Archiwa

Upiększanie realizmu

Zacznę od Kongresu futurologicznego, opowiadania Stanisława Lema pochodzącego z tomu o tytule Bezsenność. Napisane w latach siedemdziesiątych poprzedniego wieku, w epoce oczekiwania na lepsze czasy, aktualne jest i w tym stuleciu. Lecz choć napisane w sposób prześmiewczy, to nie jest to śmiech bezrefleksyjny. Jest utworem nietuzinkowym, bo zachwycającym odkrywczością językowych sformułowań; to arcydzieło warsztatowej sprawności, które stanowi ostrzegawczy komentarz do horroru dzisiejszego czasu. Przestrogę przed upiększaniem niewygodnych realiów świata. Przed procederem zastępowania prawdy o nim za pomocą fałszu.

Równie dobrze mógłbym rozpocząć od innych książek ulubionego autora. Zresztą nie tylko mojego, bo wielbicieli kunsztu Stanisława Lema liczy się w milionach; nakłady jego przetłumaczonych dzieł biją rekordy popularności.

Wydawałoby się więc, że za ich znajomością podąża lekturowa percepcja. Niestety; za często coś się nam tylko wydaje: to, że Lem jest czytany i nadal podziwiany, nie oznacza, że jest dogłębnie rozumiany. A zwłaszcza, że wyciąga się z jego tekstów jakieś sensowne przestrogi. Przeciwnie: czyta nader powierzchownie. Powiedziałbym nawet, że nie tyle czyta, co wertuje od niechcenia. Pilnie wyławia się kawałki popychające akcję, starannie wydobywa z fabularnych trzewi co rzadsze, lub co zabawniejsze miejsca, a skwapliwie pomija części ciężkostrawne w odbiorze. Treści zmuszające adresata do wysiłku. Do niewdzięcznej pracy nad samodzielnym wyciąganiem wniosków z lektury.

Był w moim życiu podobny epizod: pasjami czytałem fragmenty z dialogami, natomiast ochoczo pomijałem gęste i usypiające partie z opisem przyrody. Ale ta pryszczata przypadłość opuściła mnie razem z mlecznymi zębami i teraz mam ochotę na degustację całości. Na poznanie powodu, dla którego książka została napisana: ciekawią mnie myśli zaklęte w jej przesłaniach.

Frapują mnie też jego dzieła popularyzujące naukowe podejścia do przyszłości. Filozoficzne rozmowy z adresatem. A także skonfrontowanie jego utworów z lekturami innych literatów.
*
Pierwszoplanowym herosem jest Człowiek, podróżnik po planetarnych wertepach – Ijon Tichy, drugim – wszechobecna chemia w roli wybawicielki od katastrof, masowe stosowanie halucynogenów, zastępników, retuszowców i zagłuszaczy smrodu: ekumeniczne pigularstwo stosowane na szeroką skalę.

Wszystko to razem wzięte i podniesione do entej potęgi, było uniwersalną odpowiedzią na demograficzny kataklizm, było jedyną w swoim rodzaju receptą na nieuchronną, ogólnoludzką zapaść: chemia w społeczeństwie przyszłości, wpływała na każdą dziedzinę ludzkiego życia: sterowała nim i decydowała o kształcie podejmowanych działań.

Bohater przebywa w krainie uszminkowanej szczęśliwości. Nie ma wojen, ludzie są wobec siebie uprzedzająco grzeczni, żyje się wielokrotnie, dzieci uczą się czytania i pisania poprzez zażywanie ortograficznych syropów, prognozę pogody ustala się z miesięcznym wyprzedzeniem i w drodze głosowania, nie trzeba chodzić do szkoły, bo wiedzę zdobywa się doustnie: zażywając płyn z odpowiednim podręcznikiem. Lecz za efekt zbyt chciwego przyswajania uczoności, trzeba zapłacić braniem środków na przeczyszczenie wyobraźni, gdyż ubocznym skutkiem zażywania wizji jest posiadanie fizycznych defektów. Np. rozedmy płuc, łuszczycy, świerzbnicy i dorodnego ogona.

Opisywany przez Lema świat składa się z przesłon maskujących faktyczny widok rzeczywistości. Miraży poukładanych w piętrowe warstwy, które mieszając się, łączą nawzajem, a jedna stanowi podszewkę drugiej. Żadna z nich jednak nie jest ostateczna, bo za każdą spodziewać się można następnej.

Ijon Tichy, który znalazł się w nim w wyniku zaproszenia na kongres futurologiczny, gubi się w domysłach, plącze w przypuszczeniach, sam sobie zadaje pytania o to, gdzie jest na pewno i czego doświadcza naprawdę. A natykając się na egzystencjalne zagadki, udziela sobie odpowiedzi, że nie wie niczego konkretnego. I, tęskniąc za utraconą przeszłością, nieprzerwanie zastanawia się, dokąd zmierza ten przyszłościowy świat.

W jego nowym otoczeniu trwa ciągły proces zmian: ewolucyjne i rewolucyjne wrzenie, powtarzająca się modyfikacja ulepszeń, nieustanne wzbogacanie, udoskonalanie, przeróbka kształtów świata rzeczywistego i dopasowanie go do stale pogarszających się wymogów chwili. Tak zmoderowane realia były iluzoryczne, bez przerwy kreowane od nowa, istniały jako rezultaty urojonych zrządzeń losu i odległe pogłosy fikcyjnej realności.

Była to utopia. Niewykonalna, stworzona w oparciu o mylne założenia. Było to ulizane piękno, które w swojej ukrytej istocie stanowiło przerdzewiałą konstrukcję. Wedutę nasyconą dychawicznym narodem. Bo prawda była taka, że w tym świecie panowały gigantyczne biedy i monstrualne przeludnienia. Nagminnie występowały aprowizacyjne braki, szwankowały materiałowe fabryki, a produkcja czegokolwiek znajdowała się w stanie agonalnym.

Wyjściem był kamuflaż, udawanie, że istnieje to, czego nie ma. Życie bez zmartwień było więc iluzją: zamierzona konstrukcja okazuje się konglomeratem niepożądanych zjawisk, samobójczą próbą zaradzenia przeludnieniu, rozpaczliwym spektaklem poronionych usiłowań. Festiwalem zmarnowanych szans. Odwieczną ilustracją konfliktu praktyki z idealistycznymi założeniami. Stworzona rzeczywistość była zlepkiem sterowanych wymówek, monstrualną manipulacją, mętnym usprawiedliwieniem, sofistycznym tłumaczeniem porażek przekuwanych w sukces.

W istocie ten idylliczny krajobraz był następstwem działalności psychotropów. Rezultatem zażywania proszków, mikstur, legumin i aerozolowych specyfików rozpylanych w zatrutej atmosferze: na spełnienie zachcianek podawano właściwą miksturę, a wywoływanie odpowiedniego nastroju wśród ludzi, było fraszką: wystarczało rozpylić w powietrzu odpowiedni specyfik, by zamiast społecznej rewolucji wybuchł opętańczy entuzjazm.

Ów świat miał postać upiorną, a pętający się po nim ludzie nie byli grzeczni, niczegowaci, przyjemni w obyciu. Nie żyli w luksusach i dobrobytach, tylko w zamaskowanym ubóstwie. Na skutek przewlekłej wegetacji i w efekcie częstego zmartwychwstawania na życzenie, ich fizyczny wizerunek przypominał szpetny magazyn liszajów i odprysków nadgniłego ciała.

Lecz ten wygląd zroszony był chemikaliami, zapachowymi dolepszaczami cuchnących i rozkładających się ciał. Rozkosznymi woniami dającymi złudzenie bycia w środku sielankowego konterfektu.

Terytorium, stworzone przez pisarza, przenosi adresata do sztucznej krainy miraży; zamiast miejsca do elizejskiego życia, postacie otrzymują farmaceutyczne złudzenia. Nie są to zadowolone sylwetki przechadzające się ulicami ekskluzywnych metropolii, wysportowane, tryskające zdrowiem i opalone postacie, lecz sapiące, zgrzybiałe i zatęchłe ludzkie zjawy galopujące w atrapach nowoczesnych samochodów. Marionetki składające się z protez, pasów przepuklinowych i ortopedycznych wihajstrów.

