Archiwa

Demiurg

Nie podchodzę do okna, nie poruszam firanką.
Nie zapalam światła, ani papierosa.
Staję w bezpiecznej odległości w moim bezpiecznym pokoju
i obserwuję.

A wy widzicie jedynie moje psy,
które na was spuściłem.
Strzegą mojej strony ulicy,
szczerzą kły.

Wasze są piosenki, wasze są okrzyki.
Wasze transparenty są transparentne.

Okna są dźwiękoszczelne.
Oglądam niemy film.
Jakby to było kiedyś, nie teraz.
I takie szlachetnie czarno-białe.
I takie komiczne, myślę sobie,
takie trochę nierealne.

Utoczę wam trochę koloru.

Niedobór

Lata składają się z niedoborów.
Najpierw brakuje lat do dorosłości,
potem brakuje czasu.
Wkrótce braknie i mnie.

Taki mały niedobór nie zmieni niczego
w ogólnym postrzeganiu rzeczywistości.
Co innego, gdyby zniknęło słońce.
Albo miłość.

Biegnę

Wtorki odchodzą w niepamięć bezszelestnie.
Dołączają do poniedziałków i niedziel.
Spotykają soboty, czwartki i piątki.
Dzisiaj jest środa, ale i ona nie jest bezpieczna.
Kolejna kartka w książce o zmarnowanym życiu.

Przeglądam spis treści i coś mi się przypomina.
Otwieram tam, gdzie zagięty róg.
Pewnie to coś ważnego, ale nie wiem.
Jeszcze nie nauczyłem się chodzić.

Mija północ. Środy odchodzą w niepamięć.
Z łoskotem.

Surmy jesienne

Gdybyś mógł zobaczyć, ślepcze, połoniny…

Dla ciebie tylko pełne nienawiści spojrzenia winnych;
dla ciebie tylko wrogowie, komuchy;
dla ciebie tylko bóg-honor-ojczyzna;
dla ciebie blizny przeszłości i jutrzenka wodza;
dla ciebie dzwony biją i ryczą trąby bojowe;

A tymczasem podludzie rosą w siłę jak podgrzybki.
Jesień zapowiada się pięknie.

Bang-bang

Wieczność to tyle, co bang-bang.
To właściwie jedynie ten myślnik.

Kawałek prostej, po której poruszamy się sprintem.
Mijamy rzeczy stworzone na wieczność,
zostawiamy ślady stworzone na wieczność.

Kochamy, nienawidzimy, cierpimy, radujemy się.
Bang-bang.

Teraz, kochana

Spójrz – idą dni krótkie jak kłamstwo.
Jeszcze się ciągnie babie lato. Jest nów,
więc noc taka ciemna. Kończy się kryzys,
jesteś ze mną, nic nam nie trzeba
oprócz paru stopni ciepła ponad to,
co ustalono na poziomie trwania.

Dzisiaj będę wcześniej niż zwykle,
może pójdziemy na spacer? Liście
mają pożółkłą przyszłość, wiatr
nie zabrania lekkich jeszcze ubrań,
chmury nie chmurzą się kiedy myślę
przyszłość.

                                        Dłuży się
trwanie, bilans. Pamiętam twój pogrzeb.
Chwila, kiedy lepka wilgoć
skleiła niebo z ziemią była ciężka,
gęsta jak czerwone wino.

Dzisiaj będę wcześniej niż zwykle,
skończę czekanie.

Z ŻYCIA WYŻSZYCH SFER

 

Za górami, ale i za lasami, żył sobie smok wielce potężny. Tak wielce, że za wyjątkiem królewicza Zagryzka wszyscy się go lękali. Królewicz był zupełnie zadowolony z tego, że smok pożywia się jagódkami, a nie jego poddanymi i nie pragnie niczego więcej, aniżeli być smokiem, który w bajkach straszy dzieci, kiedy nie zjadły kaszki. Kaszka jest pożywna, zwłaszcza gdy nie ma wyjścia i trzeba ją zjeść, o czym wiedzą wszystkie smoki oraz wszystkie mamusie.

