Archiwa

Izolatka

Między rzeczywistością szpitalną,
czyli miejscem, w którym lekarze
robią co mogą, a pacjenci
przychodzą i odchodzą,
a światem zewnętrznym,
czyli miejscem, w którym ludzie
robią co chcą, albo nic sobie nie robią
i nie wiedzą już co jest ważne,
jest wąska szczelina,
w której jestem ja.

Od obu rzeczywistości oddzielają mnie

szyby. Patrzę.
Poruszam się w mojej szczelinie.
Docierają do mnie obrazy zza szyb.
I dźwięki. Dość szczelnie mi tu jest.
Lecz do cie ra ją do mnie. Powoli

staję się.

Cześć niepamięci

Mendno polska, szefie, kolego z pracy,
przechodniu przez park po godzinach czuwania,
obleśny polityku, dziwko dziennikarska,
kaczko przyzwoitości na falach dumania
i ty, mickiewiczowsko-smarzowszczowska
beznadziejna chwało…

Osobna kategorio ludzi,
mających być nago, chodząca w purpurze,
wy, którzy na tacy ważycie złote serce,
a kiedy w wonne wzięte wasze ręce
staje się najmarniejszym guanem;
którzy za wzór cnót
ostatnie uczyniliście innym
sprzedajność, marność, zakłamanie.
Wy, nadzwyczajny klubie,
z choreografią spotkań, osobnym językiem,
z penisami sterczącymi na każdą pogodę,
z frazesem, freskiem, fraszką, fularesem,
z jednym okiem otwartym, a drugim zamkniętym,
z jedną ręką na wwschodzie,
a z drugą na wzwodzie…

Niech wam jaja z korzeniami wyrwie.
Niech wam oczy zajdą wybroczyną mroczną.
Niech wam nikt prawdy ni kłamstwa nie powie.
Niech wam żołądki się zwiną krwią, spermą i silną.
Niech wam dzieci i żony mchem porosną, gliną.
Niech wam więcej nie stanie przed oczami cud

bosych stóp, nie większych niż dłoń.
I nie zabrzmi wam dźwięk tej piosenki.
Niech wam wschodów i zachodów,
nowiów i pełni poskąpi dobry Bóg.
A na koniec, żebyście piołun nie miód.
I z tym posmakiem goryczy
żebyście wreszcie-nareszcie zrozumieli jak bardzo,
wręcz namacalne, strukturalnie, dogłębnie,
jak u jakiegoś Kanta czy Freuda,
albo zupełnie płytko, jak płytkie czasami
bywają morza-niemorza – żebyście to,
do kurwynędzyniebieskiej, pojęli jak dziecko:
jak bardzo jesteście nikim, jak małym,
jak bardzo małym człowiekiem z dość okrutnie
śmierdzącym oddechem,
z nie dość dogłębną bruzdą na czole,
zawzietą gębą, zaciśniętymi zębami pitbula,
z mentalnością szczura, karaluchy, odpornego
na napalm i filipiki zwyczajnego, pospolutego gnoja.
Jak bardzo-bardzo jesteście mi nikim.

Choć niewiele potrzeba rzeczy, słów,
by przychylność niebieskich stała nam otworem wrót,
to w całym waszym niepojęciu cnót
wyższych niż melodyjne pierdnięcie żuczka gnojnika,
obraz lasu wam się zaciera, drzewo znika.

Toczcie swą kulkę, poeci od A do Zet,
popychajcie rozdwojonym językiem
podstarzałe stylistki, ropuszki,
otoczone bańką narkolepsji idiotki.
Wciskajcie mądrość ludową w walce
o najszybsze palce, o wizję jedynie słuszną,
o całą waszą kulki wartą prawdę.

Cześć niepamięci!
Potem order, puszczone oczko, jakiś pomnik
i gówno…

Martusia

Jechałem szukając jej pokoju. W kącie jednego z nich dostrzegłem siwą i pomarszczoną Martusię. Leżała w dziesięcioosobowej komnacie zgrzybiałych piękności.

Zajmowała miejsce tuż przy oknie wybałuszonym na ulicę. Dzięki temu była właścicielką połowy parapetu.

Trzymała na nim dorobek swojego życia, sfatygowane radio, paczkę pampersów, wytłamszony batonik i dwie puszki z czymś słodkim na niedzielę. Pozostały dobytek chowała do szafki.

A właściwie – chowano za nią, gdyż nie opuszczała łóżka. Obok niego znajdowało się krzesło.

W pierwszej chwili nie miałem pojęcia, co zrobić. Skonsternowany, podjechałem do niej i przedstawiłem się. Przypomniałem, skąd się wziąłem, powiedziałem, że znamy się od dawna, jesteśmy spokrewnieni przez nasze Matki, że bawiliśmy się u dziadków, a teraz wpadłem do niej po drodze.

