Archiwa

Rozczarowanie

Wszystko było zaplanowane: nawet kwiaty w ogrodzie
rosły według planu i zaplanowany kot wygrzewał się
w słońcu, które według tego, co ustalone, ogrzewały
zaplanowane godziny popołudniowej sjesty.

W sukni wymarzonej stała się żoną męża, który
według planów miał osiągnąć sukces na miarę sukcesji;
ściany domu były pałacowe, a okna strzeliste
jak w katedrze, w pokoju, po obu stronach kominka,
dwa portrety zaplanowanych dzieci –
w prawie identycznych bluzeczkach,
z prawie identycznym uśmiechem,
radosnym ognikiem w prawie błękitnych oczach.

Wszystko było zaplanowane poza tym,
że czasami nic nie idzie według planu
już na etapie gamet.

Rutyna

Wszystkie te małe, codzienne śmierci
są takie bezużyteczne, że aż niewłaściwe się staje
ich odnotowywanie.
A jednak z kronikarskiego obowiązku
i niejako z zamiłowania do różnych podsumowań
odnotowuję.

Ponieważ odnotowuję na marginesie
spraw naprawdę ważnych – trzeba wyrzucić śmieci,
nim zaczną śmierdzieć
– to na imiona i nazwiska
nie ma miejsca, nie mówiąc o twarzach
i osobistych historiach stojących za statystykami.

Potem wyłączam telewizor, zabieram psa
na ostatni spacer, wyrzucam te śmieci,
patrzę w gwiazdy, a pies
obwąchuje jak co dzień ten sam kamień.

Demiurg

Nie podchodzę do okna, nie poruszam firanką.
Nie zapalam światła, ani papierosa.
Staję w bezpiecznej odległości w moim bezpiecznym pokoju
i obserwuję.

A wy widzicie jedynie moje psy,
które na was spuściłem.
Strzegą mojej strony ulicy,
szczerzą kły.

Wasze są piosenki, wasze są okrzyki.
Wasze transparenty są transparentne.

Okna są dźwiękoszczelne.
Oglądam niemy film.
Jakby to było kiedyś, nie teraz.
I takie szlachetnie czarno-białe.
I takie komiczne, myślę sobie,
takie trochę nierealne.

Utoczę wam trochę koloru.

Niedobór

Lata składają się z niedoborów.
Najpierw brakuje lat do dorosłości,
potem brakuje czasu.
Wkrótce braknie i mnie.

Taki mały niedobór nie zmieni niczego
w ogólnym postrzeganiu rzeczywistości.
Co innego, gdyby zniknęło słońce.
Albo miłość.

Biegnę

Wtorki odchodzą w niepamięć bezszelestnie.
Dołączają do poniedziałków i niedziel.
Spotykają soboty, czwartki i piątki.
Dzisiaj jest środa, ale i ona nie jest bezpieczna.
Kolejna kartka w książce o zmarnowanym życiu.

Przeglądam spis treści i coś mi się przypomina.
Otwieram tam, gdzie zagięty róg.
Pewnie to coś ważnego, ale nie wiem.
Jeszcze nie nauczyłem się chodzić.

Mija północ. Środy odchodzą w niepamięć.
Z łoskotem.

Alter ego

Zatem to prawda, że nic wyjątkowego
ci się nie przydarzy. Nie będziesz
mędrcem, świętym nie zostaniesz.
Nie gronostaje, ale zwykłe ciuchy,
zamiast korony cierniowej, czy złotej
gołą masz głowę i próżne twe chęci.
Nie będziesz Hiobem, Judaszem nie będziesz,
nikim z ostatnich, czy z pierwszych
stron gazet.

Może i dobrze, że tak się układa –
nieułożone, chaotyczne, gorzkie –
życie, jak snopek pszenicy, bądź żyta –
może to wcale nie jest tak żałosne –
może potrzebna jest ta chwila cicha –
może to dobrze, albo nienajgorzej?

Milczysz. Dlaczegoś zdziwiony?
To twoje życie przegląda się w śmierci,
w lustrze, lub księdze – bez istotnej treści.

Refleksja

– Nie można umieć na 100%. Człowiek pobieżny, uważający się za erudycyjnego macho, popełnia śmiertelny grzech pychy, ma skażone, toksyczne, ograniczone pole manewru, dysponuje chybotliwym zestawem argumentów, które są w zasadzie słuszne, niejako właściwe i ogólnie wyznawane, dopóki nie trzaśnie się w łeb i nie odkryje nowych.