Przedstawianie ruin jako enklawy powszechnej szczęśliwości było fikcją lecz fikcją zamierzoną. Prowokowaną rozpadem świata i deficytem miłosierdzia wobec ludzi. Źle pojęty humanitaryzm nakazywał zatajać przed mieszkańcami wiadomości o niezmyślonej liczbie ludzi i o rychłej, a nieuniknionej zagładzie planety.
*
Fantastyka, to dla Lema dekoracja: kosmos jest na Ziemi. Dlatego książki autora Cyberiady sprowadzają nas na ziemię; na pierwszym miejscu nie są więc ciała niebieskie, próżnia i gwiezdne pejzaże, ale bliźni. Bliźni zmuszeni do podejmowania nierównej walki z Naturą.

Nie buńczuczny zuch, zwycięska i pyszałkowata figurka wyrwana z komiksu, jest dla niego źródłem zainteresowania, tylko zwykły człek w przeciętnym opakowaniu. Niejednokrotnie groteskowy, częstokroć doskonały inaczej, lecz zwykle górujący rozumem nad elektronicznymi fetyszami; na przykład w niezapomnianym Solaris lub w utworze Eden godzi się na porażkę człowieczego intelektu. Świadomie rezygnuje z walki z Niepokonaną Naturą i uznaje ograniczenia ludzkiej wiedzy.
*
Myślę tu o pisarzach zajmujących się przyszłością jako konsekwencją teraźniejszości. Przeważnie są to epigoni, kopiści zdolni do powtarzania nośnych wątków. Niezdolni jednakże do wyjścia poza już zastosowane i stale te same, schematyczne wątki, standardowe rozwiązania, niezmienne obrazki z wrogimi obcymi (reguła, czy prozatorskie wygodnictwo sprawiają, że obcy portretowani są jako nieprzyjazne maszkary. Figurynki przebiegłe i złośliwe, które swoją wyższą inteligencję wykorzystują w niecnych celach zawłaszczenia naszej biedy), portrety złych i dobrych czarodziejów, stworków z laserowymi mieczami, natłoki galaktycznych wojen o pietruszkę, chaos i kolejną degenerację.

Zapanowała wściekła moda na nieustanne kreowanie wymyślonego świata, maniera zabudowy przestrzeni nasyconej magią, cudownością i uproszczonymi rozwiązaniami. Bajkowe miejsca przedstawiane w identycznej scenerii, wiążą się z tymi samymi zachowaniami opisywanymi podobnie; sztampowo, stereotypowo, banalnie.

Akcja tych prefabrykatów przeniosła się w inne rejony. Już nie dotyczy Ziemi, lecz obejmuje różnorodne, nieistniejące konstelacje. Lecz mimo zmiany czasów (bardzo odległe lata) i pomimo zaopatrzenia bohaterów w nadprzyrodzone umiejętności, zmieniła się w nich tylko – dekoracja; problemy zostały te same: te same dylematy, stare nawyki i przesądy ludzi szwendających się po niewyobrażalnie odległych galaktykach.

Towarzyszy nam bezmyślne mnożenie nieistniejących, a identycznych bytów; o wyobraźniowej nędzy popełniania podobnych „dzieł” świadczy to, że nawet stwory z gwiazdozbioru oddalonego o miliony lat świetlnych od planety Ziemia, mają problemy podobne do naszych: te same historyczne uwikłania, dworskie intrygi, tytuły szlacheckie i walczą o to samo (np. o podatki w „Gwiezdnych wojnach”).

Tym sposobem znajdujemy się w „nowym”, lecz jakże epigońskim środowisku nierealnego świata. Zjawisko to nazwać można zniwelowaniem głębszych myśli. Refleksji, wrażeń, sposobów widzenia. Rezygnacją z niepowtarzalności człowieka. Zrównaniem go z pozostałymi indywidualistami i zmajstrowanie „indywidualisty w tysiącach egzemplarzy”.
*
Współcześni fantaści zadowalają się kostiumem, a homo sapiens, to dla nich dodatek do fabuły; kontentują się malowaniem przerażających obrazów z nadciągających bitew pomiędzy astralnymi koboldami; brakuje pisarzy – kontynuatorów lemowskich przemyśleń. Twórczych naśladowców wyciągających wnioski z np. Summy technologiae, kluczowego, filozoficznego eseju o cywilizacyjnych rozdrożach. Jakkolwiek wydana w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, do tej pory cieszy się wzięciem naukowo uzasadnionym profetyczną zawartością. Cieszy się niezmienną poczytnością u tych, co trudnią się używaniem logiki.

Odczuwa się brakuje pisarzy zdolnych dźwignąć temat człowieka zmagającego się z naszymi aktualnymi problemami. Jak choćby przeludnienie, klimatyczne perturbacje czy głód. Lecz zamiast tego można zaobserwować kłębowisko jego naskórkowych powielatorów zapominających, że Historia, to proces, z którym nie trzeba się godzić.

Przeciwnie, należy próbować zmienić jej wpływ na przyszłe wydarzenia. Nie wolno poprzestawać na banalnym stwierdzeniu, iż ma jedynie odzwierciedlać koszmarny stan rzeczy, gdyż obowiązkiem futurysty jest wyjść z propozycją zmiany jej kierunku.
Brakuje pisarzy, których wizja czekającego nas jutra przedstawiona byłaby jako czas zdeterminowany ziemskimi wstrząsami.
*
Od czasu genialnego Tolkiena obecni autorzy nie wyłabudali się z kopiowania jego dokonań. To samo rzec można o Lemie.

Fantastyka zrezygnowała ze ścisłości wyrażania myśli. Z naukowego podejścia do fabuły. Za to z ekspansywną werwą skupiła się na baśniowych przygodach głupkowatych zjaw. W ten sposób, kosztem logiki i zamiast fantastyki naukowej, na miejsce zarezerwowane dla mądrych, wskoczyła jej populistyczna odnóżka: Fantazy. Tu przytoczę słowa H. Heinego: „...pierwszy, który porównał kobietę do kwiatu, był wielkim poetą, ale następny był cymbałem.

Życiopis głównego Bonda

Film, to nie życie; bohater z ekranu, strzelający z półobrotu; wraca na rodzinne łono, by dokończyć dzierganie szalika. Reżyser ciśnie go, by się wykazywał, odznaczał, wiódł prym, błyszczał tam i sam. Nie chce na planie ciepłej kluchy, pokornego cielaka ssącego dwie krasule. Faceta mdlejącego ze strachu na widok trupa w szafie. Pragnie macho stawiającego czoło problemom, a nie dupka zwiewającego w krzaki za lada podmuchem zagrożenia.

Natomiast zarysowany tu gostek preferuje spokój, ciszę, pastelowe klimaty i wodne farby. Tryska dzielnością jedynie podczas filmowego seansu. Seansu pełnego niespodziewanych niespodzianek, szybkich zwrotów akcji, huku petard, martwych zwłok i chrzęstu popkornu. W domu, oderwany od reżyserskich wymagań, uwielbia natomiast dzierganie przy naftowej lampie.

Sytuacja, w której się znalazł, godna pozazdroszczenia jest nie bardzo. Pilnowano, by nie zawiódł. Bez opamiętania wrzepiano mu w mózgownicę, że ma być powściągliwy w emocjonalnym ujadaniu. Bez przerwy szturchano go w ambicję, deptano mu po odciskach, on zaś, z dalekiego daleka obserwował, co przydarza się takim, co to nadal są fabularnymi bohaterami w przyciasnych gaciach w różowe słoniki.

