mam nadzieję, że dokonasz właściwego wyboru. Żyjąc tutaj, w cieniu tej góry, na ziemi w której spoczną moje szczątki będziesz u siebie. Jako dziecko bez imienia będziesz dziecięciem góry.
Kobieta zamilkła. Zimny, grudniowy wiatr wdzierał się przez szparę pod drzwiami, nanosząc na drewnianą podłogę cieniutką warstwę śniegu. Wkrótce potem umarła. Chłopiec zasnął i śnił swój pierwszy sen. Pierwszy sen chłopca bez imienia.

2.

Mijały lata, miesiące, dni i godziny. Któregoś dnia cieśla nie wrócił z lasu, do którego wybrał się po surowiec do produkcji zamówionego stołu. Zapadła noc. Chłopiec bez imienia oczekiwał na próżno powrotu ojca. Ani tej nocy, ani następnej cieśla nie wrócił. Nie wrócił już nigdy. Chłopiec, który miał siedem lat ponownie został sam. Najbardziej sam.
A jeszcze dzień wcześniej zapytał ojca:
– Co jest za tą wielką górą, Ojcze?
– To wielka góra, mój bezimienny synu… Nigdy tam nie byłem i nikt kogo znam nigdy tam nie był. Nikt nie odważył się zapuścić tak daleko, na drugą stronę góry Ananke…. Kiedyś mówiono o młodzieńcu, który wybrał się w podróż na drugą stronę. Widziano go jak wchodził do lasu. I wtedy słuch o nim zaginął. Mówiono, że pasterze widzieli idącego nocą młodzieńca. Podobno był bez ubrania i zachowywał się jak szaleniec… Jak było naprawdę, tego nikt nie wie. Nikt nie wie….
Cieśla zamyślił się upychając tytoń do fajki. I to były ostatnie słowa, jakie powiedział do chłopca.

3.

Kiedy bezimienny chłopiec stał się młodzieńcem miał sen. W tym śnie był ptakiem unoszącym się powoli nad drzewami porastającymi zbocze góry. Krążąc, powoli wspinał się coraz wyżej. Jeszcze jeden, dziewiąty krąg i dojrzałby co znajduje się po drugiej stronie góry Ananke. Wtedy niebo wykwitało ciemnymi, kłębiastymi chmurami, które początkowo przesłaniały widok po drugiej stronie góry, aby po chwili pogrążyć w całkowitym mroku samotnie unoszącego się ptaka. Silny wiatr miotał nim we wszystkie strony. Grzmoty i błyskawice raz po raz rozdzierały mrok i pomruk zawieruchy. Nagle, tak samo jak się zaczęło, wszystko ustępowało. Chmury rozpierzchały się na boki ukazując błękit nieba, wiatr cichł, a po błyskawicach i grzmotach zapanowały blask słońca i bezpieczna cisza. Nadal był ptakiem. ale był w gnieździe. W samotnym gnieździe w konarach samotnego drzewa na samotnej, przestronnej polanie u stóp wielkiej góry.
Sen powtarzał się co noc i co noc młodzieniec pokonywał tę samą podróż tam i z powrotem. I każdego ranka budził się zlany potem powtarzając pytanie: – Co jest za wielką górą, zwaną Ananke?….

4.