Im mniej wie, tym łatwiej mu lawirować pomiędzy interpretacjami. Orientuje się co prawda, że komuś biją dzwony, lecz co to za powód do dumy, skoro nie zna ich znaczenia dla samotności dzwonnika, ma blade rozeznanie o jego rodzinie i jeszcze skromniejsze pojęcie o ilości spróchniałych schodów prowadzących na wieżę, gdzie mieszka, nie mówiąc o ewolucji ludwisarstwa w Kolumbii.

Lecz kiedy już nareszcie przekopał się przez encyklopedyczną wiedzę o kraju, skąd bije dzwon, i gdy stał się niekwestionowanym erudytą w temacie „Kolumbia”, jedzie po mapie spłoszonym wzrokiem i widzi, że tuż obok rozciąga się Wenezuela, jego następna, rozdzwoniona ignorancja, kolejna przestrzeń nasycona sidłami dylematów, przestrzeń w której dzwony stanowią ledwie szczyt góry lodowej, bo oto pojawiają się przed nim dodatkowe, towarzyszące zagadnienia związane z dziejami metalurgii podczas wypraw krzyżowych.

A gdy przebrnął przez problemy związane z dzwonami, dowiaduje się, że w Hiszpanii, krainie byków i Picassa, też jest co nieco do przyswojenia i tam też można popisać się nieuctwem.

Surmy jesienne

Gdybyś mógł zobaczyć, ślepcze, połoniny…

Dla ciebie tylko pełne nienawiści spojrzenia winnych;
dla ciebie tylko wrogowie, komuchy;
dla ciebie tylko bóg-honor-ojczyzna;
dla ciebie blizny przeszłości i jutrzenka wodza;
dla ciebie dzwony biją i ryczą trąby bojowe;

A tymczasem podludzie rosą w siłę jak podgrzybki.
Jesień zapowiada się pięknie.

Bang-bang

Wieczność to tyle, co bang-bang.
To właściwie jedynie ten myślnik.

Kawałek prostej, po której poruszamy się sprintem.
Mijamy rzeczy stworzone na wieczność,
zostawiamy ślady stworzone na wieczność.

Kochamy, nienawidzimy, cierpimy, radujemy się.
Bang-bang.

OBSTALUNEK

Przez długi czas nie mogłem rozgryźć sprawy; krążyłem wokół niej i nic mi nie przychodziło do głowy. Byłem zawiedziony, bo kiedyś zajmował stanowisko zbliżone do mojego. Nie takie samo, lecz porównywalne: wówczas wyrzucał z siebie heterogeniczne sądy, burzycielskie mniemania, wtedy coś nas łączyło, choćby wspólna membrana. Mogliśmy przerzucać się tożsamymi przekonaniami, a nasze nocne dyskusje kończyły się, zanim na dobre zaczęły, bo o czym mieliśmy gadać, gdy oboje zachwycaliśmy się tymi samymi książkami, lekturą wymagającą skupienia, dokładnego obeznania w dziejach literackiej ciągłości, w ich przypływach i odpływach, nawrotach i poniechaniach, w tej wibracji znaczeń falującej od czasów najdalszych po obecne: niezależnie od nas, prawie legendarnie.

Byłem rozczarowany jego zmianą, bo przecież dawniej wierzyliśmy razem, ufaliśmy sobie, zakładaliśmy wspólne pisanie, jednak nic z tego nie wyszło, bo nasze kontakty i myślowe drogi straciły sens: rozjechaliśmy się, on szukać pracy w pobliskiej, większej dziurze z perspektywami, ja wyruszyłem w oczadziałą pogoń za początkującą, lecz już zmanierowaną poetką, za dziewczyną mimo to niepodobną do innych.

Na próżno łaziłem za nią trop w trop, starałem się jej przypodobać, wkraść w łaski, postępować tak, by zwróciła na mnie uwagę. Zrazu planowałem zostać jej totumfackim, niegroźnym dworzaninem, by później, gdy już oswoi się ze mną, gdy przywyknie i zacznie mnie tolerować, tym śmielej wejść w sam środek otaczającego ją wianuszka przyszłych luminarzy, zwyczajnych megalomanów przekonanych o swojej niepowtarzalności, siedzieć z nimi w kawiarni, pić espresso wśród ożywionych dysput.

Bez powodzenia; traktowała mnie z góry. A choć na prawo i lewo serwowałem aprobujące uśmiechy i potakiwania, to przymilające się wysiłki, jakieś natrętno-nieśmiałe próby zasygnalizowania obecności, wszystkie te mimiczne wtręty spełzały na niczym, odnosiłem więc wrażenie, iż między tymi bufonami sterczę na doczepkę: jak persona non grata, drewniany kołek lub niepotrzebny mebel.

