Archiwa

Na imię ci Orzech

Byłaś taka jak dłoń, trochę większa może,
a potem rosły twoje buty i sukienki.
Teraz jesteś drzewem, na imię ci Orzech –
Z zewnątrz twardy, w środku zaś miękki.

Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.

Rosły twoje sukienki i buty przez lata,
potem zmieniały kolor włosy i paznokcie.
Marny ze mnie był ojciec, jeszcze gorszy tata,
świat Cię dopadł z zabójczą miłością.

Zawsze, maleńka, taka moja
Dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka,
i więcej jeszcze rzeczy może.
Ja jestem drzewem, lecz Ty –
tobie na imię Orzech.

Nie ocalilem cię, dzięki tobie żyłem.
Byłaś moim lustrem, zaklęciem, przeklęciem.
Byłaś przy mnie kiedy trochę dużo piłem,
sklejałaś w mym obrazie najmniejsze pęknięcie.

Zawsze, maleńka, taka moja
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.

Teraz, gdy noc idzie ciemna i deszczowa,
w serce nocy jak najgłębiej popatrz.
Dojrzyj co się w sercu nocy chowa.
Słyszysz? To wiatr tak zawodzi, nie płacz.

Zawsze, maleńka, taka moja
Dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka,
i więcej jeszcze rzeczy może.
Ja jestem drzewem, lecz Ty –
tobie na imię Orzech.

W najczarniejszym korytarzu świata,
w najjaśniejszym zakamarku słońca,
jeśli zechcesz będzie tam twój… ja.
Będę bez końca…

Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.
Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka.
Zawsze, maleńka, taka moja,
dla Ciebie ta piosenka, ta sukienka…

Ocal

Odpływa łódź od brzegów rzeki Styks,
pies Cerber groźnie szczerzy żółte kły.
W ustach mam obole dwa i więcej nic
nie trzeba mi, nie trzeba mi lecz Ty

zabierz mój cień i ślady moich rąk
z rzeczy i ksiąg, ze sobą zabierz miła.
Najdalej zabierz stąd,
od śmierci wybaw.

Księżyc bolesny zamienia się dziś w nów.
Robi się ciemno, milknie cisza nade mną.
Mrok pochłania ostatnie z moich słów.
Ty, miła, do światła zabierz ciemność.

Zabierz mój cień i ślady moich ust,
z dłoni i z warg, ze sobą zabierz miła.
Byłem jak Swan, lub nawet Proust –
Odetto moja, żono, wybacz.

Zbyt długo się wahałem zamiast brać
ten herbatnik życia na jeden krótki gryz.
Nie było mnie na więcej, na więcej stać.
Teraz nie mam już nic, zupełnie nic.

Oprócz Ciebie, miła – zabierz mój cień,
ze sobą zabierz, najlepiej do światła.
W nowy zabierz mnie dzień,
by nadzieja, by ta iskra nie zgasła.

Tête-à-tête

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
Przebiegłem przez las z zamkniętymi oczami.
Czy to życie, czy świat, czy to mi się śniło,
i czym było to coś, co nazywali snami?

Z zamkniętymi oczami,
z zamkniętymi sercami,
z zaciśniętymi ustami.
Sami, sami, sami.

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
Dostałem to życie na krótkie tête-à-tête.
I tak sobie trwało, czasem było nawet miło,
Było mi na rękę, a czasem było mi wbrew.

Z zamkniętymi oczami,
z zaciśniętymi ustami,
z sercami na dłoni,
czas goni, czas goni.

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
Nagle się urywa ścieżka w ciemnym lesie.
W ciemnym lesie dzikie zwierzę żyło.
Stoję i się boję i strach mój się niesie.

Z zamkniętymi oczami,
z sercami na dłoni,
czas goni, czas goni,
las ze strachu płonie.

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
W lesie jest polana, schroniłem się na niej.
W lesie jest polana, światło ją zrosiło,
serce mi zmroziło i zastygło w kamień.

Z oczami że strachu,
z ustami z kamienia.
Czas goni, czas goni,
kołysze mnie ziemia.

Co mnie uczyniło, czym mnie zastąpiło?
Co mnie zastąpiło, czym mnie uczyniło?
Co mi odebrało, ile dało, ile nie oddało?
Dlaczego tak wiele, czemu aż tak mało?