Na przykład Zagryzek, choć był tylko królewiczem z nominacji, a nie z urodzenia, w rezultacie pilnego jej zjadania, został porządnym człowiekiem, który nie czytał gazet  przy obiedzie, odpisywał na listy, wynosił śmieci i przynosił chlubę. Smok za to nie mył uszu, bo miał trzy głowy i na każdej po parze, co mu się myliło i trudno mu było się połapać, które z nich są już czyste, które zaś jeszcze nie. A że był smokiem nie bardzo rozgarniętym i szybko się zniechęcał, i we wszystkich trzech głowach naraz miał taki młynek, taki zamęt, jak u fryzjera – musiał coś zjeść. Ale co tu zjeść, kiedy jagódki zabrali źli ludzie? Podrapał się smok w swoje głowy, ale nic nie wymyślił, tylko zalał się łzami.

Z tego zalania powstała rzeka, w której pluskał się Zagryzek. Codziennie to robił i jego poddani również. Nie pływali wszelako, tylko taplali się od strony płytkiej, ponieważ głębia zajęta była przez Marszałka Dworu, który dysponował miejscówką na wielodzietną rodzinę. Marszałek, z powodu próżniactwa, uczynił się bardziej tłusty, niż mądry, co mu nie przeszkadzało nurkować we łzach smoka i złorzeczyć na swój los. Właśnie jego los, gdyby nie był taki nieskończenie zły, byłby z pewnością o niebo lepszy.

Wracając do smoka: chcąc być nim z prawdziwego zdarzenia, z jagódek przerzucił się na godziwe żarcie poddanych królewicza. Z początku szedł mu ten zwyczaj na zdrowie i szedł by mu tak dalej, gdyby nie Zagryzek. Jeszcze żywi ludzie byli zastraszeni, a nadgryzieni – do niczego, toteż chodził po pałacu jak struty i nie mógł znaleźć sobie miejsca. Smok tymczasem siał spustoszenie i był już tak gruby, że wśród innych smoków odróżniał się fałdami na swoich trzech paszczach. Zamiast ogni z siarką, wychodziły mu z jadaczki krótkie serie pogodnych płomyków. Były przemieszane z żartobliwymi ornamentami z pozostałości po nie strawionej Marszałkowej. Szczególny kłopot miał z jej okularami: jako że pomniejszały różowy świat, jego żołądek również uległ skurczeniu. Chociaż szkiełka  dały się połknąć, to z oprawkami poszło mu kiepsko, bo z rozpędu zapomniał, że dobre wychowanie nakazuje szanującym się potworom, zdjąć wszystkie zbędności z artykułów spożywczych. To samo można powiedzieć o dziateczkach: nie powinny wycierać zupy w obrus, a obrusa – w gości.

Różne są metody jedzenia: jedne prowadzą do kąta, inne na podwórko. Jednak starczy dykteryjek, bo oto królewicz  wypuścił z głowy rezolutną myśl polegającą na tym, by smoka zniechęcić do wyżerki ludzi z tej okolicy i przekonać go do podróży w okolice całkiem odległe, gdzie mógłby swobodnie pastwić się nad poddanymi innego władcy.

W tym celu wysłał do niego parlamentariusza, który wrócił nie zanadto kompletny, ale rozradowany, gdyż potwór zamiast głowy zjadł mu tylko parę złudzeń i na koniec rzekł: – sprzykrzyło mi się być postrachem w tym rejonie, gdyż dostałem faks od szwagra, również smoka, ale jarosza, który prosi, bym nauczył go ziać ogniem piekielnym, co mu ostatnio nie wychodzi, jako że w epoce lotów kosmicznych nikt nie chce się bać bez wyczerpującego uzasadnienia. My, ziemskie straszydła,  jesteśmy teraz dobroduszne. Jeżeli ktoś w nas wierzy, to raczej z litości, a nie wewnętrznej potrzeby.

Zasmucił się, lecz smutku nie przerywając, tak dalej mówił: – dawniej straszyło mi się jak po maśle. Byłem kudłaty i rosochaty, miałem jagódek w bród, a nie durne zaświadczenia o ich przejściowej nieobecności. A co mam dzisiaj? Oto Zagryzek nasyła mi żylastego typa! Jesteś niestrawny, a ja nie znoszę gotowanych posłów!

Rozżalił się i potarmosił wysłańcem, ten zaś ledwie żywy z niepokoju, powiedział: – szanowny panie smoku, wiem ci ja, że jesteś anachroniczny i lada jakie UFO potrafi cię wyrolować ze zgrozy, ale, chociażeś  przestarzały, to daj sobie zaszczepić trochę obwodów scalonych, a wyjdziesz na nowoczesne straszydło.

