|
|
Wszyscy są samotni i to nas łączy.
Wiązania związków wielokrotnie złożonych
we wspólnym pierwiastku, który występuje
w całym znanym wszechświecie i
poza nim -
dwójmrok światła.
Niby nic, a przecież i ty wiesz
o co chodzi.
W zasadzie nie ma powodu, dla którego czas
powinien płynąć szybciej – przeciwnie.
Jeśli by porównać życie do klingi miecza,
to zużycie ostrza, szczerby, rysy oraz osad
mogą znaczyć na przykład dzisiejszy poranek.
Może być gablota w sterylnym muzeum,
lub półka na ścianie w mieszkaniu maklera,
kolekcjonerski stojak, zatęchła piwnica,
albo rdzą przeżarte torfowisko, ziemia.
Długość ma znaczenie i ręka, która trzyma
to wszystko we władzy zadania ciosu skrycie,
lub z otwartą przyłbicą, cel zadania cięcia,
rozpaczliwa garda.
No i jeszcze inskrypcja, dźwięk, bolesny zapach,
a wszystko jakby nic – przeciwnie, nic
jak wszystko, co się mogło zdarzyć.
Urodziliśmy się martwi i umrzemy żywi.
Wszystko co pomiędzy to sprzeczność teorii.
Bo spójrz jak się tygrysi cień na gorącym piasku,
jak się ściele noc chłodna, jak się rosi zmierzch.
I jeszcze w locie uchwycony flaming,
cichy szmer oceanu, ostatni oddech bryzy.
*
Z jedenastu kilometrów nad ziemią oglądana ziemia -
tutaj jeszcze dzień nad bezkresem mroku.
Z chmur widziane chmury, obłoki z obłoków,
w dole niezachwiana pewność, siatka zmarszczek, świateł,
rozpalone ziarnka, wokół których ludzie
niewidoczni przecież, lecz jednak obecni,
choć jedynie przez chwilę, nim wlecimy w chmury,
w to jądro jasności, kłębowisko śmierci.
Być sobą, no bo kim?
Być sobą, ale czym?
Być sobą, tylko jak?
Być sobą, czyli
stać się niewidzialną przyczyną ciebie.
Obudzić się dla przemiany,
zapragnąć mieć skrzydła,
dwie głowy feniksa.
Spalić się przed zachodem słońca,
odrodzić pierwszym brzaskiem.
A potem na nowo:
być sobą,
tak jak miliony razy bywałeś miliardem rzeczy
zebranym w całość. Stanąć
przed poskładanym z okruchów lustrem
i widzieć
wciąż całość.
Prawdziwy grafoman nie dusi w sobie emocji, tylko przelewa je bezpośrednio na monitor komputera. Nie znosi pisać na papierze nie dlatego, że jest ekologiem, lecz uważa to za stratę czasu.
Prawdziwy grafoman wkleja swój wyjątkowy utwór na wszystkie możliwe portale.
Prawdziwy grafoman siedzi godzinami przy komputerze i oczekuje pochwał. Klika do znudzenia w myszkę odświeżając ekran w nadziei, że a nuż pojawi się jakiś miły komentarz. Boli go od tego klikania palec, dupa od siedzenia, traci wzrok od wgapiania się w monitor, ale… czego nie robi się dla Sztuki?!
Prawdziwy grafoman nie znosi słów krytyki i przyjmuje ją jako przejaw niezrozumienia, arogancji i trolowatego chamstwa.
Prawdziwy grafoman uważa, że nikt tak jak on nie potrafi opisać świata, poruszyć czytelnikiem, wprawić w zachwyt, zadumę, rozczulić, uwrażliwić.
Prawdziwy grafoman to ja.
(No, ale przecież prawdziwych poetów już nie ma.)
Kto wie, jak skończy się książka, ten jest uboższy o jej wszystkie strony, o zwroty akcji i zawroty głowy, o wszystkie postaci opisane i wymyślone przez narratora, lub przez pozbawionego koniecznej wyobraźni kronikarza, dziejopisa.
Kto wie, jak skończy się książka? Do przewidzenia jest kropka, a nawet przecinek, dwukropek, niewidzialna spacja. Reszta jest milczeniem, reszta jest niekończącą się opowieścią.