*

Niekiedy korespondowaliśmy, przebijaliśmy się niepowodzeniami, donosiliśmy sobie, co i jak, on pisał, że mu ciężko, że tyra za trzech, a zarabia ledwie na połówkę bez korniszona, ja, że nic się nie dzieje i nie ma o czym gadać. Nic o czytaniu, gasnącej i systematycznie odwlekającej się przyszłości arcydzieł, jakby te tematy przestawały być dla nas ważne. I fakt: przestawały. Mnie, odepchniętego przez poetkę, rzuciło w stronę felietonowego przekomarzania, w zbieranie owoców podróży po sobie, w częste przebywanie poza domem, spędzanie czasu w delegacjach, hotelach i na walizkach, w poznawanie tego i owego, bez robienia romantycznych planów; spontanicznie, ad hoc.

Z nim natomiast stało się inaczej: gdy w trakcie jednej z delegacji odwiedziłem go, zauważyłem, że utknął w codzienności namiętnych intryg. W końcu zamarzyły mu się domowe obiadki, zapolował na coś przyziemnego, lecz urodziwego do leżakowania, a po dokonaniu technicznego przeglądu awaryjnych bab, wybrał najmniej szkaradną i ochajtnął się po kryjomu. W wyniku czego wyłysiał na intelekcie, bo od kiedy przestał być singlem, zapadł się w sobie: a to rozwodził się o szefie, a to przeszkadzała mu słona zupa i tak drałował po nieszczęściach uciekając w milczenie, w kontemplacyjną ciszę, w symulowanie, że jest szczęśliwy do bólu.

A ostatniego dnia, kiedy żegnaliśmy się i wyglądało na to, że rozmawiamy po raz ostatni, powiedział: wybacz, ale choć śledzę, co publikujesz, to sądzę, że tak się nie mówi! tego się nie czyta! Za dużo belferskich wytyków, dydaktycznego wyposażenia w postaci wskaźnika, poziomicy, suwmiarki, cyrkla i linijki do bicia po łapkach.

Dodał, że jak już piszę te swoje smęty, choćby o upadku kultury, to powinienem zaznaczyć, o jakiej kulturze mowa, lokalnej czy zagranicznej, powinienem zejść na ziemię i nudzić prościej, bo kiedy mnie sylabizuje, to mu się kitwaszą pojęcia z wyobrażeniami; nigdy nie wie, czy bredzę na serio, lub czy dworuję z niego i jak ma stwierdzić, com spłodził: operetkowy dramat, powiastkę dla niewidomych okulistów, no i komu to plaży, dla kogo bajtluję i czy mnie podniecają ciemne strony życia.

Poza tym wytknął mi, że stosuję za dużo metafor i słów nawalonego pochodzenia, uprawiam głównie żonglerkę, językowe zbytki, barokowe pląsy, a na dodatek używam przedawnionych fraz, które są ni w pięć ni w dziewięć, co przyzna większość literatów. Jak chcesz, to pisz tą metodą, ale nie narzucaj jej innym. Bez urazy, dorzucił, może komuś podchodzą tego typu wolne numery, lecz na ogół jest to nudziarstwo bez przyszłości i głębszej wymowy. Im prędzej dam sobie siana i przejdę na owies, tym łacniej przyjdzie mi się uporać z faktem, że na własne życzenie skazałem się na frustrację und brak zrozumienia.

Udzielił mi też rady, bym przestał nawijać furt o cierpieniach i rozterkach, bo to go dołuje, nie ma ochoty myśleć o nich, a ja na grandę wpycham mu te poparzone refleksje, zmuszam do niewczesnych namysłów, gdyż jak po dniu przy tokarce siada do lektury, to nie chce mordować sobie pały jakimiś przekwitami formy, supozycjami, niuansami, egzystencjalnymi anoreksjami, tylko od razu i konkretnie pragnie mieć jasność, o co biega, tak, a tak, tu poszedł, tam zaszedł, bez opisów przyrody i humanitarnych ściem, kawa na ławę. Domaga się precyzyjnego określenia sytuacji: jakiejś instrukcji zachowania, totalnej podpowiedzi, ma płakać czy śmiać się jak zombie nad trumną.