Żebym tak zdrów był – ucieszył się smok znienacka i nabrał w płuca powietrza, aż się las przerzedził, a rzeka wybrzuszyła. Lecz za chwilę zwiesił środkową głowę, czułki po sobie położył i zamamrotał cieniutko: – a co, jak mi wysiądą baterie?

Umyślny ręce rozłożył i czując, że smok się wzdyma od podejrzliwości, począł cmokać, bo mu nic lepszego nie przyszło do głowy. Stracił fantazję, lecz cudem nie stracił kontenansu i rzekł: – to i co, luba maszkaro? Jeżeli tak się stanie, to podłączymy cię do zapory na rzece z twoich łez i wszystko będzie cycuś. A bodaj cię, stary zbereźniku, ty to masz fart – powiedział i pocwałował do innej bajeczki, gdzie na złotym tronie siedział zakatarzony Morał.

 

OBSTALUNEK

Przez długi czas nie mogłem rozgryźć sprawy; krążyłem wokół niej i nic mi nie przychodziło do głowy. Byłem zawiedziony, bo kiedyś zajmował stanowisko zbliżone do mojego. Nie takie samo, lecz porównywalne: wówczas wyrzucał z siebie heterogeniczne sądy, burzycielskie mniemania, wtedy coś nas łączyło, choćby wspólna membrana. Mogliśmy przerzucać się tożsamymi przekonaniami, a nasze nocne dyskusje kończyły się, zanim na dobre zaczęły, bo o czym mieliśmy gadać, gdy oboje zachwycaliśmy się tymi samymi książkami, lekturą wymagającą skupienia, dokładnego obeznania w dziejach literackiej ciągłości, w ich przypływach i odpływach, nawrotach i poniechaniach, w tej wibracji znaczeń falującej od czasów najdalszych po obecne: niezależnie od nas, prawie legendarnie.

Byłem rozczarowany jego zmianą, bo przecież dawniej wierzyliśmy razem, ufaliśmy sobie, zakładaliśmy wspólne pisanie, jednak nic z tego nie wyszło, bo nasze kontakty i myślowe drogi straciły sens: rozjechaliśmy się, on szukać pracy w pobliskiej, większej dziurze z perspektywami, ja wyruszyłem w oczadziałą pogoń za początkującą, lecz już zmanierowaną poetką, za dziewczyną mimo to niepodobną do innych.

Na próżno łaziłem za nią trop w trop, starałem się jej przypodobać, wkraść w łaski, postępować tak, by zwróciła na mnie uwagę. Zrazu planowałem zostać jej totumfackim, niegroźnym dworzaninem, by później, gdy już oswoi się ze mną, gdy przywyknie i zacznie mnie tolerować, tym śmielej wejść w sam środek otaczającego ją wianuszka przyszłych luminarzy, zwyczajnych megalomanów przekonanych o swojej niepowtarzalności, siedzieć z nimi w kawiarni, pić espresso wśród ożywionych dysput.

Bez powodzenia; traktowała mnie z góry. A choć na prawo i lewo serwowałem aprobujące uśmiechy i potakiwania, to przymilające się wysiłki, jakieś natrętno-nieśmiałe próby zasygnalizowania obecności, wszystkie te mimiczne wtręty spełzały na niczym, odnosiłem więc wrażenie, iż między tymi bufonami sterczę na doczepkę: jak persona non grata, drewniany kołek lub niepotrzebny mebel.

*

Niekiedy korespondowaliśmy, przebijaliśmy się niepowodzeniami, donosiliśmy sobie, co i jak, on pisał, że mu ciężko, że tyra za trzech, a zarabia ledwie na połówkę bez korniszona, ja, że nic się nie dzieje i nie ma o czym gadać. Nic o czytaniu, gasnącej i systematycznie odwlekającej się przyszłości arcydzieł, jakby te tematy przestawały być dla nas ważne. I fakt: przestawały. Mnie, odepchniętego przez poetkę, rzuciło w stronę felietonowego przekomarzania, w zbieranie owoców podróży po sobie, w częste przebywanie poza domem, spędzanie czasu w delegacjach, hotelach i na walizkach, w poznawanie tego i owego, bez robienia romantycznych planów; spontanicznie, ad hoc.