Odys wypływa na spokojne o tej porze dnia morze. Jego okręt pod żaglem ledwie porusza się po gładkiej powierzchni. Towarzysze pomagają co sił wiosłami oddalać się od brzegu. Odys nie wie o czekających go przygodach prawie nic. Nie poznał jeszcze goryczy powrotu, rozczarowania namiętnością, nie spotkał żadnego z potworów, które staną mu na drodze. Odys śni o przygodzie. Odys ma tylko wyobrażenie czasu, który ma nadejść, nie ma świadomości czasu, który zostawia za burtą – woda się wygładzi, bądź wzburzone morze odbierze kilwaterowi jego sens i przyczynę.
Od dawna podejrzewał, że Żydzi planują jego śmierć. Dlatego nigdy nie pogodził się z wyborem Swietłany, czyniąc ją nieszczęśliwą. W gruncie rzeczy nie dlatego jednak prześladował córkę, lecz z powodu konieczności sprawowania kontroli. Podobnie, jak musiał mieć kontrolę nad wszystkimi poczynaniami Wasyla – tego cholernego alkoholika i bawidamka; czymże bowiem stałby się, gdyby nie był w stanie trzymać w ryzach najbliższego otoczenia? Jak mógłby zachować wiarygodność władcy i jakim respektem darzyłby go dwór? On, wielki car, władca, monarcha absolutny musiał siać strach, aby wszystkie rośliny ogromnego stepu rosły tak, jak trzeba, aby pochylały się tylko przed tym wiatrem, który on sam wprawił w ruch, aby zgodnie falowały i chwaliły jego imię. Do diabła z ziemią, na której rosły, ważne, aby rosły równo i w rymie jego oddechu. Jeśli tylko którakolwiek z traw zaczynała szumieć inną niż jego pieśń, należało ją wyrwać razem z innymi chwastami, jeśli którykolwiek kwiat rozwijał się ponad przeciętność, należało go czym prędzej zerwać, zasuszyć, włożyć między opasłe akta dziejów.
czytaj dalej ►►►
między nami było w sam raz
i o pół gestu za wiele
o twoje ręce chodzi
już ich nie ucałuję
nie wyjmę siatek
nie wgarnę się do
nie zatrzymam na
a były dobre najlepsze
na rano południe i wieczór
nawet wtedy gdy
dotarłaś do mnie o całe widzenie pełniej więc czasem
myślałam o powrocie do normalnego życia sprzed siebie
albo pozostaniu w miejscu gdzie marzy się o matkach
o nieznajomej twarzy myśli się jak o swojej obcej bo
domniemanie podpowiada wtedy wszystko tłumaczy
między nami było w sam raz
i o pół emocji za wiele
o twoje serce chodzi
że przepełniło się czymś
na dwa rodzaje stukotu
na odpychanie z przyciąganiem
na tak bo tak i takie nie
z którym nie wiadomo co
ale jest i nie odpuszcza
dlatego wolałabym leżeć w odłogu na cudzych oczach
nie wiedzieć nic i nie zapamiętać zajść przyjść wyjść
pierwsze sylaby przyczepiłabym do kobiet w kitlach
nigdy nie zapytała o poddasze o strych z okienkami
o świat wielki i mały jak tamto podwórko z komórkami
między nami było w sam raz
i o pół ściśnienia za wiele
o twoje ramiona chodzi
że z bliska i z daleka widziałam ciepłe
bo otwierałaś je dla mnie
bo zamykałaś wokół mnie
bo działo się w nich ze mną
a bez byłam wyrwą
dzikuską łykającą guzik
chorą na miłość i urojenia
że nie było zachwiania kiedy mogłam pozostać istotą
uboższą o ćwiartki mlecznych piersi oszukane butelką
że nie wyssałam kilku szklanych pojęć bez smaku i zapachu
nie gaworzyłam z lamperiami turlając się z prawa na lewo
nie udawałam że ludzki pałąk zna na pamięć zwykłe kołysanki
między nami było w sam raz
i o pół słowa za wiele
o twoje usta chodzi
że odwracałaś się i drżały
o odrobinę za mało
o domówienie za dużo
nie do wyrażenia inaczej
gdy padły warianty
jakbym mogła się odbyć
i życie odbyłoby się beze mnie
zostałaś jedyna i kompletnie moja w każdej z prawd
która dotyczy wszystkiego co między nami było
w sam raz i o pół uszczerbku za wiele przez tak bo tak
stale jestem w drodze do domu na przedwzgórzu
łażę pod płotem i jak nigdy rozmawiam z nieobecną
Zielona Góra 31 lipca 2010
Gdybyśmy wierzyli słowom w sposób niepodważalny,
bez zadawania pytań przyjmowalibyśmy
jak prawdę objawioną, czy Słowo wymagałoby słów?