Skowronki na uwięzi

…to film J. Menzla według opowiadania o tym samym tytule. Jest ilustracją nieładu panującego wszędzie; doskonale akcentuje i uwypukla hrabalowską myśl. Z pewnością narażę się miłośnikom kina, ale przyzwoitość mi podpowiada, że trzeba mówić prawdę. A prawdą jest, że w porównaniu do uhonorowanego Oskarem filmu J. Menzla Pociągów pod specjalnym nadzorem ten, o którym poniżej, jest lepszy.
Jego akcja kręci się wokół złomowiska: to celuloidowy song o socjalistycznej beznadziei. Rozgrywa się tuż po wojnie, w Czechosłowacji, w kraju wyzwolonym od wolności. W kraju o szczątkowych swobodach, zarezerwowanych dla posłusznych. O przywilejach przeznaczonych dla kreatur o ciemnogrodzkich rygorach. O uprawnieniach narzuconych przez radzieckiego okupanta.

Bohaterami są intelektualiści zdegradowani do roli proletariackich kulisów. Niegdyś umysłowa elita, onegdaj finansowa opoka narodu i trzon władzy, teraz snuje się po ekranie jako zbędny element minionej epoki. Element uważany za klasowy przeżytek teleportowany do krainy proletariackiego recyklingu.

Ludzie zatrudnieni na złomowisku, widzą nonsens swojej pracy. Choć mają świadomość, że wykonują robotę gospodarczo niepotrzebną, choć widzą jej absurdy i natykają się na ciągle nieefektywne podnoszenie produkcyjnych norm, nie mogą im się jawnie przeciwstawić, gdyż wszelkie strajki i próby powiedzenia prawdy kończą się aresztowaniem i odsiadką niesubordynacji.

Kilka słów trzeba rzec o scenerii, w jakiej toczy się akcja. Brud, chaos, odrapane ściany, zmurszałe tynki, a wśród tego niechlujstwa przemykająca się ciżba uprawnionych do lepszego życia. Aparatczyków napompowanych frazesami oraz ich totumfackich pajaców, przejętych swoją funkcją. A wśród tych okoliczności przyrody, walające się kadłuby o znużonych twarzach ludzi wyeliminowanych z nowego społeczeństwa. Ludzi w niczym nie różniących się od przedmiotów zgromadzonych na hutniczym złomowisku; od metalowych rekwizytów i pamiątek po obalonej epoce. Epoce przeznaczonej do przetopienia.
*
Na własnej skórze poznawał Hrabal koszmarne zalety stalinizmu. Też znajdował się w sytuacji pracowników opisanych w Skowronkach na uwięzi: choć doktor praw, z konieczności chwytał się zajęć odbiegających od jurysprudencji. Ale, dzięki egzystencjalnym opresjom i z powodu różnorodności zatrudnień, był znakomitym obserwatorem sowieckiego systemu i pisarzem światowej rangi.

W swojej twórczości nawiązywał do tradycji surrealizmu. Bliskie mu było pisarstwo J. Haška; też posługiwał się groteską i nowatorską formą.

Urodził się w 1914r. Zmarł w 1997r. Tyle dałoby się o nim rzec, gdyby nie drobiazg: był pisarzem wybitnym. Jego opowiadania i powieści górowały nad literackimi przeciętnościami. Zawierając wątki autobiograficzne, bez osłonek ukazywały życie w komunistycznej Czechosłowacji. Opowiadania takie jak Lekcja tańca dla starszych i zaawansowanych (1964, wydanie polskie 1980), Zbyt głośna samotność (1976, wydanie polskie 1980), Taka piękna żałoba (1979, wydanie polskie poza cenzurą 1983), Skarby świata całego (1981, wydanie polskie 1985), a także powieści, jak np. trylogia: Wesela w domu, Vita nuova, Przerwy w zabudowie (1987, wydanie polskie poza cenzurą część 1 – 1989, część 3 – 1988), jak, np. powieść z okresu okupacji niemieckiej Pociągi pod specjalnym nadzorem (1965, wydanie polskie 1969, sfilmowana przez J. Menzla 1966), jak powieść pod tytułem Jak obsługiwałem angielskiego króla (1982, wydanie polskie poza cenzurą 1989), są to utwory o nieprzemijającej wartości. O czym świadczy fakt, że Jego książki zostały przetłumaczone na 27 języków, a na podstawie twórczości powstało kilkanaście filmów obsypanych nagrodami.

Wojna cywilizacji z barbarzyństwem

Prolegomena

Poniżej zamieszczony tekst napisałem parę lat temu. Na mój rocznicowy felieton otrzymałem przeogromną ilość jadowitych komentarzy. Mówiąc modnym językiem reporterskim, nie pozostawiono na nim suchej nitki. Czyli, mówiąc po współczesnemu, schłostano mnie po całości. Czemu nie dziwię się za bardzo, gdyż większość moich dyskutantów dała się odurzyć rosyjskiej propagandzie. Skutkiem czego liczne grono niefachowych strategów powtarzało brednie o nieudolności dowódców AK skazujących mieszkańców i miasto na zagładę.
*
Wśród głosów potępiających moją postawę uznającą konieczność wybuchu Powstania (powinienem mojemu felietonowi dopisać podtytuł: chwała, czy wstyd), znalazł się wyjątkowy głos popierający mój punkt widzenia. Przytaczam go zatem:

Przechodząc ulicami Warszawy, dostrzegam tablice z napisami:
tutaj hitlerowcy rozstrzelali stu ludzi. W innym miejscu inna tablica obwieszcza: tu zginęło dwieście osób. Mądralom którzy podważają i dywagują na temat słuszności lub niesłuszności tego zrywu, proponuję stanąć przy takiej tablicy, dokładnie ją przeczytać i złożyć cześć tym, którzy zostali zamordowani, a dodatkowo zadać sobie pytanie, co bym zrobił na miejscu tych ludzi, którzy stali tyłem do oprawców, czekając w ciszy na strzał w tył głowy…

…wyobraź sobie, że włazi ci bandyta do mieszkania, przystawia żonie pistolet do głowy, a ty na to patrzysz. Jaka jest twoja reakcja i myśli? Stoisz i patrzysz co zrobi bandzior, czy łapiesz pierwszy lepszy nóż ze stołu i rzucasz się na oprawcę?
*
Sądzę, że skoro nie byliśmy w sytuacji zagrożenia życia, nie możemy mówić, jakbyśmy postąpili. Dziś, gdy w Polsce nie ma bombardowań i trupów na ulicach, możemy, popijając kawkę, luzacko imaginować sobie, co w tamtym czasie powinno zrobić dowództwo; dziś, gdy co dnia jesteśmy przygnębiani relacjami z wojny na Ukrainie, widząc rosyjskie okrucieństwa wobec ukraińskiego narodu i zdając sobie sprawę, że walczy on nie tylko za nas, ale broni resztek Europy przed inwazją rosyjskiej cywilizacji; dziś, ludzie pragmatyczni, na chłodno obliczający cenę wolności, utracili argumenty. Na nic ich złotouste oracje i filipiki wobec ukraińskiego męstwa, hartu bojowego ducha, wobec woli walki bez woli podnoszenia rąk i wywieszania białych flag.

Powstanie Warszawskie

Od prawie dwustu lat, z niewielką przerwą na dwie dekady ułomnej wolności, rozmaite patriotyczne chorągiewki sprawowały nad nami władzę i dzierżyły w lepkich rękach nasz przegrany los. A my godziliśmy się na odgrywanie roli sublokatora we własnym domu.

W ten sposób każdy nasz praprzodek zatrudniony na państwowej posadzie, pracował u kolonisty. Jednak pracować dla okupanta, to nie to samo, co pracować dla siebie i u siebie! Z czego zdają sobie sprawę wszystkie kraje nieskażone zewnętrznymi zagrożeniami. Geopolityką zmuszającą do zawierania zgniłych kompromisów!

Nie ma więc nic osobliwego w tym, że kiedy nareszcie wybiliśmy się na niepodległość i po krótkim czasie względnej swobody nastała kolejna wojna, zaczęliśmy wszelkimi metodami walczyć o wolność.