Z nim natomiast stało się inaczej: gdy w trakcie jednej z delegacji odwiedziłem go, zauważyłem, że utknął w codzienności namiętnych intryg. W końcu zamarzyły mu się domowe obiadki, zapolował na coś przyziemnego, lecz urodziwego do leżakowania, a po dokonaniu technicznego przeglądu awaryjnych bab, wybrał najmniej szkaradną i ochajtnął się po kryjomu. W wyniku czego wyłysiał na intelekcie, bo od kiedy przestał być singlem, zapadł się w sobie: a to rozwodził się o szefie, a to przeszkadzała mu słona zupa i tak drałował po nieszczęściach uciekając w milczenie, w kontemplacyjną ciszę, w symulowanie, że jest szczęśliwy do bólu.

A ostatniego dnia, kiedy żegnaliśmy się i wyglądało na to, że rozmawiamy po raz ostatni, powiedział: wybacz, ale choć śledzę, co publikujesz, to sądzę, że tak się nie mówi! tego się nie czyta! Za dużo belferskich wytyków, dydaktycznego wyposażenia w postaci wskaźnika, poziomicy, suwmiarki, cyrkla i linijki do bicia po łapkach.

Dodał, że jak już piszę te swoje smęty, choćby o upadku kultury, to powinienem zaznaczyć, o jakiej kulturze mowa, lokalnej czy zagranicznej, powinienem zejść na ziemię i nudzić prościej, bo kiedy mnie sylabizuje, to mu się kitwaszą pojęcia z wyobrażeniami; nigdy nie wie, czy bredzę na serio, lub czy dworuję z niego i jak ma stwierdzić, com spłodził: operetkowy dramat, powiastkę dla niewidomych okulistów, no i komu to plaży, dla kogo bajtluję i czy mnie podniecają ciemne strony życia.

Poza tym wytknął mi, że stosuję za dużo metafor i słów nawalonego pochodzenia, uprawiam głównie żonglerkę, językowe zbytki, barokowe pląsy, a na dodatek używam przedawnionych fraz, które są ni w pięć ni w dziewięć, co przyzna większość literatów. Jak chcesz, to pisz tą metodą, ale nie narzucaj jej innym. Bez urazy, dorzucił, może komuś podchodzą tego typu wolne numery, lecz na ogół jest to nudziarstwo bez przyszłości i głębszej wymowy. Im prędzej dam sobie siana i przejdę na owies, tym łacniej przyjdzie mi się uporać z faktem, że na własne życzenie skazałem się na frustrację und brak zrozumienia.

Udzielił mi też rady, bym przestał nawijać furt o cierpieniach i rozterkach, bo to go dołuje, nie ma ochoty myśleć o nich, a ja na grandę wpycham mu te poparzone refleksje, zmuszam do niewczesnych namysłów, gdyż jak po dniu przy tokarce siada do lektury, to nie chce mordować sobie pały jakimiś przekwitami formy, supozycjami, niuansami, egzystencjalnymi anoreksjami, tylko od razu i konkretnie pragnie mieć jasność, o co biega, tak, a tak, tu poszedł, tam zaszedł, bez opisów przyrody i humanitarnych ściem, kawa na ławę. Domaga się precyzyjnego określenia sytuacji: jakiejś instrukcji zachowania, totalnej podpowiedzi, ma płakać czy śmiać się jak zombie nad trumną.

Czego ode mnie oczekuje? Mam mu spłodzić jakiś poczciwy kawałek do trusiania. Dla odmiany coś przyjemnego i niech to będzie dla wagonowych ludzi. To ich kręci, tego chcą w obiad, na kolację i zamiast mleczka do kawy. A nie wzniosłych bajań o skomplikowanej rzeczywistości. Chcą wytchnienia, zapomnienia o Bożym półświatku. Ich marzenie, to uchachać się po całości bo kiedy od bladego świtu muszą zasuwać przy taśmie, kiedy od upojnego rana wiedzą, że znów czeka ich kieracik, to ani sił, ani ochoty nie mają na intelektualne brandzlowanie powietrza.

Ja na to, że już Feynman rzekł: `Bardzo łatwo krytykować to, co ktoś już zrobił i wyrokować, co powinien był zrobić.` I, wystaw sobie, miał cholerną rację, gdyż dzieło literackie nie jest szczegółowym raportem policyjnym, a tekściarz nie pełni w nim roli stójkowego, protokolanta czy nawigatora. Nie ma przepisu, by autor podawał wszystko „na tacy”, wtykał czytelnikowi namiary na prawidłowe pojmowanie treści łącznie z numerem kołnierzyka i gabarytami stanika: musi zostawić mu jakiś niełopatologiczny margines, uwierzyć, zaufać, że ma wyobraźnię zdolną do samodzielnego rozszyfrowania utworu.