Wciąż dziwię się na widok pierwszych zielonych liści drzew,
wzrusza mnie pierwszy krok, płacz, śmiech,
stare fotografie, niezgrabne rysunki, zapisane zeszyty
zapamiętane bzdurki.
To, czego nie pamiętam, na istnienie czego nie mam dowodu,
nie istnieje, choć przecież mówią mi sny, że było.
Ze snami to jednak zupełnie inna sprawa.
Jakby ktoś mieszał w słońcu brudną łyżką.
nieumiejętność przyjmowania śmierci
nie mieszczę się między białą różą i ciasną bluzką
którą mam ochotę podrapać za nagłe sczernienie -
drażni koronka pod szyją i ciężkość przeciwsłonecznych
chociaż światła nie ma a zasłona nie zobaczę pozorna
wczoraj przyjaciel przysłał mi małe drewniane skrzydła
z aureolą i sznureczkiem – zadbał o gładkie wznoszenie
nie śpiewamy w oddzielnym chórze więc nie rozgniewa się
że na ślepo zamieniam ścianę w cień lub wieczną jasność
22.07. 2010
Nie ma białych plam, mapa jest kompletna.
Podskórne obrazy wpływają żyłami w ocean przekazu.
Pradawne symbole, znaki i te
z liter złożone zagmatwane szlaki
znaczone piętnem czasów – wszystko jest pieczęcią
nad przestrzenią światów.
*
A tutaj, patrz, blizna po pięknym upadku.
Pyszni się jak tęcza, rwie jaskółczym lotem.
Z marzeń poskładane, nietykalne wzrokiem,
ulotne i ciche, jak pejzaż za oknem.
*
Wyschnięte są
czytaj całość Tatuaże
Widziałem cię na marach, moja droga, moja kochana.
Twój przyjaciel, mąż, stał tam, przy wezgłowiu trumny.
Nic nie zostało z dumy, bo i o jakiej dumie może być mowa?
Że w takiej sytuacji się nie płacze, że raczej
z kamienną twarzą, z pamięcią, z tym, przed tym
ostatecznym ołtarzem
zachować się należy z pokorą?
Na długo przed tą chwilą widziałem
śmierć twoją, która przysiadła,
nie
czytaj całość Kurz
Czy ma być gładka, czy w dotyku szorstka,
poryta dłutem, szlifowana długo?
Siedzą dwie skały zapatrzone w siebie:
kamień wciąż nie wie w co wnet się przemieni,
on, zamyślony, dobiera starannie
narzędzia, formę, pierwszy zarys kształtu.
Wkrótce uderzy i wtedy się stanie
nad wyraz jasne, choć w niedomówieniu,
choć słowo w kamień, oraz kamień w słowo,
a dłuto w pióro, w obiektyw, lub w pędzel.
*
czytaj całość Rzeźbiarz
|
Ostatnio czytane: Tatuaże 20 seconds ago PABLO NERUDA 1 minute, 24 seconds ago Jak wątły śnieg 2 minutes, 3 seconds ago Bez dogmatu 5 minutes, 10 seconds ago OCTAVIO PAZ 6 minutes, 33 seconds ago Co jest, co musi się stać 8 minutes, 17 seconds ago N. Sachs – wiersze 11 minutes, 24 seconds ago Kamienne ogrody 14 minutes, 31 seconds ago Starość widząc spokojnie 16 minutes, 22 seconds ago Modlitwa podsłyszana w kuźni 17 minutes, 38 seconds ago CHIRURGICZNA PRECYZJA 18 minutes, 7 seconds ago Wybory 20 minutes, 44 seconds ago Kruchość nocy 23 minutes, 51 seconds ago ROZARIUM 25 minutes, 11 seconds ago Poza kontrolą 26 minutes, 58 seconds ago Ćma 30 minutes, 5 seconds ago
|
|
Najnowsze komentarze