Lecz nie spotkałem się ze spodziewaną reakcją; patrzyła na mnie apatycznie, jakbym był częścią pejzażu.

Nie dawało się nawiązać z nią porozumienia. Dawniej elokwentna, roztropna i wesoła, teraz nie poznawała mnie.

Moje widzenie świata pozostało takie jak wczoraj, podczas gdy jej zmieniało się bez przerwy. Z minuty na minutę zmieniało się poprzez wrażenia, poprzez doznania odzwierciedlone rysunkiem jej twarzy.

Obca i nieuchwytna, prowadziła ze mną nie jesienną, ale zimową lub letnią, wyciszoną rozmowę, jak gdyby milczała do mnie i za mnie, jak gdyby wyręczając mnie, wiodła ze mną bezdźwięczną dyskusję z przeszłością.

Jedno odległe zdarzenie rodziło następne, zaś ja, głaszcząc ją i widząc w jej twarzy wysiłek, byłem z nią zalewie duchowo. Istniała tylko w swoich przeżyciach, wśród kwiatów i pąków, podczas gdy ja znajdowałem się w zupełnie innym wszechświecie. Nie w otoczeniu kwiatów, ale w ich owocach, nie w urojonych tęsknotach i fantazji, ale w codzienności.

A kiedy zdarzało mi się ją dogonić i zrównać z nią, kryła się już w innej porze myślenia i znowu była ode mnie za daleko. Wpatrzona w gałęzie drzew pobliskiego parku, kiwała się to w przód, to w tył; z nagłym, mechanicznym obrotem; przypatrywała mi się badawczo, podejrzliwie, zapytując się wzrokiem, kim jest odwiedzający ją pan, a będąc wyłącznie ze sobą, znalazła się w czasie tak niepojętym i niedostępnym dla mnie, że siedząc przy jej łóżku, wolałem nie dzielić się z nią swoimi wspomnieniami: pragnąłem porozmawiać z Bossem i oznajmić mu, że zabieram ją do domu.

Niekulturalnie o kulturze

Czytajmy, bądźmy zorientowani w otaczającej rzeczywistości, bo tylko wtedy dyskusja będzie miała sens, tylko wówczas nie stanie się kolejną słowną przepychanką: zbiorem emocjonalnych obertasów! Czytajmy, pogłębiamy wiedzę, ale nie tą uproszczoną, czerpaną z demagogicznego mędrkowania, gołosłownych pochrząkiwań i zaściankowych uprzedzeń, tylko tą, która wywodzi się ze sprawdzonych źródeł, z wieloletnich badań i realnych doświadczeń, opisów sporządzonych przez ludzi takich, jak Malinowski, Kapuściński, czy Ciechanowski, naukowców, historyków, reportażystów o ugruntowanej renomie.

Niestety, na temat historii lub kultury w mentalnościowo odmiennych krajach wypowiadają się ludzie, którzy zaledwie otarli się o PROBLEM; ich namaszczona i niepodważalna wiedza o stanie duszy człowieka z Afryki lub państw Bliskiego Wschodu jest tak samo przenikliwa, jak wiedza polskiego faszysty o patriotyzmie. Nic dziwnego: współczesny człowiek skazany jest na medialne uproszczenia, na ustawiczne bombardowanie tendencyjną papką podawaną mu w zależności od przekaźnika. Zazwyczaj są tu surogaty masowej wiedzy, a że nie wszystkim uśmiecha się weryfikacja tych uproszczeń – u źródeł, większość zadowala się plotkami, pogłoskami, zapatrywaniami powielanymi mechanicznie. I ta poznawcza inercja ma duży wpływ na częstotliwość popełnianych przez nas błędów.
*
Zacznę od zgubnego nałogu. Jesteśmy przyzwyczajeni do uważania, że tylko Europa ma kulturę, a reszta kontynentów potworzyła jakieś namiastki. Stąd antycypacja: wszelkie inne są gorsze, niewarte poznania, prymitywne kadłuby, karykaturalne twory, przypadkowe zlepki; nie to, co nasza, górująca nad resztą, w związku z czym uprawniona do rozszerzania się po całym świecie.

A przecież wiadomo, że wszystko, czego nie znamy, jest obce, a przez to wrogie. Pisał już o tym Herodot, ale to jego spostrzeżenie jeszcze nie dojechało do zalęknionych umysłów współczesnych ludzi; ciągle jesteśmy na aroganckim etapie rutynowanych przeświadczeń o swojej doskonałości.