Długimi godzinami wpatrywał się w dal. Droga, która wiodła przez pola nie przyprowadziła żadnego zbłąkanego wędrowca. Niebo nie zwiastowało żadnej dobrej nowiny. Gwiazdy nie przemawiały w inny niż gwiezdny sposób. Nawet, jeśli te ostatnie usiłowałyby coś przekazać młodzieńcowi bez imienia, to i tak by nie zrozumiał, bowiem nie znał mowy gwiazd. Było jednak pewne, że i one nie niosły ze sobą słów, które tak bardzo chciał usłyszeć… Chciał wiedzieć co kryje się ponad dziewiątym kręgiem wiatru po drugiej stronie góry. Chciał wiedzieć, jaki demon chroni górę nie pozwalając wdrapać się na jej szczyt. Chciał wiedzieć co kryje las, jakie drzemie w nim szaleństwo i jaki strach mieszka wśród konarów wiekowych drzew.
Rozmyślał nad tym wszystkim wpatrując się przed siebie. Jego oczy były nieruchome, wyrażały smutek, żal i coś jeszcze… Coś nienazwanego…. Jego oczy były takie jak zawsze.
– Zapytam trawy, a ona mi powie po co rośnie, lecz nie powie, co jest tam, po drugiej stronie…
– Zapytam kwiatów, one mi powiedzą, co kryją w swoich kolorach i dlaczego pachną, ale przemilczą urokliwie najważniejszą tajemnicę…
– Zapytam drzew, a one mi powiedzą gdzie biją źródła, ale ani na chwilę nie zbliżę się do źródła prawdy….

Tylko wewnątrz siebie słyszał jakiś głos. Słyszał go od kiedy pamięta, ale nigdy nie potrafił zrozumieć ledwie słyszalnych słów. Nieuświadomiony sens, nierozpoznawalny szept…. Coś, co już kiedyś musiał słyszeć, coś bardzo ważnego, jakaś prawda, której nie potrafił zrozumieć….
– Jeszcze nie czas. – pomyślał – Jeszcze nie czas…

5.

Bezimienny siedział obserwując przez szybę żywioł, który rozpętał się dwa dni wcześniej.
Zaczęło się od cichego pomruku. Ananke była niezadowolona.
Najpierw słychać było groźny szept, później coraz intensywniejsze odgłosy dochodziły od strony góry.
Świat był podzielony, Ananke wyznaczała barierę. Była gwarantem symetrii. W świecie znanym młodzieńcowi wciąż jeszcze niebo było błękitne, a słońce ogrzewało ziemię. Choć był już początek jesieni, to od kilku miesięcy nie spadła ani jedna kropla deszczu. Teraz wszystko miało się zmienić. Zza góry przybywał wiatr niosący ożywczą wilgoć. Niczym woda występująca z brzegów ogromnej rzeki przez szczyt zaczęły przelewać się chmury. Pomruk przechodził w coraz wyraźniejszy bulgot, bulgot w charczenie, a to ostatnie w ryk grzmotów odległej burzy. Przypominało to trochę olbrzyma dławiącego się, krztuszącego, chrząkającego i wreszcie ogromnie niezadowolonego z powodu pestki wiśni, która utkwiła mu w przełyku.
Zaledwie w ciągu kilkunastu minut niebo pokryło się grubą warstwą chmur. Kilkanaście minut, w ciągu których umarło słońce. Nic już nie mogło powstrzymać burzy….
Już drugi dzień bezimienny młodzieniec wpatrywał się w rozdzierające niebo błyskawice, wsłuchiwał się w odgłos wybuchających od uderzeń piorunów drzew. Czy tak wygląda koniec świata? Czy tak umiera ziemia? Czy zrobił coś, co rozgniewało górę? Żył w jej cieniu przez tyle lat, tyle razy zastanawiał się co kryje się za jej dostojnym wierzchołkiem. Kiedy już był bliski podjęcia decyzji oto wydarza się coś takiego…. Czyżby to było ostrzeżenie? Czyżby góra przestała go ochraniać i postanowiła dać mu lekcję pokory jeszcze zanim wybierze się w podróż?
Bezimienny usłyszał w gniewie żywiołu głos, który mieszkał w jego głowie od urodzenia.
„- Jesteś dziecięciem góry, tutaj jesteś u siebie…”
– Jestem Ci wierny, Ananke, jestem Twoim poddanym, Twoim synem… – powiedział do siebie ledwie otwierając usta.

Przestało padać.

6.