Czego ode mnie oczekuje? Mam mu spłodzić jakiś poczciwy kawałek do trusiania. Dla odmiany coś przyjemnego i niech to będzie dla wagonowych ludzi. To ich kręci, tego chcą w obiad, na kolację i zamiast mleczka do kawy. A nie wzniosłych bajań o skomplikowanej rzeczywistości. Chcą wytchnienia, zapomnienia o Bożym półświatku. Ich marzenie, to uchachać się po całości bo kiedy od bladego świtu muszą zasuwać przy taśmie, kiedy od upojnego rana wiedzą, że znów czeka ich kieracik, to ani sił, ani ochoty nie mają na intelektualne brandzlowanie powietrza.

Ja na to, że już Feynman rzekł: `Bardzo łatwo krytykować to, co ktoś już zrobił i wyrokować, co powinien był zrobić.` I, wystaw sobie, miał cholerną rację, gdyż dzieło literackie nie jest szczegółowym raportem policyjnym, a tekściarz nie pełni w nim roli stójkowego, protokolanta czy nawigatora. Nie ma przepisu, by autor podawał wszystko „na tacy”, wtykał czytelnikowi namiary na prawidłowe pojmowanie treści łącznie z numerem kołnierzyka i gabarytami stanika: musi zostawić mu jakiś niełopatologiczny margines, uwierzyć, zaufać, że ma wyobraźnię zdolną do samodzielnego rozszyfrowania utworu.

Jednocześnie przyznałem mu częściową słuszność, a mianowicie powiedziałem, że skoro klient ma zawsze rację, to trudno i darmo, niech będzie, co ma być, wezmę problem na klatę i jako firma usługowa postaram się dostrzec, co można z tym fantem zrobić. Zatem kiedy odwiedziły mnie transy i olśnienia, nadałem sprawie bieg: z impetem staranowałem klawiaturę i na ośle pożyczonym od Muzy pojechałem po bandzie: wybabuliłem telegraficzne zdanie. Układne, swobodne, oczyszczone z refleksji, niemędzące i na zawziętym luzie. A zachęcony jego lakonicznością, poszedłem za ciosem i strumień krótkich zdań przekolebał mi się z globusa na ekran.

Były zgodne z jego zamówieniem: na golasa i zrozpaczone niczym podmiot wyzuty z orzeczenia; bez przydawek, wolne od opisów przyrody, wartkie i potoczyste jak bobslejowa jazda bez trzymanki. Byłem dla siebie pełen podziwu, bo ów tak byczo rozpoczęty wątek – zresocjalizował się, odmienił, a pod moim oszalałym palcem nabrał cech zerojedynkowych. Ale już po pierwszym jego akapicie straciłem zapał do dalszego sztrykowania: oblazły mnie poprzednie wątpliwości, bo choć czytelnik mógł być wreszcie usatysfakcjonowany, to mnie zemdliło.

Non est me ridere

Nie rozśmieszaj mnie, boże, mówiąc, że masz plan na moje życie.
Nie po to dałeś mi wolę, abym teraz miał zrezygnować.
Bo moje życie jest w moich rękach.

Niestety.

List do…

Drogi Dżihadysto,

Nie zabijemy wszystkich Twoich braci, kobiet i dzieci. I ty nie zabijesz wszystkich nas.
Możemy ciągnąć tę grę odbierając sobie poczucie bezpieczeństwa i godności, możemy żywić się nadzieją zwycięstwa, chwały, możemy wzajemnie się oskarżać. Możemy zamieniać człowieczeństwo w zezwierzęcenie, miłość w nienawiść i życie w śmierć. Wszystko to możemy, ponieważ jesteśmy ludźmi, ponieważ mamy wolną wolę, ponieważ nie ma takiej siły, która mogłaby nam tę wolę odebrać.

A ja chciałbym odwiedzić Twoją ziemię, posmakować owoców z Twoich drzew, chciałbym, abyś pokazał mi najcenniejsze dzieła sztuki stworzone przez Twoich braci, Twoich przodków, chciałbym dowiedzieć się więcej o kulturze Twojego narodu, o waszych obyczajach; chciałbym z Tobą porozmawiać o poezji, przeżyć misterium słuchając muzyki, która rozbrzmiewa w Twoim sercu.
Chciałbym móc przyjąć Cię w swoim domu i ugościć Cię zgodnie z moją tradycją i kulturą; pokazać Ci mój kraj, szanując Twoje zwyczaje i wiedząc, że Ty szanujesz moje podarować Ci miejsce przy moim stole.

Ale na razie jest jak jest.
Na razie będziemy się zabijać.
Nasze ziemie będą piły krew.
Ogrody zdziczeją.

Szkoda…