Działanie na szkodę najeźdźcy było nieomal szlachetnym obowiązkiem Polaka. Powodem do dumy. Podprowadzenie okupantowi zysków, finansowe robienie mu koło pióra i zniechęcanie go do życia w naszym kraju, stanowiło zaszczyt.

Choć – na razie -jesteśmy na swoim, jakkolwiek, teoretycznie, powinniśmy zaprzestać samo okradania i, co prawda, pozbyliśmy się zewnętrznych grasantów, to jednak dalej wegetujemy jak podbity naród. Jakbyśmy nadal byli pod knutem.

Tym razem znajdujemy się w tej sytuacji na własne żądanie. Gdyż teraz dobrowolnie nakładamy sobie obrożę. Do tej pory niewolnictwo żyje w nas, w naszym psychicznie zawistnym i sfrustrowanym samopoczuciu.

Od Powstania, do Powstania, od tragedii do tragedii, szliśmy do Niepodległości, a gdy wreszcie przyszła i zaczęła przyoblekać się w konkret, okradamy się nadal. Jakbyśmy wciąż byli pod zaborami.
*
Są wśród nas ludzie żyjący bezrefleksyjnie. Starający się nie pamiętać o naukach wypływających z przeszłości. Ludzie pragnący wybielać i przeinaczać wstydliwe fragmenty Historii. Unikający tematów wywodzących się z korzeni czasu. Nie poruszający zagadnień wywalonych na bruk.

Mamy zatem dwie szkoły na temat: był, czy nie było sensu w Powstaniu Warszawskim?
Jedna, prowadzona przez dziejopisów z kalkulatorem, cyrklem i suwmiarką zamiast serca i wyobraźni, przelicza wolność wedle poniesionych strat, powołując się na ich ogrom wśród niewinnej ludności cywilnej.

Druga uważa, iż było konieczne z emocjonalnego punktu widzenia. Pierwsza oskarża dowództwo AK o brak militarnego rozeznania i decyzje oparte na mylnych kalkulacjach. Wini za rozmyślne popychanie chłopców do walki skazanej na klęskę. Akcentuje, że nie przyniosło korzyści, tylko niewyobrażalne spustoszenia. Według niej, było zbrodnią na narodzie. Celowym awanturnictwem określonych kół.

Tu aż prosi się o interwencję zdrowego rozumu. Gdyż, jeśli nawet, z militarnego punktu widzenia, skazane było na porażkę, to w takim razie gdzie umieścić i jak zaklasyfikować wcześniejszy zryw powstańczej rozpaczy i determinacji w getcie warszawskim? Jak ocenić jego szanse powodzenia, skoro wiemy, że żydowscy bojownicy dysponowali dwudziestokrotnie mniejszą siłą uzbrojenia? Czy i w przypadku tego powstania też będziemy ględzić o zbrodniczych decyzjach?
*
Rozpoczęło by się niezależnie od intencji przypisywanych dowódcom AK. Ponieważ nastroje wśród obywateli miasta były tak napięte, a powtarzające się wizje łapanek, egzekucji czy tortur tak silne, że lada iskra mogła sprowokować wybuch. Byle przypadkowy strzał był w mocy doprowadzić do niekontrolowanej eksplozji.

Gdyby nie Powstanie Warszawskie, ojczulek Stalin postąpiłby z Polską o wiele gorzej. Z tego powodu miało uzasadnienie. Tym bardziej, że w planach wojskowych zakładano, iż potrwa zaledwie parę dni, a nie parę miesięcy. Ten sposób rozumowania jest argumentem przemawiającym za jego podjęciem. A nawet koniecznością; straceńczy bój o zachowanie szacunku do siebie, walka o zachowanie narodowej godności i honoru (pojęć nieznanych sowietom), to wystarczający powód do rozpoczęcia Powstania Warszawskiego; postanowiono je zapoczątkować w oparciu o dostępne informacje.

Nieopłacalne korzyści

Z perspektywy dzisiejszej wiedzy bardzo łatwo przychodzi nam ferować arbitralne wyrok. Bawić się w układanie militarnych scenariuszy. Ówczesne informacje nie były aż tak jednoznaczne; Herling – Grudziński nie opublikował jeszcze swoich zapisków z Innego świata, a Sołżenicyn miał dopiero w latach siedemdziesiątych ujawnić swój Archipelag GuŁag; opisy naocznych świadków pozostawały w ukryciu.

Mało kto na „Zachodzie” miał pojęcie o wschodniej mentalności. Wiedział o azjatyckiej psychice radzieckich ludzi, o zbrodniach, łagrach, świadomym ukatrupianiu opornych narodów (np. o przymusowym wysiedleniu Tatarów, o głodzie i ludożerstwie na Ukrainie). O podporządkowaniu sobie całej Europy. O chęci zniszczenia w niej wszystkiego, czego im brakowało. A więc okrzesania, inteligencji, pracowitości, solidności. O doprowadzeniu do tego, by nie było żadnego intelektualisty, tylko same głupki, żadnych pracowitych, tylko same obiboki, żadnych bogatych, tylko sami biedacy (Grochowiak nazwał ten ustrój sprawiedliwym podziałem nędzy). Wyrównanie do najniższego, bez elementarnej ogłady, za to z obcesowymi pretensjami do materialnie i umysłowo zamożniejszych.

Ludzie radzieccy tak rozumieli komunizm i chcieli krzewić go w podbitych krajach. To nas czekało i przed tym broniliśmy się, wywołując Powstanie. Bo wiedzieliśmy, czym grozi przyjaźń z troglodytami. A wiedzieliśmy z krwawych rozpraw, zaborów, branek i zesłań na Sybir.
*
Niewielu rozeznawało się w politycznych kombinacjach sowieckiej watahy, a ci, co mieli o nich pojęcie, albo milczeli z obawy przed represjami, albo chowali się za gardą pragmatyki: chytrze i bezwzględnie ukrywali się za parawanem cynicznej polityki.

Na dodatek istniała sowiecka propaganda; odbywały się intensywne zrzuty ulotek zagrzewających do oporu i namawiających mieszkańców Warszawy do podjęcia zbrojnej walki z hitlerowskim okupantem. Zapewniano w nich, że mogą liczyć na pomoc ze strony Armii Czerwonej. A kiedy Powstanie wybuchło, nie było już o niej mowy. Było za to faryzeuszowskie wskazywanie winnych tego przedwczesnego i niepotrzebnego zrywu.
*
Metoda deprecjonowania i test wytrzymałości przeciwnika na upokorzenie, to rosyjski patent na realizację celu. Aparat propagandowy działał na wzmożonych obrotach; fabrykował pogłoski zamiast faktów. A im bardziej nieprawdopodobne były te plotki, tym większy zyskiwały poklask, tym łacniej wierzono w nie. I tak część naszego społeczeństwa wierzy, ufa i nadal jest przekonana, że to złe i nieudolne kierownictwo AK sprowokowało powstańczy wybuch i doprowadziło do śmierci wielu tysięcy mieszkańców Warszawy. Mnożyły się insynuacje, że to oni przyczynili się do wymordowania mieszkańców. Bez ogródek nazywano ich bandytami, faszystami, niemieckimi współpracownikami.

*
Złośliwy, mściwy i zawistny Stalin, zacierał po cichu z radości ręce, natomiast łagodna, gruzińska twarz Wujaszka Joe, przedstawiana światu na zewnątrz, nie była dla aliantów buźką cynicznego rezuna. Przeciwnie, Wielcy Sojusznicy dawali się nabierać na dobroduszne oblicze tego satrapy.

Zachodni barbarzyńcy pragnący zniszczyć Hitlera rękami sowieckiej czerni, woleli przystać na upadek Powstania Warszawskiego, niż sprzeciwić się umiłowanemu Stalinowi; Churchill, a w ślad za nim Roosevelt, prześcigali się w zapewnieniach Generalissimusa o swojej lojalności. Łatwowierność ich podszyta była wygodnictwem: woleli nie wiedzieć, nie widzieć, przymykać oczy na wstydliwą rzeczywistość. Uprawiać strusią politykę… z wyrachowania. Przykładem – Jałta skazująca nas na długoletnią niewolę.
*
Na przekór zniewoleniu, istniało w nas pragnienie wolności. Dzięki narodowej determinacji, za przyczyną prowadzenia nierównej walki przeciwko dwóm jednocześnie napadającym na nas wrogom, nie zdławiono w nas niepodległościowego ducha; uwidoczniliśmy, że jesteśmy narodem niepokornym, któremu nie można złamać kręgosłupa.