Wyszedł przed dom. To co zobaczył zaparło mu dech w piersiach. Stara szopa, w której ojciec kiedyś miał warsztat praktycznie przestała istnieć. Wiekowy jesion zwalony uderzeniem pioruna, rozerwany na pół runął na dach drewnianego budynku. Szopa złożyła się jak domek z kart. Pozostała tylko jedna ściana, która jakimś cudem utrzymała pionową pozycję. Woda spływająca ze zbocza góry zabrała ze sobą cały zapas drewna przygotowanego na opał podczas zimnych miesięcy, zabrała również jedyną krowę bezimiennego razem z oborą i niewielką przybudówką służącą kiedyś jako letnia kuchnia. Nie było ogrodu, w którym uprawiał warzywa, nie było kilku starych jabłoni. Także po jedynej drodze, która łączyła bezimiennego ze światem nie pozostał żaden ślad. Naniesiony muł, kamienie i gałęzie spustoszyły wszystko w zasięgu oka. Wszystko wyglądało podobnie brudno, podobnie chaotycznie. Został tylko dom.
Spojrzał w kierunku góry Ananke. Tuż poniżej lini lasu sarna dokonywała takich samych jak bezimienny oględzin krajobrazu po inwazji ciężkiego nieba. Rozglądała się swoimi wielkimi, czarnymi oczami zdumiona, zaciekawiona. Szacowała straty wzrokiem eksperta. Strach został zastąpiony przez niedowierzanie, grozę zastąpiła ulga.
„- Czasami musimy czekać na wydarzenia zmieniające oblicze ziemi, abyśmy dostrzegli istotę ładu i porządku… – pomyślał bezimienny – Musimy doznać straty, abyśmy nauczyli się dostrzegać świat, który nas otacza….”

– Oto jestem!!! – wykrzyczał w kierunku góry – Jestem.

7.

Dzisiaj się urodził. Trzydzieści trzy lata temu zmarła jego matka. Poranek był mroźny. Zamglona góra wznosiła się gdzieś tam ukryta przed wzrokiem bezimiennego. Słońce jeszcze nie zdołało się przebić przez skłębione mlekowisko powietrza. Wkrótce mgła opadnie, ale on nie będzie czekał…
Zaparzy herbatę, której już nie wypije, nie pościeli również łóżka. Wszystko co go otaczało w małej drewnianej chatce pozostanie tak, jak w tej chwili. Po to, że jeśli kiedyś tutaj wróci, a nie jest to takie pewne, jeśli wróci zastanie dom tak, jakby wyszedł tylko do wygódki.
Ubrał stary kożuch, który nosił jeszcze jego ojciec. Przez plecy przewiesił lniany worek wyposażony w kilka niezbędnych do drogi przedmiotów. Nafta, zapałki, nóż, sól, bochenek chleba i blaszany kubek. I Księga, w której zapisywał swoje obserwacje zmieniającej się przyrody. Był gotów.
Stanął przed drzwiami domu. Jeszcze raz rozejrzał się po obejściu.
„Nie – pomyślał -nic mnie tutaj nie zatrzyma. Nie ma nic ważniejszego, niż przejście na drugą stronę góry.”
– Nadchodzę, Ananke!!! – krzyknął w mleczną dal. Para wystrzeliła gejzerem z jego ust, by po chwili wrócić i osadzić się szronem na niegolonej od kilku lat brodzie. Było zimno. Siarczysty mróz, który przezwyciężyć można jedynie szybkim marszem.
„Nie ma co zwlekać” – pomyślał.
– Nadchodzę, Ananke…. – powiedział cicho do siebie -Jeśli zechcesz mnie przyjąć, to dobrze, jeśli nie – będę z Tobą walczył.

8.