Maria Janion w książce Niesamowita Słowiańszczyzna (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 221.) powiada: „Jeśli mierzyć kulturę umiejętnością czytania i pisania rozpowszechnioną wśród mieszkańców (nie kleru), to trzeba przyznać kręgowi bizantyńsko-słowiańskiemu znacznie wyższe kwalifikacje niż Zachodowi.”
O kulturowym współistnieniu pisał Malinowski, a w jego antropologicznych tekstach nie ma miejsca na ich dzielenie, wyodrębnianie lepszych od gorszych, nie ma nawoływania do wycinania innych w pień i narzucania własnej.

W każdej z pięciu części refleksyjnej książki o wspólnym tytule Lapidaria, jej autor, Ryszard Kapuściński, zwraca uwagę na bezpodstawne przekonanie o przewadze kultury europejskiej nad pozostałymi. W innych książkach, choćby w Rwącym nurcie historii, czyni analogicznie, trudno więc fakty te przeoczyć.
Mówi też o konflikcie Islamu Z Chrześcijaństwem, o niemożności jakiegokolwiek porozumienia. Pisze o znikomym procencie terrorystów w przeszło miliardowej grupie wyznawców tej religii. Zwraca uwagę, że zjawisko terroryzmu w państwach afrykańskich nie występuje, a jest w państwach arabskich. Zwłaszcza w Iraku, Afganistanie, Syrii.

Islam, co trzeba zaakcentować, jest młodszy od Chrześcijaństwa o siedemset lat. O ile Chrześcijaństwo ulegało reformatorskim przetworzeniom, to Islam jest pod tym względem nieugięcie konserwatywny; choć zmieniły się czasy, nadal kurczowo trzyma się skostniałych przepisów koranicznych i zdecydowanie odrzuca asymilację.
*
Arbitralne wytyczenie sztucznych granic pomiędzy krajami poddanymi kolonizowaniu, zaowocowało rozdzieleniem plemion, rodzin i klanów, a późniejsze odzyskanie wolności, obudziło w narodach – nacjonalizm: chęć zdobycia własnych praw. Praw do swojej religii, swoich obyczajów, praw do etnicznego zjednoczenia i osiągnięcia kulturowej tożsamości.

Odrodzenie się nacjonalizmów w państwach postkolonialnych udowodniło, że zaprowadzanie europejskiego modelu kultury nie powiodło się na terenie Afryki: nie przyjęły się plany transplantowania europejskich obyczajów.

Co innego w Ameryce Łacińskiej. Tam doszło do swoistego synkretyzmu, kulturowej symbiozy, wzajemnego poszanowania odmienności, tam Europejczykom nie przeszkadzała żywiołowa religijność, wielobóstwo i wiara tubylców, ich fanatyczne pietyzmy i rytuały.

Warto zastanowić się, dlaczego jedne nacje potrafimy zaakceptować, innych natomiast nie tolerujemy. Dlaczego nie uwzględniamy faktu, że są rożne formy Islamu: łagodny w Azji (np. Indonezja) i radykalny, wojowniczo wynaturzony w Afryce (np. Syria). Dlaczego potępiamy go ryczałtem, nie troszcząc się o zrozumienie przyczyn jego podziału.

Trzecia w nocy

Przyszedłem na świat o trzeciej w nocy.
Nic dobrego z tego nie będzie, powiedział
mój ojciec niebieski.
Moja matka śmiertelna, Nadzieja, zawsze
dawała wszystkiemu drugą szansę.
Nawet ziemniaki odgrzewała jak mantrę;
chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…

Którzy mieli odejść, odchodzili w południe,
ci, którzy mieli zostać nie rodzili się wcale.

Lubię siadać przy stole o trzeciej w nocy.
Wtedy spokój jest niezakłócalny.
O trzeciej w nocy tylko pies w domu ludzi
patrzy na mnie
jakby mnie rozumiał.

Zapalenie duszy

Ciszej i ciemniej. Wciąż i wciąż.
Rzeczy obędą się beze mnie.
Krzyczy w środku, tak, żeby nie bolało,
a boli. Zaciskam powieki.
Tak już zostaną jak legły,
w bezsilnej chwili rzucone kamienie,
tak między nimi wystrzelą osty i pokrzywy.

W powietrzu jest jakiś brak powietrza
i we mnie aboslutny brak miejsca,
w którym mógłbym się położyć
i usnąć.

Przez ciszę

Tobie przebaczę, sobie nie wybaczę –

miastu i światu i ciemności i światłu.
Chmurom na opak, nie opadnę lecz wzlecę.
Rzece, jej źródłu i korzeniom drzewa
i płatkom kwiatów, które się podniosą,
z nową jędrnością wrócą cieszyć oczy.

Przebaczę powierzchowność spojrzeń i dotyków,
nieprzemyślaność rzeczy, słów i
zaniechania, zwyczajność dla mnie
zupełnie nadzwyczajną, obojętność
rozpoznania, poznania, doznania.