Mówię o obronie, o jej zaciekłości spowodowanej osamotnieniem i rozpaczą. O naszym jednoznacznym pojmowaniu słowa niepodległość wyrabiającym w nieprzyjacielu przekonanie, że jesteśmy zdolni nie ulegać narzuconym opresjom. I to bez względu na koszt.

Powtarzam słowa Normana Daviesa: gdyby nie Powstanie Warszawskie, nie byłoby Poznania, Radomia, Gdańska, Solidarności.

To ono utorowało nam drogę do wyzwolenia. To dzięki pokoleniu Baczyńskich, pokoleniu walczącemu o wolność w t e d y, mamy ją t e r a z. To dzięki nieprawdopodobnemu bohaterstwu AK i walce całego miasta, nie zostaliśmy wcieleni do reszty radzieckich republik. Nie było kołchozów, wciąż istniał Kościół, a w obozie demoludów zajmowaliśmy najweselszy barak. I z tej przyczyny ominęły nas radzieckie rozwiązania problemów ze społecznymi protestami, jakie stały się udziałem Węgier i Czechosłowacji. To dzięki niemu, władcy Imperium Zła traktowali nas z większą rezerwą, aniżeli pozostałe kraje.

Nie każdego uczestnika społecznego protestu stać było na męstwo. Dlatego była tak cenna i trudna. Warunki sprawiały, że jedni, nie bacząc na grożące reperkusje, odznaczali się odwagą i potrafili przeciwstawiać się złu z podniesionym czołem, innych natomiast stać było na buńczuczne popiskiwanie pod kołderką.
*
Przeciwnicy argumentów przemawiających za potrzebą wybuchu Powstania Warszawskiego zapominają, że był to zupełnie inny świat i nie można do tamtych warunków przykładać dzisiejszych ocen.

Obecny świat, w którym strach włada większością ludzkich sumień, a tylko nielicznym nakazuje postępować uczciwie, po rycersku, zgodnie z poczuciem sprawiedliwości, zaczyna się zmieniać. Powoli dorośleje prostując naiwny kark. Znikają zastraszeni zwolennicy chowania głowy w piasek, siedzenia pod miotłą i dbania o uzębienie, a pustkę po ich asekuranctwie wypełniają ludzie obdarzeni niekłamanym sercem.
*

Świąteczne życzenia

Czy można, podczas doprowadzenia naszego państwa na kraj bankructwa, w trakcie oglądania skutków rosyjskich zbrodni, życzyć komukolwiek wesołych świąt? Obmyślać wystrój świątecznego stołu? Kogo i gdzie przy nim posadzimy? Z kim przywitamy się jak dawniej, a kogo tylko pozdrowimy z daleka, pro forma? Powitamy z oddali nakazującej dystans, rezerwę, powściągliwość w okazywaniu serdeczności? Z oddali zmajstrowanej sztucznie, celowo, wynikłej z urojonych przekonań?

Mam nadzieję, że mimo wszystko można. Mam nadzieję, że wkrótce przyjdzie sezon na rozsądek. Minie wojenny czas i wahadło z barbarzyństwem gibnie się na ucywilizowaną stronę. Powróci na poprzednie miejsce i znowu odżyjemy. Zrobimy krok w przód i w końcu przestaniemy pchać wózek ze zbędnymi tarapatami.

Po okresie panowania absurdu, nastąpi przesyt skarlałą dotychczasowością i z martwych narodzi się – zwyczajność. Podejmiemy kolejną próbę znalezienia lepszych sposobów na istnienie. Bo przemijanie złego czasu, ten powtarzalny chaos pomieszanych zdarzeń – zakończy się razem z nadejściem słońca.

Błahe

Wszystko, co najważniejsze;
odkryte nieba, przydymione słońca;
miłość w muślinie, zaklęcie dotyku;
pierwsze kochanie i słowo napierśnik;
nocne szlochanie, księżyc, pies i cisza;
samotność w korcu maku, jałowy jałowiec;
oto człowiek, a to jego anioł;
tęskno mi Panie, testament, atrament;
tutaj, czyli nigdzie, tam, czyli nieznane;
czas, jego trwanie, ucieczka, mijanie;
Statek pijany, albo wódka w parku;
moja najmilsza przez wszystkie przypadki;
śmierć i zmartwychwstanie.

Nic z tych rzeczy, ani rzeczy Jego
nie pożąda mnie bardziej,
nie pragnie mnie więcej,
niż myśl rzucona jak kamień.

Spójrz – znowu wraca,
jak jakiś bumerang, lub kometa
puszczona po orbicie światła.

Prawdziwy grafoman

Prawdziwy grafoman nie dusi w sobie emocji, tylko przelewa je bezpośrednio na monitor komputera. Nie znosi pisać na papierze nie dlatego, że jest ekologiem, lecz uważa to za stratę czasu.

Prawdziwy grafoman wkleja swój wyjątkowy utwór na wszystkie możliwe portale.

Prawdziwy grafoman siedzi godzinami przy komputerze i oczekuje pochwał. Klika do znudzenia w myszkę odświeżając ekran w nadziei, że a nuż pojawi się jakiś miły komentarz. Boli go od tego klikania palec, dupa od siedzenia, traci wzrok od wgapiania się w monitor, ale… czego nie robi się dla Sztuki?!

Prawdziwy grafoman nie znosi słów krytyki i przyjmuje ją jako przejaw niezrozumienia, arogancji i trolowatego chamstwa.

Prawdziwy grafoman uważa, że nikt tak jak on nie potrafi opisać świata, poruszyć czytelnikiem, wprawić w zachwyt, zadumę, rozczulić, uwrażliwić.

Prawdziwy grafoman to ja.

(No, ale przecież prawdziwych poetów już nie ma.)

Dwa teksty

Tadeusz Borowski

Po przeżyciu obozowych traum, zastanawiał się, czy wypada i można jeszcze pisać o ukwieconych łąkach i przeczystych nieboskłonach. Czy drwiący śmiech pokoleń nie zagłuszy aby szczebiotliwych zachwytów, a późnym wnukom nie zostanie ani wiersz, ani proza, tylko kawał powroza?

Po obserwacji z okien swojego mieszkania wstrząsających scen likwidacji warszawskiego getta, po doświadczeniach związanych z przetrwaniem oświęcimskiego piekła, nie mógł zdobyć się na opisywanie własnych wrażeń w sposób patetyczny. Nie potrafił wykrzesać z siebie krzykliwych, pełnych oburzenia tonów.

Uważał, iż język ludzki jest za ubogi, zanadto nieprzygotowany do wyrażania słów ilustrujących tak drastyczne doznania. Sądził, że nie ma w nim odpowiednich określeń; żaden przymiotnik, żadna ocena, żadne nagany, potępienia, czy moralizatorskie oceny nie oddałyby grozy tamtych dni. Wszystkie były zbyt słabe wobec tych tragedii, bo człowiek przekraczający bramy hitlerowskiego Hadesu, stawał się człowiekiem przemielonym przez obozowe wymogi. Obdartym z jakichkolwiek złudzeń co do czekającego go losu. Pogodzonym z nim, gdyż dopasowanym do okoliczności.

Taki stan ducha więźnia przemielonego przez obóz, nazywał zlagrowaniem; by przetrwać, trzeba mu przywyknąć do odmiennej rzeczywistości. Beznamiętnie reagować na śmierć i upodlenie. Dlatego, pisząc o życiu obozowym, nie bełkotał w stylu olaboga.