Wchodząc za linię drzew ostatni raz obejrzał się za siebie. Dolina była pełna smutku. Pierwsze płatki śniegu unosiły się w powietrzu. Wiatr miotał nimi złowieszczo zanim znalazły wytchnienie i koniec swej podróży na zmarzniętej ziemi. Stalowoszare niebo nie wróżyło niczego dobrego. To wszystko zostawiał za sobą wchodząc w las, wchodząc w świat nieodkrytych tajemnic.
Wiatr delikatne kołysał wiekowymi drzewami. Raz po raz Bezimienny słyszał lekkie stęknięcia i pomruki starych pni. W rytmie tych dźwięków poruszał się przed siebie. Pod górę. Powoli ale stanowczo piął się coraz wyżej. Nachylenie zbocza nie było zbyt strome, więc marsz nie wymagał wielkiego wysiłku. Zmierzch nadciągał szybko o tej porze roku więc już wkrótce las pogrąży się w ciemności. W mroku dowie się o pierwszych tajemnicach Ananke. W mroku drzewa opowiedzą Bezimiennemu historie, które dotychczas były dla niego nieodgadnione. O tym, że drzewa potrafią mówić wiedział od dawna. Od dawna również przygotowywał się do tego, aby móc zrozumieć ich mowę. Uczył się słuchać, rozumieć. Od dawna obejmował pnie drzew, które rosły niedaleko domu. Przykładał do nich ucho, zamykał oczy i wsłuchiwał się w delikatne pieśni. Czasem były pełne radości, przeważnie jednak przepełniał je bezgraniczny smutek. Ale drzewa porastające Ananke pomrukiwały złowrogo w języku, którego jeszcze nie rozumiał.
– Tak… – pomyślał – Noc przyniesie zmianę. Noc przyniesie pierwsze opowieści….

9.

Przez palce konarów przedzierały się z szumem ostatnie promienie niskiego, zimowego słońca. Wysokie drzewa przymykały powieki do snu skrywając coraz więcej i więcej w ciemności.
Bezimienny siedział w zagłębieniu po wyrwanym z korzeniami drzewie. Nazbierało się tam sporo liści. Teraz tworzyły całkiem miękkie posłanie. Rozpalił niewielkie ognisko. Tylko tyle, żeby ogrzać dłonie. Nadciągała mroźna noc. Wiedział, że ta pierwsza noc w lesie będzie najważniejsza… Zmęczenie brało górę. Góra go zmęczyła. Całodzienny znojny marsz dawał się we znaki. Bezimiennego ogarniała senność…. Senność, z której wyłaniały się jak oczy wilka z ciemności głosy…
„- Kim jest ten, który zakradł się między nas?
– Kim jest ten, który podnosi swój wzrok na Panią
– Kim jest ten, który zapragnął być równym Ananke?”
I po chwili:
„- Biada mu, bo nie wie co czyni…”
„- A jeśli to On?”

Nagle przebudził się. Wiatr ustał. Nieruchome rozpostarte w niemym krzyku ramiona drzew przecinały rozgwieżdżone niebo. Migotki migotały, a wśród nich królował wiecznie zdziwiony łeb Księżyca….

10.

Przez długą chwilę wpatrywał się w rozgwieżdżone zimowe niebo. Wpatrywał się w księżyc.
Kiedy był jeszcze małym dzieckiem nawiedzał go sen. Za każdym razem zaczynał się i kończył dokładnie tak samo i identyczny lęk za każdym razem mu towarzyszył. Był to pierwszy sen, który pamiętał. Sen, który dzięki swojej powtarzalności wrył mu się w pamięć do tego stopnia, że i po wielu latach pamiętał go ze szczegółami.