Ze strachu w tych oczach,
ze strachu w tych ustach.
Czas goni ten postrach,
czasu czara pusta…

Działa na pikniku

– teraz nie bardzo nam pasuje, ale na wiosnę, gdy będą trawy, ruszymy – powiedział niejaki Bohdan Chmielnicki na pytanie o wojnę Kozaków z Polakami. I otóż, mówiąc językiem niesienkiewiczowskim: jak będą sprzyjające okoliczności. Czyli kiedy stepy pokryją się paszą, gdy nastaną odpowiednie klimaty, znaczy się żadne tam srogie deszcze, upały, wiatry niespokojne lub zanadto przenikliwy ziąb, wtedy dokopiemy wrażym synom, że hej.

Zaczerpnęliśmy z jego zachowania całą wymówkową mądrość. Kontentujemy się bohaterskim, acz paruosobowym kucaniem w pobliżu sejmowych zasieków. Z migawkowym oburzeniem, wesoło, acz z umiarkowaną troską, przestępując z nogi na nogę spoglądamy, jak nam złorzeczą i wymachują kijami na „niegrzecznych” przechodniów, jak robią z nami, co chcą. Jak apatycznie przyglądamy się własnej egzekucji.
*
Na pytanie, czym walczyć ze społecznym rakiem, dopowiadam: mamy armaty. Są nimi WIELOMILIONOWE i DŁUGOTRWAŁE PROTESTY, a nie sporadyczne marsze w trakcie majówek. Nieużywane od lat, zardzewiałe na nasze życzenie, parszywieją od jednostronnych i parusekundowych nawoływań o pojednanie.

Powoli zapominamy, do czego służyły. Ludzi pamiętających wojenne czasy, lub czasy walki z komuną jest niewielu, a młodych, przyzwyczajonych do spokoju, wychowanych na internetowej pożywce, nie obchodzą problemy ojców, matek i dziadków, obchodzą natomiast problemy związane z michą. Z przykazaniami obowiązującymi w XXI wieku: żyj najszybciej i bierz z niego najwięcej. Jesteś istotą wyjątkową. Niepowtarzalną. Patrz na nich jak na konkurencję: zimno i cynicznie. Nie oglądaj się na innych. Zwłaszcza kiedy masz przekonanie, że ci inni są od ciebie gorsi.

Obecne pokolenia nie wiedzą, co to wolność, co to demokracja, na czym polega sądowa niezależność. Nie znają historii, o politycznych zawirowaniach, układach i zależnościach też niczego konkretnego nie potrafią powiedzieć, lecz nie jest ich winą, że mamy skandalicznie niski poziom edukacji.

Nie jest ich winą, że nie uczestniczą w śmiesznych demonstracjach. W protestach groteskowych, bo traktowanych jako rodzinny, weekendowy wypad do McDonalda, supermarketu lub na prozaiczne łono miejskiej natury.
I tak niepostrzeżenie obrastamy w tłuszcz samo zachwytu. Gnuśniejemy, nie zdając sobie sprawy, że o wolność należy walczyć bez przerwy na TE DNI.
*
Do rządzących przemawia ogrom sprzeciwu. Jego masowość. Widoczna siła.
Już nie wystarczy pokazać się obok aktora, prezentera, kogokolwiek wyznającego nietłumokowe poglądy, by w Polsce zaszły radykalne zmiany. Już nie możemy sobie pozwolić na żmudne człapanie unijnego prawa zwlekającego z wyrokiem w sprawie TK i SN.

Moim zdaniem kiedy plują, obrażają i leją po mordach, trzeba się bronić, a nie „bawić w godność i subtelność”, które to pojęcia ubezwładniający nas mają w czterech literach. A mają, bo podobnie jak słów: odwaga cywilna i honor – także nie rozumieją.

Przeważnie jesteśmy przesadnie ostrożni z obawy przed utratą swojej dotychczasowej stabilizacji. To nasze wygodne usprawiedliwienie powszechnej apatii. Bezruchu i biernego wyczekiwania na cud.