Przedstawiał fakty bez wdawania się w stereotypowe spazmy. Tropem identycznym, jedynie trafnym przy mówieniu o niewyobrażalnych zbrodniach, poszła Nałkowska w Medalionach. Gdyż milczenie, brak histerii, lamentów i załamywania rąk mocniej przemawia do ludzkich serc, niż przybieranie histerycznych póz.
*
Są artyści o maratońskim dochodzeniu do mistrzostwa. I są twórcy doskonali już w wieku nieopierzonym. Borowski żył 29 lat. Przemknął przez czas, jak błyskawica. Ledwie zajaśniał, a już ogarnął go mrok.

Poeta, prozaik, człowiek doszczętnie wrażliwy, po wojennych traumach zafascynowany rodzącym się państwem społecznej sprawiedliwości, wstępuje w szeregi komunistów. Ulega kuszącym wizjom ustroju o czerwonej barwie, ponieważ daje się zauroczyć pacyfistycznym klekotom.

Nie on jeden został wystawiony rufą do wiatru. Podsumowanie okresu wiary w komunistyczne slogany znaleźć można w tomie opowiadań Kamienny świat.

W gronie początkowych entuzjastów zamordystycznego systemu, znaleźć można Szymborską, Kapuścińskiego, Miłosza. O komunizm otarł się również Kołakowski, ale że w trakcie psychicznej fermentacji wyrasta człowiekowi narośl nazywana trzecim okiem lub zdrowym rozsądkiem, ówże rozsądek nakazał mu wycofać się z głupoty.
*
Borowski, oprócz bycia wrażliwcem, wyznawał poglądy zbliżone do katastrofizmu, a on nie zezwalał na huraoptymizm. Według jego mniemań, świat skazał się na zagładę i tyko kwestią czasu jest, kiedy człekopodobne stwory wyekspediują go do piachu.

Obozowa gehenna to potwierdziła. Ludzie, o których naiwnie myślał, że przestaną być po nich mordercami, zawiedli go, rozczarowali, pozbawili złudzeń i nie wyciągnęli wniosków z wojny. Obserwował, jak zgnilizna nieczułości przenika do ich krwi.

Dać im szansę na opamiętanie, sterczeć w bezsensownej nadziei na cud, na życie wolne od wolności, życie oskubane z fałszu i zakłamania, wyzwolone ze strachu i bezustannych spodziewań cię śmierci, odpowiadało mu nie za bardzo. Wolał więc odkręcić kurek z gazem.

Słomiana pamięć

Okazało się, że ludzie są nadal odporni na wyciąganie wniosków z bolesnych doświadczeń. I choć po wojnie wydano międzynarodowy krzyk pod wezwaniem NIGDY WIĘCEJ, to krzyk ten trwał krótko, pospiesznie i na odpierdol.

Hasło NIGDY WIĘCEJ (np. faszyzmu) przeminęło razem z ofiarami. Bo po ekspresowych chwilach zadumy, frazes ów przepadł w tumulcie codziennych rozrywek. W hedonistycznych łoskotach tryumfalizmu. Bo gloryfikatorzy bezrefleksyjnego życia na słodko, upojnie i zabawowo, zwyciężyli zwolenników wyciągania wniosków.

Nic to, że były spalarnie ludzkich ciał i pełną parą odchodziło wyrzynanie całych narodów. Zaraz po odtrąbieniu końca wojny, zaraz po dziejowych okrucieństwach, do głosu dorwali się zmęczeni koszmarnymi widokami, a ich głównym pragnieniem było zapomnieć. I pisali o kwiatkach, i tworzyli komedie.

Efekt? Wesołość wżarła się w potoczną jaźń. Dzisiejsza wiedza poszła w las, a o czasach pogardy jest jej znikomo. Dzięki temu zalęgło się (nie tylko w naszym kraju) robactwo nonszalancji. Życia bez celu i sensu. Z dnia na dzień.

Na darmo więc pisarze trudzili się opisywaniem zagłady Żydów i ukraińskiego głodu. Na próżno układali te swoje dramaty i sprawozdania z niedoli. Niepotrzebnie biadolili o wyniszczeniach całych nacji. Bez sensu wbijali w sybaryckie czerepy swoje humanistyczne wołania o zbrodniach uczynionych ludziom przez ludzi; Nałkowska, Krall i Grudziński zostali uhonorowani zapomnieniem.

Powstanie Warszawskie, Getto, Katyń, to, czy tamto ludobójstwo, zmartwychwstawały na ułamek chwili, okazjonalnie, w rocznicowe dni namaszczone celebrą i świętymi olejami wspomnień.

Co prawda mówi się jeszcze o tych wydarzeniach, ale odkurzało się je tylko przy okazji pompy. Hucznie, od wielkiego dzwonu, w petardowej i fajerwerkowej atmosferze powszechnego zbratania, odbywają się masowe pielgrzymki i procesje do miejsc kaźni. Prowadzone są akademie ku czci. Powołuje się do życia orgie miłości do ocalałych i zdawkowe płacze na cześć nieżywych ofiar.

*

Koleiny raz naiwny Zachód przesypia moment, gdy ma do czynienia z jajem dinozaura. Niewykluta zapowiedź przedpotopowego zwierzątka wzbudza w nim obsesyjne rozczulenie, fascynację odmiennością i reanimuje nieomal macierzyńskie instynkty. Zamiast rozbić jego skorupkę, gdy jeszcze zło siedziało w środku, polityczni frajerzy zabrali się za pielęgnację gada. Pozwolili mu wyściubić pysk z pisanki i zerknąć na powierzchnię zdarzeń, a kiedy już osiągnął niebagatelne rozmiary, na dzień dobry całują go w misia, zalecają do niego, wdzięczą i przymilają ze strachu.

Gad jest ogromniasty i kiedy otworzy paszczę, lepiej nie zaglądać mu do gardziołka. Mimo to polityczna dziatwa za nic ma przestrogi przed łapczywymi kłami. Przytula go w lansadach mając zawziętą nadzieję, że dobrocią, uśmiechami czy uniżoną dyplomacją gad pozwoli się oswoić i ucywilizować, pedagogicznie przekabacić na uczciwca.

Jednakże nie pozwolił. Efektem jest obecne ratowanie ukraińskich zgliszcz. Budowanie studni po pożarach. Zwoływanie komisji do spraw rozpieprzonych na amen.

Relacja z filmu

Jest sensacyjny i umrzyków w nim więcej niż ludzi na widowni. Denaci są wszędzie: rozmazani na ścianach, skręceni w krwawy precel na piwnicznym betonie; tu oderwana główka, tam czerwona kałuża po kolejnym zafajdanym Brudnym Harrym.

Odkrywczy szablon reżysera jest taki: partner kropniętego, dajmy na to, Bond-bez-zer, postanawia zemścić się i robi to przez bite dwie godziny. Grzebie w hałdach złoczyńców, w końcu po wielu przygodach znajduje właściwego, wślizguje się do bandy jego kumpli, zaprzyjaźnia, a w międzyczasie zdrowo popija z tutki. Szczególnie w trakcie pościgu za patologią.

Bond, to gliniarz po dziadku, ojcu i jego braciach, funkcjonariusz z rodzinnymi obciążeniami. Nie lubi dyskutować z rozterkami: naprzód strzela, później głowi się, po co. Przez większość filmu przeżywa odejście ukochanej flądry, która ma go powyżej, poniżej i ogólnie gdzieś.

Generalnie akceptowany nie jest. Zarówno przez środowisko mundurowe, jak bandycką brać. Mruk; rzadko coś powie, a jak już, to nie wiadomo, śmiać się, czy płakać.

Pracuś. Przeważnie gania po dachach i schodach kamienic z podejrzanymi lub ściga wraże cztery kółka, po czym idzie na odwach spisywać raporty.

Konfliktowy. Nie znosi szefa. Nie trawi życia towarzyskiego. Samotnik. Czasem zdarza mu się oberwać. Wtedy ceruje sobie jestestwo z miną co najmniej znudzoną, palcami odkażonymi w whisky wydłubuje kulę i udaje się z przeprosinową wiąchą do byłej kochanki.

