Archiwa

Niekulturalnie o kulturze

Czytajmy, bądźmy zorientowani w otaczającej rzeczywistości, bo tylko wtedy dyskusja będzie miała sens, tylko wówczas nie stanie się kolejną słowną przepychanką: zbiorem emocjonalnych obertasów! Czytajmy, pogłębiamy wiedzę, ale nie tą uproszczoną, czerpaną z demagogicznego mędrkowania, gołosłownych pochrząkiwań i zaściankowych uprzedzeń, tylko tą, która wywodzi się ze sprawdzonych źródeł, z wieloletnich badań i realnych doświadczeń, opisów sporządzonych przez ludzi takich, jak Malinowski, Kapuściński, czy Ciechanowski, naukowców, historyków, reportażystów o ugruntowanej renomie.

Niestety, na temat historii lub kultury w mentalnościowo odmiennych krajach wypowiadają się ludzie, którzy zaledwie otarli się o PROBLEM; ich namaszczona i niepodważalna wiedza o stanie duszy człowieka z Afryki lub państw Bliskiego Wschodu jest tak samo przenikliwa, jak wiedza polskiego faszysty o patriotyzmie. Nic dziwnego: współczesny człowiek skazany jest na medialne uproszczenia, na ustawiczne bombardowanie tendencyjną papką podawaną mu w zależności od przekaźnika. Zazwyczaj są tu surogaty masowej wiedzy, a że nie wszystkim uśmiecha się weryfikacja tych uproszczeń – u źródeł, większość zadowala się plotkami, pogłoskami, zapatrywaniami powielanymi mechanicznie. I ta poznawcza inercja ma duży wpływ na częstotliwość popełnianych przez nas błędów.
*
Zacznę od zgubnego nałogu. Jesteśmy przyzwyczajeni do uważania, że tylko Europa ma kulturę, a reszta kontynentów potworzyła jakieś namiastki. Stąd antycypacja: wszelkie inne są gorsze, niewarte poznania, prymitywne kadłuby, karykaturalne twory, przypadkowe zlepki; nie to, co nasza, górująca nad resztą, w związku z czym uprawniona do rozszerzania się po całym świecie.

A przecież wiadomo, że wszystko, czego nie znamy, jest obce, a przez to wrogie. Pisał już o tym Herodot, ale to jego spostrzeżenie jeszcze nie dojechało do zalęknionych umysłów współczesnych ludzi; ciągle jesteśmy na aroganckim etapie rutynowanych przeświadczeń o swojej doskonałości.

Maria Janion w książce Niesamowita Słowiańszczyzna (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007, s. 221.) powiada: „Jeśli mierzyć kulturę umiejętnością czytania i pisania rozpowszechnioną wśród mieszkańców (nie kleru), to trzeba przyznać kręgowi bizantyńsko-słowiańskiemu znacznie wyższe kwalifikacje niż Zachodowi.”
O kulturowym współistnieniu pisał Malinowski, a w jego antropologicznych tekstach nie ma miejsca na ich dzielenie, wyodrębnianie lepszych od gorszych, nie ma nawoływania do wycinania innych w pień i narzucania własnej.

W każdej z pięciu części refleksyjnej książki o wspólnym tytule Lapidaria, jej autor, Ryszard Kapuściński, zwraca uwagę na bezpodstawne przekonanie o przewadze kultury europejskiej nad pozostałymi. W innych książkach, choćby w Rwącym nurcie historii, czyni analogicznie, trudno więc fakty te przeoczyć.
Mówi też o konflikcie Islamu Z Chrześcijaństwem, o niemożności jakiegokolwiek porozumienia. Pisze o znikomym procencie terrorystów w przeszło miliardowej grupie wyznawców tej religii. Zwraca uwagę, że zjawisko terroryzmu w państwach afrykańskich nie występuje, a jest w państwach arabskich. Zwłaszcza w Iraku, Afganistanie, Syrii.

Islam, co trzeba zaakcentować, jest młodszy od Chrześcijaństwa o siedemset lat. O ile Chrześcijaństwo ulegało reformatorskim przetworzeniom, to Islam jest pod tym względem nieugięcie konserwatywny; choć zmieniły się czasy, nadal kurczowo trzyma się skostniałych przepisów koranicznych i zdecydowanie odrzuca asymilację.
*
Arbitralne wytyczenie sztucznych granic pomiędzy krajami poddanymi kolonizowaniu, zaowocowało rozdzieleniem plemion, rodzin i klanów, a późniejsze odzyskanie wolności, obudziło w narodach – nacjonalizm: chęć zdobycia własnych praw. Praw do swojej religii, swoich obyczajów, praw do etnicznego zjednoczenia i osiągnięcia kulturowej tożsamości.