Siedział w pustym, olbrzymim pokoju. Z drewnianych klocków układał wysoką budowlę. Naprawdę wysoką i o skomplikowanej, wielostopniowej konstrukcji. Był już bliski położenia ostatniego klocka. I wtedy…
Panowała cisza… Prawie cisza. Jedyny dźwięk, jaki słyszał chłopiec, to było monotonny, rytmiczne dudnienie. Stłumione, lecz mimo wszystko wyraźne. Nie dobiegało z jakiegoś określonego kierunku. Po prostu było. Dookoła. Otaczało go. W miarę budowania przedziwnej wieży dudnienie natężało się, wzbogacało o pomruki, szumy. Kiedy układał ostatni klocek zza jego pleców wyłaniała się jakaś wielka dłoń. W zwolnionym tempie brała zamach i burzyła budowlę. Klocki znikały, znikał pokój, podłoga. Wszystko spowite było idealną ciemnością. Znikała również dłoń, cichły dźwięki. Trwał w stanie całkowitego paraliżu. Nie siedział, lecz był zawieszony w pustce, w próżni. Żadną częścią ciała nie dotykał niczego namacalnego.
Wiedział, że za jego plecami coś jest. Coś wielkiego, lecz bardzo odległego. Coś, na co nie ma prawa spojrzeć. Przeczuwał, że każda, nawet najmniejsza próba spojrzenia w kierunku tego czegoś spowoduje katastrofę. Nie mógł się poruszyć. Serce biło szybko, szybciej, wyrywało się z piersi, jakby chciało uciec przed czyhającym niebezpieczeństwem. A jednak…. Chęć zobaczenia, poznania była tak wielka, że próbował. Coś, jakaś niewidzialna siła nie pozwalała mu się ruszyć. Jakby trzymała go za ramiona. Jakby jakieś niewidzialne dłonie ściskały jego głowę i nakazywały jej patrzenie w otaczającą ciemność. A on wiedział, że to za jego plecami ma kolor, ma w sobie światło. Nie widział, lecz wiedział.
Powoli, bardzo powoli, licząc, że oszuka niewidzialną siłę i przeznaczenie związane z tym czynem, odwracał się, by spojrzeć…. Jeszcze odrobinę, milimetr… Kątem oka dostrzegał kształt… Krawędź olbrzymiej kuli otoczonej błękitną poświatą.
I wtedy to się działo…. Gigantyczna eksplozja za jego plecami niszczyła to coś za jego plecami. Rozlatywało się na miliary kawałków i mknęło w przestrzeń przed nim.
Nagły ból kończył sen. Nie było już nic. Kończył się strach.

Ten sen z dzieciństwa powrócił do niego w noc poprzedzającą podróż. Nie wiedzieć czemu, nagle, nieoczekiwanie powtórzył się po wielu latach w niezmienionej postaci.
– Dlaczego? – spytał.
Las nie odpowiadał. Tarczę księżyca przeciął przelatujący nocny ptak.

11.

Usłyszał szelest zza odległych krzków. Coś tam było, skradało się. Początkowo myślał, że to złudzenie, że to mrok nocy płata figle jego wyobraźni. Kiedy jednak szelest zmienił położenie, kiedy zaczął się przemieszczać i zdawał się coraz wyraźniejszy jego przypuszczenie o czyjejś obecności nabierało znamion pewności, ta zaś bratała się z uczuciem strachu, niejasnego zagrożenia.
Zastygł w bezruchu. Wyczekiwał. Serce łomotało w klatce piersiowej i jak z klatki – zupełnie już innej – próbowało się uwolnić jego wewnętrzne dzikie zwierzę.
Nadszedł z drugiej strony ognia. Niezauważony do ostatniej chwili. Był teraz o dwa metry od bezimiennego. Najpierw zobaczył jego oczy, odbijające się płomienie w oczach wilka. Był olbrzymi, jego futro lśniło, a z pystka wydostawał się miarowo obłok pary. Wilk nie zaatakował. Początkowo z zaciekawieniem przyglądał się bezimiennemu, by chwilę później, ku jego ogromnemu zaskoczeniu, przysiąść po drugiej stronie niewielkiego ogniska.

– Wiem co tu robisz… – powiedział wilk.