Tu następuje psychologiczny fragment filmu, bo kobieta ma w oczach przebaczenie. Prędko więc dochodzi do wzajemnego pojednania; ekran trzeszczy od sodomy i gomory, a oglądający naród ma wkalkulowaną w bilet erotykę z figurami.

Rośnie temperatura, buzują hormony, w tle widać rozczochrane łóżko, a na nim nie ulega kwestii, jakie to golasy i czyje piszczele; sine barwy znikają, pojawia się róż, brzmi sentymentalna piosnka, zapalone świeczki pełgają kusicielsko, mrożony szampan pyszni się w kubełku, lecz idylla zostaje przerwana, bo na arenę wydarzeń wdziera się zamaskowany oprych z kałachem, który strzela, aż miło i w rezultacie trafia w laskę, z której wymyka się ostatni dech.

Natomiast Bond jest w swoim żywiole: kładzie trupem faceta i na ekranie zostaje mokra plama w kominiarce. Po czym, by nie tracić czasu, akcja przenosi się do Stambułu i nie wiadomo dlaczego jestem wśród mrowia minaretów, bazarów, w plątaninie ciasnych uliczek przetykanych gwarem.

Reżyser jest malarzem kamery. Nie jakimś tam przeciętnym obszczymurem, ale mistrzem klasy B, poetą wyczulonym na grę świateł, na eksponowanie kwiecistych barw pstrokatych kobierców, które mieszają się z rumianym kolorem pyzatych straganiarzy i gdzie widz nie spojrzy, tam dostrzega ścisk, potrącankę, przepychankę, łysy czerep Bonda zmierzającego do meritum.

I w tym momencie musiałem wyjść na siku, a jak wróciłem, to dawali następny.

List emfatyka

Gdy szybujesz ponad swoim czasem, daremnie wiesz, co ci przeszkadza być. Marzysz o dawnych obszarach spokoju, ale jak podarte istnienia – uciekły. Są tam, dokąd zmierzasz: gdzie gasną minuty nie twojego czasu. Bo jesteś, żyjesz i pragniesz tylko tu, wyłącznie ze mną. Jak ten, co żył w prośbach do Boga, by zamknął mu oczy, ponieważ straceńczo sądził, że istnieje bez przyczyny.

Pozostawiam ci w darze śmiertelną gałązkę oliwną, wawrzynowy płacz wtopiony w bursztyn. Na próżno starasz się zrozumieć, dlaczego cień odbity od ciebie jest jaśniejszy, a słońce nie wędruje w orszaku z tęczy. Kalecząc skrzydła przestrzenią zwątpienia, omijasz zatoki żalu.

PS.
Wierzę w twój powrót. Jeżeli zdarzy nam się piekło wzajemnego znieczulenia i będziemy poza sobą równie szczęśliwi jak teraz, pamiętaj: „teraz” potrwa bez naszego udziału, gdyż nie można rozłączyć tych, co są nierozłączni.

Bo to przecież nie tak, że jestem twoją odpowiedzią. To ty jesteś moim znakiem zapytania. Biegnąc patrzysz w roziskrzony ocean uśmiechów. Istnieją wtedy raje i przysięgi. Jest więc z tobą tak, jak by ci dano utworzyć obraz, którego nie zdążysz zobaczyć i pytasz, jakim się stanie, zanim ożyje w cudzym spojrzeniu. Nim błysk, dany ci na próżno, spodoba się sercom twoich naśladowców.

Słowo…

…to barometr epoki. Znak triumfu i rozwoju myśli lub jego przeciwieństwo; obserwujemy metodyczne butwienie minionego czasu. Mamy więc zdania cherlawe, dowolne, wydezynfekowane z prawdy i obdarte z sensu. I zdania te, o zawartości niepopartej faktami, natomiast hojnie obdarzone domysłami, tak są bezbarwne, że aż nie dają się przypisać jednemu autorowi, tylko wielu, a wyrządzają nam, ich czytelnikom, krzywdę podobną tej, jaką przed laty wyrządzał cenzor uzbrojony w brak mózgu i nożyczki podłączone do KC.

W tym sensie zrozumiale brzmi wyznanie Gombrowicza, że nie chce być pisarzem idealnie poprawnym, pozbawionym wszystkich językowych odstępstw od norm, a nie chce, ponieważ ich gorliwe i rygorystyczne przestrzeganie prowadzi do „wykastrowania z indywidualności”.
*
Literatura za bardzo wzięła sobie do serca fakt, że mówi się o niej „piękna”. Zanadto, gdyż powinna mieć spocony kałdun wystający z niedopiętej koszuli. W moim pojmowaniu nie ma nic wspólnego ze stylistycznym betonem: jest prosta, czyli ludzka. Pachnie rzeczywistością; nie nosi kagańca i przepuklinowego pasa.

Literaci zawzięli się używać słów przylizanych, podczas gdy stosowane przez nich, nie powinny dzielić się na wyrazy dopuszczalne i zakazane, gdyż jest to podział sztuczny i nieuprawniony. Pierwsze to te z bramy frontowej, wizytówkowe i uładzone, drugie to te, które ukradkiem przemykają się pod schodami.

Słów potocznych, żywych i obrazowych, używa się niewiele. Kolokwialne, pospolite, chadzające za potrzebą i samopas, słowa na bosaka, z tłuszczykiem i przy kości, wymięte, neologizmy przyniesione prosto ze zgiełku ulic i bazarów, słowa przy nadziei, zamieszkałe w zwyczajności nie mogą dopchać się do należnej im nobilitacji.
Sądzę, że dzisiejsze zasady jutro będą uznawane za błędy. Podobnie jak wczorajsze są nie do przyjęcia – teraz. Mówię o modzie na poprawne wyrażanie myśli. Język, styl, gust – nie są to rzeczy zastygłe: podlegają nieustannym, etycznym i estetycznym modyfikacjom w trakcie procesu naszych przeobrażeń; są kształtowane przez zmiany zachodzące w naszej psychice.

Jak wiadomo, język nie zanika, tyko niektóre wyrazy schodzą ze sceny do archiwum znaczeń, a ich miejsce zajmują świeże, bo są zrozumiałe współcześnie. Niekiedy lepsze od poprzednich, a niekiedy gorsze.

Lecz te fluktuacje świadczą o rozwoju naszego słownictwa. Bo skoro niektóre z bogatego repertuaru powiedzeń mają wychodne z potoczności, nie oznacza, że nie należy ich przypominać, gdyby nie wygibasy słowotwórcze, nasz sposób wyrażania myśli byłby od czasów Reja wciąż ten sam.

Jerzy Szaniawski

Dane encyklopedyczne: polski dramatopisarz, prozaik. Od 1933 członek Polskiej Akademii Literatury. W czasie okupacji niemieckiej współpracował z ruchem oporu, 1944 więziony na Pawiaku. Po wojnie mieszkał w Krakowie, następnie wrócił do Warszawy, później osiadł w rodzinnym Zegrzynku.

Autor groteskowych komedii poetyckich Murzyn (wystawienie 1917) i Ptak (wystawienie 1923). Rozgłos oraz pozycję jednego z najwybitniejszych dramaturgów polskich XX w. przyniosły mu sztuki: Żeglarz (wystawienie 1925), Adwokat i róże (wystawienie 1929), Most (wystawienie 1933), Dwa teatry (wystawienie 1946). W swoich dramatach łączył liryzm z psychologizmem oraz pierwiastki filozoficzne i symboliczne z fantazją. (Dramaty zebrane Tom 1-3 1958).

Ponadto opublikował zbiór drukowanych wcześniej w Przekroju miniatur prozatorskich Profesor Tutka (1954-1962). Napisał także zaliczane do klasyki gatunku słuchowiska radiowe, np. Zegarek (1935), scenariusz serialu telewizyjnego Klub Profesora Tutki (1967-1969), wspomnienia W pobliżu teatru (1956).
*
Tyle da się wycisnąć z encyklopedii wczesnych lat początku obecnego wieku. Od tamtego czasu przybyło nam wiedzy o Jerzym Milczącym, jak nazywano autora. Przybyło i mogliśmy zorientować się, że jego los nie był godny pozazdroszczenia. Urodzony w Zegrzynku w 1886, umiera w 1970 w Warszawie.
W latach 60 następuje śmierć jego wiernej gospodyni i współlokatorki w Zegrzynku, Wandy Nadolskiej. Widzę w niej charakterologicznie podobną do Celesty Albaret opiekunkę artystycznej duszy, ale nie Marcelego Prousta, lecz pana Jerzego.