Odrodzenie się nacjonalizmów w państwach postkolonialnych udowodniło, że zaprowadzanie europejskiego modelu kultury nie powiodło się na terenie Afryki: nie przyjęły się plany transplantowania europejskich obyczajów.

Co innego w Ameryce Łacińskiej. Tam doszło do swoistego synkretyzmu, kulturowej symbiozy, wzajemnego poszanowania odmienności, tam Europejczykom nie przeszkadzała żywiołowa religijność, wielobóstwo i wiara tubylców, ich fanatyczne pietyzmy i rytuały.

Warto zastanowić się, dlaczego jedne nacje potrafimy zaakceptować, innych natomiast nie tolerujemy. Dlaczego nie uwzględniamy faktu, że są rożne formy Islamu: łagodny w Azji (np. Indonezja) i radykalny, wojowniczo wynaturzony w Afryce (np. Syria). Dlaczego potępiamy go ryczałtem, nie troszcząc się o zrozumienie przyczyn jego podziału.

Trzecia w nocy

Przyszedłem na świat o trzeciej w nocy.
Nic dobrego z tego nie będzie, powiedział
mój ojciec niebieski.
Moja matka śmiertelna, Nadzieja, zawsze
dawała wszystkiemu drugą szansę.
Nawet ziemniaki odgrzewała jak mantrę;
chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…

Którzy mieli odejść, odchodzili w południe,
ci, którzy mieli zostać nie rodzili się wcale.

Lubię siadać przy stole o trzeciej w nocy.
Wtedy spokój jest niezakłócalny.
O trzeciej w nocy tylko pies w domu ludzi
patrzy na mnie
jakby mnie rozumiał.

Kryzys kubański

Między mną a moim ciałem jest
pewne napięcie. Podsycane
uczoną propagandą może doprowadzić
do otwartego konfliktu.
Pokazujemy sobie pazury,
szczerzymy do siebie zęby.
Davis gra „So What”.

Tag

Jeśli mamy się spotkać w otchłaniach
czasów, miejsc i wszelkich możliwych zdarzeń,
jeśli nasza pewność tego zdarzenia
musi być silniejsza od śmierci
i rachunku prawdopodobieństwa,
to powinniśmy się otagować.

Znaleźć miejsce,
którego nikt przed nami nie znalazł,
najlepiej z czymś nieusuwalnym
jak głaz, którego nikt nie ruszył
od tysięcy lat, lub skała.
Wyryć w tym miejscu i czasie znak,
którego nikt przed nami nie wymyślił.

Kiedy już umrzemy, Kochana, jedno po drugim,
(ta chwila niech będzie odległa jak słońce),
kiedy już koniec będzie końcem, Kochana,
wystarczy wtedy znaleźć to miejsce.

Póki co, Kochana, kochajmy się
jakby nic nie miało się zdarzyć,
jakby nic nie miało się zdarzyć.

Relikt

Kim byś była, gdybyś nie zginęła
i próżno było Cię ratować?
Na te i inne pytania nie odpowie
przypadkowo spotkany na ulicy
nosiciel tragicznie pięknego życiorysu –
solidarnościowy człowiek.

Myśmy to uczynili naszym zaniechaniem,
myśmy się przyglądali zamiast
rąbać toporem łeb hydry.
W kraju Twardowskiego
uwierzyliśmy w spisane układy.
Cyrografy zamiast konstytucji.

Choć księżyc nie zwali nam się w pejzaż,
to niezauważenie znaleźliśmy się
po ciemnej stronie
tej historii.

Za sto lat ktoś nas odkryje.
Zupełnym przypadkiem, niedowierzając,
że można było tak zniszczyć własną legendę,
pisząc na marginesach coś na kształt
antyhistorii.

Moja larwa

Znam imię larwy, która się wygrzewa
w ciepłym kokonie mojego ciała.
Zdarza mi się myśleć o niej
z czułością.

Dojrzewa cierpliwie. Ostatnio
czuję jak się porusza.

Któregoś dnia wydostanie się ze mnie.
Rozwinie skrzydła i zanim odfrunie
będzie tym, czym nigdy się nie stałem.