Nie wybaczę, że aż nazbyt późno
ruszyłem w drogę przez to bezludzie,
przez tę pustynię próżną, przez spacje
rozstrzelające życiorys w formę graficzną
i przez akapity zupełnie pominięte
w tej opowieści.

Kryzys kubański

Między mną a moim ciałem jest
pewne napięcie. Podsycane
uczoną propagandą może doprowadzić
do otwartego konfliktu.
Pokazujemy sobie pazury,
szczerzymy do siebie zęby.
Davis gra „So What”.

Tag

Jeśli mamy się spotkać w otchłaniach
czasów, miejsc i wszelkich możliwych zdarzeń,
jeśli nasza pewność tego zdarzenia
musi być silniejsza od śmierci
i rachunku prawdopodobieństwa,
to powinniśmy się otagować.

Znaleźć miejsce,
którego nikt przed nami nie znalazł,
najlepiej z czymś nieusuwalnym
jak głaz, którego nikt nie ruszył
od tysięcy lat, lub skała.
Wyryć w tym miejscu i czasie znak,
którego nikt przed nami nie wymyślił.

Kiedy już umrzemy, Kochana, jedno po drugim,
(ta chwila niech będzie odległa jak słońce),
kiedy już koniec będzie końcem, Kochana,
wystarczy wtedy znaleźć to miejsce.

Póki co, Kochana, kochajmy się
jakby nic nie miało się zdarzyć,
jakby nic nie miało się zdarzyć.

Relikt

Kim byś była, gdybyś nie zginęła
i próżno było Cię ratować?
Na te i inne pytania nie odpowie
przypadkowo spotkany na ulicy
nosiciel tragicznie pięknego życiorysu –
solidarnościowy człowiek.

Myśmy to uczynili naszym zaniechaniem,
myśmy się przyglądali zamiast
rąbać toporem łeb hydry.
W kraju Twardowskiego
uwierzyliśmy w spisane układy.
Cyrografy zamiast konstytucji.

Choć księżyc nie zwali nam się w pejzaż,
to niezauważenie znaleźliśmy się
po ciemnej stronie
tej historii.

Za sto lat ktoś nas odkryje.
Zupełnym przypadkiem, niedowierzając,
że można było tak zniszczyć własną legendę,
pisząc na marginesach coś na kształt
antyhistorii.

New York, New York

Podchodziła do mnie trzy razy w tych dniach.
Ach, gdybym się mógł spodziewać!….
A mógłbym. Gdybym choć odrobinę
zaufał temu, który rozdaje drinki z palemką.
Czy i mnie obdaruje, dotknie swoją dobrocią?
Da pogłaskać kota o imieniu…
(nie znam się na imionach kotów)

A może wszystko jest iluzją
i dwie wieże musiały runąć
dla duchowego odrodzenia
ludzkości?

Mniejsza z tym. W Nju Jorku jest zimno.
Pytam Janusza, a on mi mówi, że:
– Do Central Parku pójdziemy później. Wszyscy zachwycają się wytartymi symbolami, frazesami ściekającymi wódką i zakąską po tłuściutkim licu młodzieńca z chytrymi oczkami i z całym zapleczem metod znanych i uznanych za nieliterackie.
A teraz pozwól, przyjacielu, (znałem się z Januszem z różnych okoliczności, lecz nigdy osobiście), że przedstawię ci Saszę… Gdyby udało się jego rodzicom wyjechać wtedy z Rosji, pewnie siedziałby na tej ławce, tutaj, w Tompkins i bajdurzył Anicie o zwłokach…
Widzisz tego foksteriera? Dziwnie nam sie przygląda.

Rurkami płynie światło.
Elektrody przyjemnie łaskoczą.
Jest ciepło, w Central Parku
zwykły ruch. Umówiłem się na
spotkanie z A. (Wiedziałem,
że pierwsza literą w każdym alfabecie
jest najważniejsza!)

Nawet jeśli to wszystko jest jednak iluzją,
nawet jeśli to wszystko kończy się
zupełnie nieśmiesznie…
I choć zupy nigdy nie ruszyłem
za żaden ocean, jedno wiem:

I Love New York.

Dotknięcie ciszy

A kiedy okryjesz mnie swymi piórami,
nie ulęknę się strachu nocnego.
Najważniejsze, że będzie cicho,
że wszystko wydarzy się w ciszy.

Cisza nie porusza powietrzem.
Jest sokiem nocy i jak sok jest gęsta.
Ona otula wszystko, jak Ty, piórami,
otula kocem utkanym z bezczucia.

W takiej ciszy nie słychać kiedy ktoś
umiera. Tak zwyczajnie, niezauważenie.
Jakby się stało częścią oczekiwania
aż przyjdziesz i dotkniesz lekko.