Wariat śpiewa

Wzór to wzór. Stosuj się stosuj.
Masz być okrągły i będziesz okrągły.
Masz, mieć wykładnię swego losu
i będziesz miał bo to tryb ciągły.
I spełniasz funkcję i będziesz w silni
i sam od siebie się uniewinnisz.

A pod oknem jakiś wariat
śpiewa pieśń nad pieśniami.
Żeśmy wszyscy tacy sami
tylko ściana między nami.
Tak pod oknem śpiewa wariat,
tak pod oknem wariat śpiewa.

Ma tematyka jest matematyczna,
a ma fizyka niezbyt fizyczna.
Bio jest bez logii, a his histerii,
co się zaś tyczy chemii to plemnik,
kod dna choroba jasna, mroczna satrapia,
i pederastia, chemiokastracja, chemioterapia.

A pod oknem jakiś wariat
śpiewa pieśń nad pieśniami.
Żeśmy wszyscy wariatami,
tylko pieśni są pieśniami.
Tak pod oknem śpiewa wariat,
tak pod oknem wariat śpiewa.

Miłość

Spójrzcie, jak nam skarlała,
jak niewiele znaczy
w naszych czasach miłość.
Jak lekko bierze za wieczność chwilę.
Jakie to łatwe dla niej – upaść, broczyć.

Nie jest jak inne uczucia.
Jeśli się budzi, to tylko w obłędzie,
lecz nigdy na trwałe.

Wierność nie wierność –
byle się skulić, przytulić.
Nic dla niej nie znaczy więcej,
niż być musi. To, co istotne,
istotne nie jest nad miarę.
Rozewrzeć nawias ud, wyprężyć
wzwód i unik, zwód,
wytężyć, odprężyć, zmitrężyć.

I już –
jakby ona jedna, jakby
słowo nią się stało.

Lub choćby przez chwilę mogło
pokonać swoją samotność.

Podobno nadciąga potop

Oceany opadają rozproszonymi kaskadami.
Podobno za horyzontem jest bezkresne, błękitne niebo,
ale tutaj, w zasięgu wzroku,
zaciężne chmury w elektrycznym blasku
spiżowieją jak nadąsany bachor.

Drzewa mówią, że wkrótce nadejdzie potop.
Chcą się poderwać do lotu, uciec.

Zbyt wiele ucierpiały od ludzi,
żeby godzić się na kolejną arkę.

Las-nielas

Stoją ludzie, stoją jak las.
I w głowach im szumi,
i szumi im w głowach czas.
A między nimi, kto zrozumie,
szumią jak trawa jakieś słowa.
Jak mowa trawa szumi w tłumie,
w lesie-nielesie, słowa-niesłowa.

Przychodzi taki czas w tym lesie
Że wieje ogień, płonie wiatr
Od traw przez dłonie do głów się niesie:
od śmierci nas Aniele zbaw.

Padają drzewa, które stały
i już nie szumi w głowach czas.
I nie ma traw które śpiewały,
że z ludzi był tu kiedyś las.
I huczy ogień, skrzy się żar
i błyszczą sarnie oczy w nas.
W lesie-nielesie ptaków żal.

Przychodzi taki czas w tym lesie
Że cichnie ogień, gaśnie wiatr.
A w trawach coś zaczyna szeptać:
od śmierci nas Aniele zbaw.

A potem nagle wybuchają
z młodych gałęzi pąki głów.
Zielenią się i zachwycają
i w las-nielas wrastają znów.
I śpiewa pieśń trawa-nietrawa
i wciąż od nowa mowa-niemowa,
i się nadzieja budzi w głowach.

A w trawach coś zaczyna krzyczeć:
jesteśmy jak ten młody Bóg!
Lecz przyjdzie czas, że znów las spłonie
Od ognia głów i żaru słów.

Na raz, na dwa, na trzy…

Jutro wyrosną mi skrzydła,
jutro polecę do słońca,
a jeśli mnie słońce oślepi,
to nie zobaczę końca.
A jeśli mnie słońce ogrzeje
i nic mi się więcej nie stanie,
to wtedy w głos się zaśmieję,
ze słońcem ruszę w taniec!

Na raz, na dwa, na trzy,
słońce i ja i Ty!
Za cały smutek nasz –
śmierci śmieję się w twarz!