Komentarze

Pisuję na rozmaitych forach literackich i często zdarza mi się publikować ten sam tekst. A robię to nie dlatego, by zachwycać się swoim nazwiskiem i fabrykowaniem gniotów, lecz dlatego, by czytać rozmaitego kalibru komentarze i komenciki: ciekawi mnie odbiór mojego gryzdania. Niekiedy zauważam brak komentarzy i to też jest swoista reakcja. Zniechęcająca, ale taki jest los piszącego. W każdym jednak wypadku głos czytelnika jest pouczający i ważny.

Z uporem tetryka nawykłego do wszystkiego logicznego stwierdzam arbitralnie, ostatecznie i po wieki wieków, że CZYTELNIK, to dla autora – grunt. Podstawa jego bytu i niebytu. Uzasadnienie literackiej egzystencji.

Jako nałogowy socjolog – amator, bardzo lubię sobie wyciągać wnioski na ten temat i cichcem sobie stwierdzam, że ten sam tekst na jednym portalu został uznany za taki sobie, na innym natomiast oceniony został jako śliczności. A znowuż na innym przeszedł bez komentarzy. Na jednym czytelnicy uważają mnie za grafomana i proponują, bym zamknął pysk, na innych namawiają na opublikowanie książki. Lecz na szczęście nie jestem bufonem i zamiast saturatora mam w głowie kapkę oleju. Tenże mózgowy olej pozwala mi na zachowanie zdrowego rozsądku.

Z uporem naiwnego maniaka zadaję sobie ciągle aktualne pytanie: czy mając zasób wiedzy i doświadczeń porównywalny z wiedzą i doświadczeniami wyniesionymi z przedszkola lub żłobka, mam wystarczające powody do zadzierania nosa i mogę czuć się pyszałkiem, wiedząc o istnieniu Saroyana, Dostojewskiego, Bunina, Czechowa, Maupassanta?

Kiedy czytam Białoszewskiego, Faulknera, Joyce‘a, Updike‘a, Leśmiana, Balzaka, Baudleaire‘a, Słowackiego, Różewicza, Twardowskiego lub Herberta, jak mogę, z aroganckim czołem, przeciwstawiać tym ludziom niezdawkowej myśli, swoją mizerotę? Jak mam pouczać kogokolwiek, skoro nie potrafię napisać lepiej?

*

Tak sobie miarkuję, że jakość komentarzy zależy od związanych z nimi – oczekiwań. Jeżeli wklejam tekst na forum grupujące ludzi usiłujących nauczyć się pisania, to nie powinienem wściekać się, że wytykają mi bezmiar niezasadnych przecinków, literówek, nieużywanych słów, przeterminowanych imiesłowów i tego typu przydatków lub naddatków. Lecz jeśli wpisuję swoje bzdety na forum służącym do prezentacji procesu myślowego, świadomie narażam się na opinię ludzi piszących nie od dziś, na ocenę tych, którzy na literaturze zjedli zęby, niejedną książkę przeczytali, wiedzą więc, na czym polega twórczość, dlaczego niektóre teksty zasługują na merytoryczną dyskusję, a niektóre – na lekceważące machnięcie ręki. Mogą zatem osądzać, czy idea zawarta w utworze jest wyrażona sensownie i klarownie, a mogą, ponieważ zamiast legitymacji w postaci wirtualnego dyplomu, zaprezentowali czytelnikom wiele swoich utworów świadczących o tym, że znają się na rzeczy, są profesjonalistami, że nie zamierzają bawić się we wnikliwe rozważania o tym, czy w trzecim zdaniu opowiadania ma być wielokropek; ryzyko publikowania na określonym forum wiąże się zatem z określonymi konsekwencjami i nie ma powodu popadać w estetyczne konwulsje.

New York, New York

Podchodziła do mnie trzy razy w tych dniach.
Ach, gdybym się mógł spodziewać!….
A mógłbym. Gdybym choć odrobinę
zaufał temu, który rozdaje drinki z palemką.
Czy i mnie obdaruje, dotknie swoją dobrocią?
Da pogłaskać kota o imieniu…
(nie znam się na imionach kotów)

A może wszystko jest iluzją
i dwie wieże musiały runąć
dla duchowego odrodzenia
ludzkości?

Mniejsza z tym. W Nju Jorku jest zimno.
Pytam Janusza, a on mi mówi, że:
– Do Central Parku pójdziemy później. Wszyscy zachwycają się wytartymi symbolami, frazesami ściekającymi wódką i zakąską po tłuściutkim licu młodzieńca z chytrymi oczkami i z całym zapleczem metod znanych i uznanych za nieliterackie.
A teraz pozwól, przyjacielu, (znałem się z Januszem z różnych okoliczności, lecz nigdy osobiście), że przedstawię ci Saszę… Gdyby udało się jego rodzicom wyjechać wtedy z Rosji, pewnie siedziałby na tej ławce, tutaj, w Tompkins i bajdurzył Anicie o zwłokach…
Widzisz tego foksteriera? Dziwnie nam sie przygląda.

