Archiwa

Potworność

Jacy byliśmy, jacy mali jak kamyk, jak źdźbło?
Jacy byliśmy, kiedy wielka woda czasu
dała nam połysk i słój i zło imieniem człowiek?

Dla naszych nóg otwarły się drogi,
dla naszych rąk zamknęły się morza.
Ugięły się chmury pod nami, rozstąpiły błękity.

Wymyśliliśmy wygodne wymówki tak prawdziwe,
że śmierć w ich imieniu to doprawdy błahostka.
Więc nieśliśmy ją z dumą i dla zgrozy
na chorągwiach, proporcach, sztandarach
i w wypalonych oliwnych dzbanach
naszych pustych serc.

Uklękło przed nami niejedno miasto,
co miało kolana uklękło.
Upadło przed nami niejedno państwo.
Umilkły pieśni i psalmy.
Dziś tylko nadobne skorupy po pisklęciu,
tylko ślady na wodzie, kamień na drodze.

Ty, który się wyklułeś z kosmicznej czeluści,
jakim imieniem mam cię czcić, jakim laurem
przystroić włos i skroń, przed jakim ołtarzem
spotkam cię i milcząc zrozumiem
każde ze słów, których nie wypowiesz,
rozpoznam każdy gest i każdą myśl twoją
odczuję jak swój najgłębiej ukryty ból?

Jacy będziemy, kiedy ucichnie wiatr?
Jacy będziemy, kiedy ciemność
wyśle z poselstwem swoje długie cienie?
Jak zabrzmi ostatni dzwon?

Na imię mi potworność.

Na dole

Tutaj mamy takie różne rodzaje bólu,
cierpienia, niezawinionych śmierci.
Mamy cały wachlarz możliwości
złorzeczenia na niesprawiedliwy los.
Na Boga! Ileż my mamy motywacji,
aby wykrzyczeć swój żal, ileż inwencji
wkładamy w każdą łzę, w każde
wstrzymanie oddechu, w spazm!
Jacy jesteśmy kreatywni w tym naszym
małym wielkim nieszczęściu!

Potrafimy wprawdzie pocieszyć się
widząc cierpienie większe niż nasze,
lecz trwa to jedynie chwilę.

W przeciwieństwie
do pozbawionego współczucia
wiecznego ogromu
ciągnących beznamiętnie chmur
na beztrosko obojętnym
błękitnym niebie.

Kwestia optyki

Na początku.
Kontury są ostre, a cienie długie i drapieżne.
Bywa, że istotne lub choćby tylko piękne
wyłania się z mgieł. Faluje, krystalizuje się.
Najlepiej, kiedy tylko w błękicie, najlepiej, kiedy
oglądowi towarzyszy mroźne powietrze.
Wcale jeszcze nie mróz i wcale jeszcze nie to,
co odbiera oddech.

Później.
Wszystko zmierza do jednego punktu.
Zaprogramowana kondensacja optymalizuje.
Zająć jak najmniej miejsca z jak najlepszą perspektywą.
Być w centrum i być centrum.
Patrząc daleko nie widać tego, co najbliżej.
Można zapomnieć.

Jeszcze później.
Perspektywa staje się znajoma.
O zmianie zaświadczają kolory i
to coś, co czai się za horyzontem.
Teraz potrafisz już nazwać większość rzeczy,
ktore się wyłaniają. I zadrżeć patrząc
Jak odchodzą, pogrążają się w noc.

Prawie noc.
I choć wiesz, że nikt nie zapala gwiazd ani księżyca,
i choć wiesz, że ta koronkowa robótka
ze skał i światła prawdopodobnie umarła
na długo przed twoim pojawieniem się,
a to, co widzisz jest tylko iluzją,
odczytujesz w tym coś ostatecznego
i kawałek poezji nim odnajdziesz.

Taki amen, taki lament

Odchodzi. Światło dokonuje kolejnej przemiany.
Błękitnieją nieba i wody wezbrane, napiera
zmierzch.
Dziś z bezchmurnego jutro pewnie lunie.
Potem przyjdą chłody i biel, noc zapomni o mnie.

A jednak się kręci i nic się nie stanie?
Nie będzie odpowiedzi mniej lub bardziej właściwej
na każde, na żadne pytanie.

Los nie los

Ci których spisano i ci z brązu odlani,
i ci w kamień zamknięci, i święci –
nie umierają.

I może jeszcze poeci,
lecz to wyjątkowo rzadkie przypadki
i dowód na życie po życiu.

Ja natomiast swój los
kupiłem w osiedlowym sklepiku.
Razem z wiejską kiełbasą i bułką paryską.

Taki los nie los.
Takie nic i takie wszystko.