Jednocześnie przyznałem mu częściową słuszność, a mianowicie powiedziałem, że skoro klient ma zawsze rację, to trudno i darmo, niech będzie, co ma być, wezmę problem na klatę i jako firma usługowa postaram się dostrzec, co można z tym fantem zrobić. Zatem kiedy odwiedziły mnie transy i olśnienia, nadałem sprawie bieg: z impetem staranowałem klawiaturę i na ośle pożyczonym od Muzy pojechałem po bandzie: wybabuliłem telegraficzne zdanie. Układne, swobodne, oczyszczone z refleksji, niemędzące i na zawziętym luzie. A zachęcony jego lakonicznością, poszedłem za ciosem i strumień krótkich zdań przekolebał mi się z globusa na ekran.

Były zgodne z jego zamówieniem: na golasa i zrozpaczone niczym podmiot wyzuty z orzeczenia; bez przydawek, wolne od opisów przyrody, wartkie i potoczyste jak bobslejowa jazda bez trzymanki. Byłem dla siebie pełen podziwu, bo ów tak byczo rozpoczęty wątek – zresocjalizował się, odmienił, a pod moim oszalałym palcem nabrał cech zerojedynkowych. Ale już po pierwszym jego akapicie straciłem zapał do dalszego sztrykowania: oblazły mnie poprzednie wątpliwości, bo choć czytelnik mógł być wreszcie usatysfakcjonowany, to mnie zemdliło.

Non est me ridere

Nie rozśmieszaj mnie, boże, mówiąc, że masz plan na moje życie.
Nie po to dałeś mi wolę, abym teraz miał zrezygnować.
Bo moje życie jest w moich rękach.

Niestety.

List do…

Drogi Dżihadysto,

Nie zabijemy wszystkich Twoich braci, kobiet i dzieci. I ty nie zabijesz wszystkich nas.
Możemy ciągnąć tę grę odbierając sobie poczucie bezpieczeństwa i godności, możemy żywić się nadzieją zwycięstwa, chwały, możemy wzajemnie się oskarżać. Możemy zamieniać człowieczeństwo w zezwierzęcenie, miłość w nienawiść i życie w śmierć. Wszystko to możemy, ponieważ jesteśmy ludźmi, ponieważ mamy wolną wolę, ponieważ nie ma takiej siły, która mogłaby nam tę wolę odebrać.

A ja chciałbym odwiedzić Twoją ziemię, posmakować owoców z Twoich drzew, chciałbym, abyś pokazał mi najcenniejsze dzieła sztuki stworzone przez Twoich braci, Twoich przodków, chciałbym dowiedzieć się więcej o kulturze Twojego narodu, o waszych obyczajach; chciałbym z Tobą porozmawiać o poezji, przeżyć misterium słuchając muzyki, która rozbrzmiewa w Twoim sercu.
Chciałbym móc przyjąć Cię w swoim domu i ugościć Cię zgodnie z moją tradycją i kulturą; pokazać Ci mój kraj, szanując Twoje zwyczaje i wiedząc, że Ty szanujesz moje podarować Ci miejsce przy moim stole.

Ale na razie jest jak jest.
Na razie będziemy się zabijać.
Nasze ziemie będą piły krew.
Ogrody zdziczeją.

Szkoda…

Myśl w ruch wprawiona słowem, zaprawiona ciszą

Choćby i milion lat, to przecież nie wieczność.
Jakże ma przetrwać słowo wobec bezwzględności?

Pisze się tu i teraz, dla tych, którzy teraz i tu,
i tych co za chwilę, i tych co na morzu.

Dla tych paru słów, których nie przeczyta
przyszła małpa, rosomak, karaluch, krytyk i poeta.

Serfując na fali grawitacyjnej

Nauczyliśmy się obserwować przeszłość,
rozdzielać miliardy lat na miliardowe części sekundy.
Mamy stosowne narzędzia, wiedzę i wyobraźnię.
Doszliśmy do tego wszystkiego na drodze prób i błędów.
W wyniku ewolucji pozbyliśmy się skrzeli, płetw i piór.

Zdumiewa mnie fakt, że mimo naszej doskonałości
wciąż piłujemy gałąź, na której siedzimy.
I to, jak niezłomnie powtarzamy swoje własne grzechy.

Być może za sprawą upartej wiary w boskie przebaczenie,
albo fal przyboju ciskającego nas o skały niepewności.