Rurkami płynie światło.
Elektrody przyjemnie łaskoczą.
Jest ciepło, w Central Parku
zwykły ruch. Umówiłem się na
spotkanie z A. (Wiedziałem,
że pierwsza literą w każdym alfabecie
jest najważniejsza!)

Nawet jeśli to wszystko jest jednak iluzją,
nawet jeśli to wszystko kończy się
zupełnie nieśmiesznie…
I choć zupy nigdy nie ruszyłem
za żaden ocean, jedno wiem:

I Love New York.

Dotknięcie ciszy

A kiedy okryjesz mnie swymi piórami,
nie ulęknę się strachu nocnego.
Najważniejsze, że będzie cicho,
że wszystko wydarzy się w ciszy.

Cisza nie porusza powietrzem.
Jest sokiem nocy i jak sok jest gęsta.
Ona otula wszystko, jak Ty, piórami,
otula kocem utkanym z bezczucia.

W takiej ciszy nie słychać kiedy ktoś
umiera. Tak zwyczajnie, niezauważenie.
Jakby się stało częścią oczekiwania
aż przyjdziesz i dotkniesz lekko.

Piątek, dziewiąta

Ty jesteś moim synem,
Ja Cię dziś zrodzilem.
Ja jestem twoją drogą,
Ty jesteś moim synem.

Noc rozerwałem światłem,
Dzień zasklepiłem niebem.
Odszedłem z ptaków śpiewem,
Nie byłem pewien.

Z dwóch drągów powóz twój
Na Czaszkę wiózł Cię byś potem
Uniósł tam wzrok swój, a ból
Kapał pokotem.

Ty jesteś moim synem,
Ja jestem twoją drogą.
Ja Cię dziś zrodzilem.
Nie masz nikogo.

…aż do niedzieli.

Niosący kamień

▪Niech otworzą się bramy nieba
Otworzą się bramy nieba niech
Się bramy nieba niech otworzą
Bramy nieba niech otworzą się
Nieba niech otworzą się bramy▪

Niech otworzą się bramy nieba
A wy którzy tam wejść chcecie
Zdejmijcie buty i umyjcie stopy

Niech w sercach waszych roztopy
Mróz odejdzie w niepamięć i szarość
Tam gdzie błękit się czai odejdzie
I małość niech zamknie oczy na wieki
Brud dotyku niech już nie krzyczy
I niech wystarczy słowo i wszystko
Niech będzie jasne jak śmiech dziecka
Niech dziecka śmiech będzie jasny

Do stołu nie siadaj sam lecz uważaj
Na milczących na chmurnych i sępich
Którzy myśl wrogą pielęgnują i żywią
Się nienawiścią i krwi starej skrzepem
Najlepiej bądź ostrożny zawsze także
W stosunku do wiatru i wody wszakże
Niosą ze sobą największe z zagrożeń
Dla Ciebie – niosący kamień – i stworzeń
Które z tobą przy tobie dla ciebie
I wokół żyją i mieszkają w nieraju

I pamiętaj pamiętaj pamiętaj
Chociaż ziemia po której chodzisz
Chociaż ziemia którą się żywisz
Chociaż ziemia z której masz kamień
Po trzykroć przeklęta przeklęta
Pamiętaj że tyś jest dla niej
Sługą i synem obrońcą i katem

Niech otworzą się bramy nieba
A wy którzy tam wejść chcecie
Zdejmijcie buty i umyjcie stopy

Jeśli taka wola i takie są wyroki
I jeśli czas sprzyja a wasze zasługi
Kruszą kamień i ręką lekką piasek
Na wiatr na obłok na tęczę

Czas pęknie
Otworzy się przejście.

Anioły kopią się pod stołem

Biała koronka, lśniąca i czysta,
niedodziergany do końca księżyc.

I to niedodzierganie rzucone na
malowanie akwarelowe, błękity
i róże. Obrus na stole świata,
który stanął na głowie.

Cała reszta pochyla się i kapie
jazgotem z tlustych łapsk, dziegciem chciwym na te róże, błękity. Nienawiść unosi się przy tym smogiem.

Podczas gdy ciemność przynosi
ciszę i fiolet, rozlewa atrament,
niedodziergany sam się nie dodzierga.
Wciąż będzie lśnił jak klejnot, jak
prawda, o którą anioły kopią się
pod stołem.