Ale teraz ciemność się skrada –
na palcach, po cichu, powoli.
W ciemności czai się zdrada,
a zdrada najbardziej boli.
Jak to się stało, powiedz,
że mnie zdradziłeś, ciało?
Czego zabrakło tobie,
czego było ci mało?

Na raz, na dwa, na trzy,
słońce i ja i Ty!
Za cały smutek nasz –
śmierć śmieje mi się w twarz!

Lepsze dzisiaj

Zważ się, odnajdź miarę, wzorzec, schemat.
Wszystkie grzechy, wady skazy.
Zobacz czego brak ci, czego nie masz,
czy więzienie to, czy może azyl?

Czy to ciało, w którym żyjesz,
czy to życie w twoim ciele?
Ile Ciebie się w nim kryje,
ile Boga w boskim dziele?

Powiedz, że znalazłeś nadmiar siły,
że wystarczy jej do życia,
że pompując z krwią w swe żyły
jutro będzie lepszym dzisiaj.

Czy to ciało, w którym żyjesz,
czy to życie w twoim ciele?
Ile prawdy się w nim kryje,
ile kłamstwa w diablim dziele?

Zmierz się, odnajdź wagę ważnych rzeczy.
Dotknij tych największych wyzwań,
miej odwagę, aby słowom złym zaprzeczyć.
(Jeszcze większą by do błędu móc się przyznać.)

Czy to ciało, w którym żyjesz,
czy to życie w twoim ciele?
Ile życia się w nim kryje,
ile śmierci się w nim ściele?

Bądź najlepszą wersją Boga,
miłościwym darem diabła,
pierwszym i ostatnim słowem,
wężem i zerwaniem jabłka.

Nierozważnie

Ma swoje pięć minut najczarniejsza godzina –
bluszczy się, powoi cieniem po ścianie,
oplata ramionami ciemności, napina,
pochłania swoje sekundy, gnie się i ginie.

Wkrótce zostaje po niej i po mnie
garść mała rzeczy nieważnych,
które powoli zapomnisz –
nierozważnie.

Kto nie próbował pokonać mocarza niemocy,
trudno żeby mógł zwyciężyć że sobą.
Nim dojrzeje do śmierci, jak do nocy,
nim z pąku w kwiat, z kwiatu pęknie w owoc.

Wkrótce zostanie po nim i po mnie
garść mała rzeczy nieważnych.
Powoli o mnie zapomni
każda i każdy.

Zmieści się w zdaniu ostatnim całe miasto:
zapszczelą się ule ulic, ruszą w ruch kamienice.
W lawinie ruin runie co z żywą żyło pasją,
pośmiertne medale biją już nocy mennice.

Wkrótce ustanie ruch, bezruch i cisza –
garść mała rzeczy nieważnych,
o których zechcesz zapomnieć –
tak nierozważnie.

Dziś jestem Kain, jutro jestem Abel

Zamarzam jak się zamarza – niespiesznie.
W żyłach lód tworzy katarakty, zapory.
Wszystko zwalnia i jest niedorzecznie,
absurdalnie – jak bywa wieczorem.

Gasną światła i gaśnie słów tajemnica
na ostatnim piętrze umarłej Wieży Babel.
W korytarzach cień ciszy sie ślizga –
dziś jestem Kain, jutro jestem Abel.

W galerii luster powieszonych równo
śpią wszystkie twarze zapomniane dawno.
A kiedy chmurną lęk rozdziera północ
przyszłość woalem twarz zasłania czarnym.

Gdy gasną światła i słów tajne treści
na ostatnim piętrze umarłej Wieży Babel –
w korytarzach cień krzyczy z boleści,
bo dziś jestem Kain, jutro jestem Abel.

Nie czuję dłoni i nie czuję światła.
Już nie dotykam gwiazd, ani księżyca.
Nad nocą czuwa ciemność w kandelabrach,
a nad ciemnością się unosi cisza.

I tylko światła i słów tajnych zwoje
na ostatnim piętrze umarłej Wieży Babel.
W korytarzach cień rzuca boleść,
bo dziś jestem Kain, jutro jestem Abel.