Twoje wyspy szczęśliwe

z cyklu „Kreolskie pieśni”

Twoje wyspy szczęśliwe
odległe lecz takie bliskie
na środku ukrytych myśli
zasnute mgłą o świcie

Twoje wyspy szczęśliwe
to dwa pagórki tętniące miłością
w dotyku cierpliwych dłoni
spojrzeniu ciepłych oczu

To ocean marzeń
o kielichu otwartym
na czułość twych warg
gdy wnikają w jego otchłań

aksamitne pragnienia

Twoje wyspy szczęśliwe
na środku drogi
w uśpieniu lasu
w różanym pokoju
i dżwięku naszych serc

Obiecałeś

z cyklu „Kreolskie pieśni”

 

Obiecałeś przyjść tu rankiem
i całować moje włosy
jakim jesteś więc kochankiem
że się lękasz kropli rosy

Srebrnej gwiazdy i marzenia
lśniącej fali co cię wabi
kiedy wyjdę z morza cienia
to ma radość cię pozbawi

Niepokoju i tęsknoty
za miłością i śpiewaniem
bo w mej pieśni będzie o tym
żeś ty moim jest kochaniem

Wtedy przyjdziesz do mnie rankiem
i całować będziesz włosy
bo cudownie być z kochankiem
choć się lęka kropli rosy

W krzyku mewy w wiatru śpiewie
w fali co cię kusi ładnie
całuj mocno bo na niebie
będzie pusto kiedy gwiazda spadnie

I utopią się złudzenia
w morskiej fali i głębinie
gdy nie wyjdę z nocy cienia

Twoje szczęście się rozpłynie

Puste ulice świętych miast

Bądź wyprostowany, pewnie stawiaj kroki
wśród piasków pustyń grząskich bezkresów.
Dzisiejsze miast arterie pod nieba obłokiem
jutro będą ruiną bez państw i adresów.

Patrz uważnie, zapisz pejzaż pod oka powieką.
Niech się wpisze w niepamięć jasnym powidokiem.
Tu pulsowało życie, mroczną rwało rzeką,
tętniło muzyką zza otwartych okien.

W Angkor naszych kości małpy nie policzą.
Drzewa zrobią co swoje, kwiaty nas przystroją.
Dzisiejsi bogowie jutro ledwie dziczą,
słońca bez nazw zgasną nocy się nie bojąc.

Igraszki z czasem

Czas nie obszedł się z nami zbyt dobrze.
Czas był wściekły i zły, i być może
nie był wtedy w najlepszym humorze,
ale mógł się, o Boże, obejść jeszcze gorzej.

Mógł na przykład, oprócz włosów krętych
i puszystych w nadmiarze jak burza,
tak się na nas bez sensu wkurzyć,
że odebrać mógł, o Boże, ostatnie zdrowe zęby.

Mógł czas taką dać jeszcze nam lekcję,
żeby nogi nam związać, powykręcać ręce
i do tego jeszcze dołożyć naprędce
jakąś jaskrę, głuchotę, przypadłości męskie.

Ale nie – on obszedł się z nami łaskawie,
choć co jasne nie nazbyt dobrze.
Dał nam czas nim przyjdzie na pogrzeb
na odpowiedź, i tu się robi dopiero ciekawie,

na pytanie z punktu widzenia czasu
absurdalne, choć może zabawne,
co zrobiliśmy z czasem, czy czasem
nie zmarnowaliśmy go głupio już dawno?

Kolejka wąskotorowa w Halloween

Dziś jeszcze nie śnieg, nie deszcz.
Zapowiada się całkiem przyjemnie.
Będzie dość ciepło – nie tylko jak
na tę porę roku.

Od liści jest żółto i czerwono,
od wiatru się szeleści. Wcale
przy tym nie smutno.

Maszyniści przygotowują kolejkę
wąskotorową. Zabierze przebierańców
w szeroką podróż wśród duchów,
wampirów, zombiaków.

Jutro uczcimy zmarłych, lecz dzisiaj
czas na zabawę „cukierek, albo psikus”.
Pomalowane dzieci w tym pomylonym świecie
nie wiedzą jeszcze o tym, że
choć dziś jeszcze nie śnieg, nie deszcz,
to ostatni taki kurs wąskotorowej kolejki.

Przez liście żółte i czerwone, kawałek lasu,
przez szerokie pole
i dalej, dalej w niepamięć
z maszynistą Zygmuntem Gawronem,
który umrze nad ranem.

Jaki to Bóg?

Na noc, na księżyc i jego światło,
na to wszystko, co po nim nastanie.
Na zaranie dnia, na słońca niezgasłość,
na kolorów tęcz i nieb, traw powstanie.
Na z nich kwiatów, z łąk całą nagłość,
na ptaków, pszczół, na ich opętanie.

Jestem i będę do kolejnej jasnej wiosny.
Jestem, choć nie wiem dlaczego, po co.
Wiem gdzie mnie godzin wiatry przyniosły,
znam zapach minut, smak sekund nocą.
Pamiętam miejsca, w których dorosłem,
choć nie wiem po co, nie znam losu.

I jaki Bóg da mi odpowiedź, jaki by mógł
wskazać mi sens, dać choćby znak?
I który z nich i z jakich epok przybędzie tu
gdy zacznę iść pod czasu prąd i wspak?
Kto zadmie w trąbę, w krzywy róg,
kto da im, że to czas, kto da im znak?

Nie ja, nie ja, nie ja.

Gdzie ciebie nie ma (ból)

Możesz mi zmierzyć puls,
ciśnienie krwi,
możesz mnie zważyć,
określić wzdłuż i wszerz.
Możesz wyznaczyć wzór
na moje całe być,
na moje noce, dni,
lecz nie sny.

W snach Ciebie nie ma,
w snach nic nie boli,
czas zmienia temat
w innej budzę się roli.

Budzę się i:

możesz mi zmierzyć puls,
ciśnienie krwi…