Traumatyczny fakt jej odejścia, złodziejska parcelacja majątku odziedziczonego po rodzicach, osłabnięcie twórczych mocy, a także ambarasy z pobliskimi sąsiadami, wydarzenia te sprawiają, iż pogłębiła się jego niechęć do nawiązywania kontaktów. Nie tylko z literatami.

Niechęć zwiększa się z przyczyn ideologicznych również. O ile w okresach międzywojnia talent Szaniawskiego rozwijał się wyśmienicie i wszystkie znaki na niebie zapowiadały, iż rodzi się niepospolita, dramaturgiczna gwiazda, to w parę lat po drugiej wojnie światowej, razem z utratą niepodległości i rozpoczęciem kolejnej okupacji, następuje zdławienie marzeń o swobodzie artysty do wypowiedzi.

Indywidualizm, samodzielność przekazywania własnych wizji świata, poszła won, a na opuszczone miejsce wdarło się regulowane, kolektywne myślenie; myślenie uzgodnione przez nieomylną partię.

Proces odgórnego narzucania partyjnej wizji rzeczywistości został nazwany socrealizmem (1949), a ten, kto go nie zaakceptował i nie chciał nosić czerwonej obroży, miał zakaz druku. Jednym z wielu nie potrafiących pogodzić się ze wspomnianym idiotyzmem był Szaniawski: za wytrwałe uchylanie się od arbitralnych dyrektyw, został nagrodzony uwiądem obecności w kulturze. A przede wszystkim – biedą i gasnącym talentem. Trudno jednak pojąć brak odpowiedzi asekuranckiego ZLP na jego błagane supliki o mydło. Tak jak z trudem i przy zachowaniu dużej dawki miłosierdzia przychodzi zrozumienie faktu, że w komunistycznych czasach grabież cudzego mienia była legalna i nazywana była sprawiedliwością dziejową.
*
Z racji swojej mrukliwości traktowany za odludka i mizantropa, stroni od zażyłości z kimkolwiek nowo poznanym, a dotychczasowe relacje ulegają wychłodzeniu. Brany za dziwaka, przystaje na tą uproszczoną opinię. Zamyka się, otorbia samotnością, z uporem kontynuuje starokawalerskie nawyki.
Wpływ nieobecności pani Wandy na życiowo niezaradnego dramaturga jest ogromny. Pisarz, lotny w sprawach literackich, jest bezradny w codziennych: przerastają go. Tłamszą, bo twarde stąpanie po ziemi nie należy do przymiotów pisarza. Zagubiony w sprawach przyziemnych, naiwny i łatwowierny jednocześnie, patrzy nieufny okiem na rodzące się obyczajowe i cywilizacyjne przemiany jego zacisza i azylu w gadatliwą inwazję rozwrzeszczanej cywilizacji.

Z przerażeniem obserwuje powstanie betonowej zapory w Dębem i Zalewu Zegrzyńskiego z tłumem rozwydrzonych wycieczkowiczów; ma naturę skłonną do kontemplacji. Podatną filozoficznym rozpamiętywaniom i długim spacerom w towarzystwie ciszy.
Oto jego świat. Świat toczący się w niespiesznym rytmie. Pozbawiony zgiełku, stonowany i przewidywalny. Zrozumiały i ustabilizowany. Wszelkie zaś powikłania i odstępstwa od naturalnego biegu rzeczy, traktował jako zaburzenia kolei rzeczy.
*
Na starość zgłupiał: dotychczas przysięgły kawaler, w szczeniackim wieku 76 lat żeni się ze schizofreniczną wywłoką, malarką uprawiającą bicie, głodzenie i karmienie gipsem staruszka. Do ostatnich chwil życia, czyli do jego 84 roku, ów babon w nieszpetnym opakowaniu znęca się nad nim fizycznie i psychicznie, lecz nikt ze znajomych i ze Związku Literatów Polskich nie był zainteresowany udzieleniem mu pomocy.

Kiedy go pochowano, dzielna pacykara żyła w jego dworku do 77 roku, do czasu kiedy tenże dworek do imentu spłonął razem z resztką rękopisów niewyrzuconych przez nią na śmietnik.

PS
Banalna opowiastka z małomiasteczkowej cukierni: kwartet prowincjonalnych notabli: rejent, doktor, mecenas, radca i sędzia, uczestniczy w gawędach dystyngowanego profesora Tutki. Czwórka szacownych obywateli spotyka się w niej regularnie. W celu przerwania monotonii, w celach rozrywkowych, dla urozmaicenia nudy i zabicia czasu. Nadają ton i kierunek zainaugurowanej gawędzie.

Pełnią rolę tła, narracyjnego pretekstu do snucia dalszego ciągu historyjki. Przy czym owo snucie jest wyraźnym sygnałem obwieszczającym interlokutorom Tutki odwieczną prawdę: nic nie jest takie, jakim się wydaje. Wszystko, o czym mówimy, można zinterpretować i wyjaśnić odmiennie. Nie oznacza to, że trafniej, ale nauka z tego taka, że każda przypowieść jest tylko pozornie prosta. W istocie jest złożona z wielu warstw. Jak rewers i awers, jak podszewka i materiał na ubranie: zawiera w sobie mnóstwo niedopowiedzeń, braków bezdyskusyjnych odpowiedzi i tajemniczych podtekstów.
*
Szaniawski nie pisze niczego, czego nie wiedzielibyśmy przed nim. Nie są to więc odkrycia na miarę kopernikańskich przewrotów. Nie to było przyczyną pisania o Tutce i jego przygodach. Notabene przyczyny walki ze stereotypami naszego myślenia, genezy słownych wojen prowadzonych przez mistrza, widoczne są we wszystkich jego dziełach. W dramatach, wspomnieniach, słuchowiskach i zbiorach opowiadań roi się od zawiłości, tajemnic i niedopowiedzeń.

Walka jednak nie była skuteczna; trafiła na niezrozumiały opór ludzkiej materii. Bo gdy spojrzymy na datę powstania tych utworów i skonfrontujemy je z obecną, to możemy stwierdzić, że pod względem eliminacji stereotypów, nadal stoimy w tym samym miejscu i dalej zabawiamy się w toczenie bijatyk z matrycowymi przekonaniami. Dalej pogrywamy z komunałami w ten sposób, że zamiast frazesów sprzecznych z naszymi, wstawiamy własne. Z czego wypływa wniosek, że niesłusznie, zuchowato, na wyrost i wciąż uważamy się za humanistów. I to w swoich utworach mówi nam Szaniawski czytany dzisiaj.

Zatem, poczynania Szaniawskiego widziane od strony wojny z przesądami, te uporczywe użerki z produkowaniem oceanów moralnej piany, okazują się równie owocne, jak pedagogiczne wyczyny pozostałych artystów.

Lecz nie moralizatorskie i staroświeckie nawyki autora są dla mnie istotne. Ważnymi jego zaletami są wspomniane przyczyny pisania, oraz forma przekazu. To dzięki tym cechom jego twórczość nie zachodzi mgłą.

PS2
Tylko Przekrój zdecydował się na publikowanie opowiadań o profesorze Tutce. Lecz kiedy w 1955 r. zwolniono blokadę z niemożnościami i pojawiły się chwile na zajęczą odwagę, strachliwy ZLP zorganizował mu hałaśliwy powrót do łask. Od tego momentu mógł jawnie publikować, ale choć jeszcze wystawiał swoje nowe dramaty, to nie miały w sobie tyle ognia, co poprzednie: dar zeżarł los.