Bezimienny przyglądał się nieoczekiwanemu gościowi. Ze zdumieniem analizował to, co przed chwilą usłyszał. Czy to możliwe, jak to możliwe, że słyszał słowa wypowiadane przez wilka? Słyszał, choć przecież tamten tak naprawdę nie wypowiedział żadnego słowa. Słyszał je w swojej głowie.

– Przepraszam, jeśli zakłócam Twój spokój. – powiedział – Kim… Czym jesteś?
– Jestem Umra, Pan lasu.
– Umro… To Twój las, Twój dom…. Czy zezwolisz mi na przejście?
– Jesteś tu, bo takie jest Twoje przeznaczenie…. Taka jest wola Ananke, a ja jestem tylko jej sługą… Jeśli Ona pozwoliła Ci dojść tak daleko, to ja nie mogę sprzeciwić się jej woli…
– Umro, czy odpowiesz mi na moje pytanie? – zapytał niepewnie.
– Jeśli taka będzie wola Ananke…
– Co jest po drugiej stronie?
– Ty, który nie masz imienia…. Idziesz tam, na drugą stronę… Jesteś odpowiedzialny za los, ale czy potrafisz powiedzieć dlaczego? Czy wiedza nie uczyni Cię niewolnikiem?
– Nie rozumiem…
– Zrozumiesz….

Równie nagle jak się pojawił, wilk odszedł. Powoli, dostojnie. Bezimienny odprowadził go wzrokiem do granic widzialności. Zanurzył zmarznięte dłonie w ogniu. Ogarnęło go ciepło. Czym był ten niezwykły gość…. Jakie jeszcze tajemnice i jakich mieszkańców skrywa ten las?
Między szeroko rozwartymi ramionami drzew niebo jaśniało. Powoli kończyła się noc.

12.

Razem z pierwszymi promieniami słońca nieśmiało przedzierającymi się przez kłębowisko stalowoszarych chmur spadły pierwsze krople deszczu. Wkrótce nie było już słońca. Tylko deszcz. Nawet nie było tak strasznie zimno. Z jednej strony zapewne nastąpiło nagłe ocieplenie, z drugiej to las chronił Bezimiennego od wiatru. Wysokie drzewa i splątane, gęste krzewy zatrzymywały ciepło.
Bezimienny siedział przez dłuższą chwilę, zanim ruszył w dalszą drogę. Rozmyślał nad wydarzeniami sprzed kilku godzin. Wciąż przed oczami swojej duszy widział oczy wilka. Zapamiętał to mroczne, ale i mądre spojrzenie. Zapamiętał również każde słowo z tej nieoczekiwanej rozmowy. Teraz powtarzał je w myśli, wywoływał z wcale nieodległej pamięci. Umra powiedział, że to miejsce, ten las, góra – to jego przeznaczenie i wola Ananke. Więc nie powinien czuć już żadnego zagrożenia? Czy instynkt fałszywie dawał mu sygnały? Słowa Umry powinny pozbawić go wątpliwości, lęku. Tak się jednak nie działo. Dlaczego w głębi duszy czuł, że otaczający go las skrywa w sobie coś mrocznego, jakąś złowrogą tajemnicę? Za jaki…. za czyj los był odpowiedzialny? Jak wiedza mogła uczynić go niewolnikiem? Wreszcie obietnica zrozumienia… Kiedy i jak miał zrozumieć? Co miał zrozumieć? Pytania kłębiły się w jego głowie niczym węgorze wyciągnięte z wody. Co chciał mu przez to wszystko powiedzieć Umra? Dlaczego się pojawił?

Pozbierał swój wędrowny dobytek, rozejrzał się jeszcze po niedawnym legowisku i powoli wtopił się w kolejną ścianę drzew, za którą znajdowała się następna i następna….

Leave a Reply

  

  

  

Weryfikacja CAPTCHA * Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.

Proszę pozostawić te dwa pola tak jak są: