Archiwa

Non est me ridere

Nie rozśmieszaj mnie, boże, mówiąc, że masz plan na moje życie.
Nie po to dałeś mi wolę, abym teraz miał zrezygnować.
Bo moje życie jest w moich rękach.

Niestety.

List do…

Drogi Dżihadysto,

Nie zabijemy wszystkich Twoich braci, kobiet i dzieci. I ty nie zabijesz wszystkich nas.
Możemy ciągnąć tę grę odbierając sobie poczucie bezpieczeństwa i godności, możemy żywić się nadzieją zwycięstwa, chwały, możemy wzajemnie się oskarżać. Możemy zamieniać człowieczeństwo w zezwierzęcenie, miłość w nienawiść i życie w śmierć. Wszystko to możemy, ponieważ jesteśmy ludźmi, ponieważ mamy wolną wolę, ponieważ nie ma takiej siły, która mogłaby nam tę wolę odebrać.

A ja chciałbym odwiedzić Twoją ziemię, posmakować owoców z Twoich drzew, chciałbym, abyś pokazał mi najcenniejsze dzieła sztuki stworzone przez Twoich braci, Twoich przodków, chciałbym dowiedzieć się więcej o kulturze Twojego narodu, o waszych obyczajach; chciałbym z Tobą porozmawiać o poezji, przeżyć misterium słuchając muzyki, która rozbrzmiewa w Twoim sercu.
Chciałbym móc przyjąć Cię w swoim domu i ugościć Cię zgodnie z moją tradycją i kulturą; pokazać Ci mój kraj, szanując Twoje zwyczaje i wiedząc, że Ty szanujesz moje podarować Ci miejsce przy moim stole.

Ale na razie jest jak jest.
Na razie będziemy się zabijać.
Nasze ziemie będą piły krew.
Ogrody zdziczeją.

Szkoda…

Myśl w ruch wprawiona słowem, zaprawiona ciszą

Choćby i milion lat, to przecież nie wieczność.
Jakże ma przetrwać słowo wobec bezwzględności?

Pisze się tu i teraz, dla tych, którzy teraz i tu,
i tych co za chwilę, i tych co na morzu.

Dla tych paru słów, których nie przeczyta
przyszła małpa, rosomak, karaluch, krytyk i poeta.

Serfując na fali grawitacyjnej

Nauczyliśmy się obserwować przeszłość,
rozdzielać miliardy lat na miliardowe części sekundy.
Mamy stosowne narzędzia, wiedzę i wyobraźnię.
Doszliśmy do tego wszystkiego na drodze prób i błędów.
W wyniku ewolucji pozbyliśmy się skrzeli, płetw i piór.

Zdumiewa mnie fakt, że mimo naszej doskonałości
wciąż piłujemy gałąź, na której siedzimy.
I to, jak niezłomnie powtarzamy swoje własne grzechy.

Być może za sprawą upartej wiary w boskie przebaczenie,
albo fal przyboju ciskającego nas o skały niepewności.

Kwestia wyboru

Przedawkowałem rzeczywistość i teraz
czeka mnie proces odstawienia.
Ból, którego się spodziewam,
wszystkie skutki uboczne
mogą mnie zabić.

Coś musi.
To kwestia wyboru.

Rzeczy do zrobienia na teraz i na potem

Rozejrzeć się za hotelem na wieczność.
W miarę możliwości opłacić i wyremontować.
Wyposażyć w to, co niezbędne:
pochłaniacz wilgoci i wiekuistą światłość.
Założyć teczkę. Zweryfikować się
w ubezpieczalni.
Spisać wszystkie procedury, loginy, hasła.
Ujawnić wszystkie kontakty, zabezpieczyć
dostęp do danych.
Uregulować co nieuregulowane,
naprawić, co niesprawne,
przewidzieć nieprzewidywalne.

Odkryć bezpieczną ścieżkę
przez góry absurdu.
Zatrzymać się.
Żyć.

Zakat

Dziecko nie ma już siły. Kobiety nie płaczą.
Noc jest zimna. Zostaniemy w tym lesie,
z dala od Rahjanu.

W nocy, w której nie ma Allaha,
w nocy dalekiej od Mekki,
w nocy bez księżyca,
z daleka od świtu.

Zamkniemy oczy i może głosem wilków
pomodli się nad nami, obcymi,
obca ziemia.

VIXI

Wiosnami, jesieniami, przez lata i zimy;
wschodami i zachodami, wśród chmur, deszczów, burzy;
odmierzaniem kroków, oddechów, bicia serca, mroku;
upadkami, powstawaniem, dźwiganiem, lekkością;
samotnością, tłumem, nicością, miłością;
z samym sobą, z tobą, mimo ciebie, świata;
dotykiem, spojrzeniem, odwróceniem, śmiechem;
łzą jedną i drugą, bezradnością, lękiem;
świętością, jej brakiem, grzechem, jego pełnią;
światłem, cieniem, przybyciem, trwaniem i odejściem;
słowem, brzmieniem głosu i pomrukiem ciszy;
wysuszeniem liści, zmarszczką na jeziorze;

być może.

Krótka historia techniki życia

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz ujrzałem na drodze do naszego zamku rozpędzony dyliżans z kotłem na miejscu woźnicy, krowa, którą żem akurat pędził do obory, rykła tak przeraźliwie, jakby się co stało.
A to tylko mój pan wracał z nowym nabytkiem z Londynu. Osobliwy ten wehikuł nie tylko bydlę zagonił pod dach, ale i mnie zmusił do wspinaczki na drzewo, bez co przez długi czas nie dawałem się namówić na zejście. Dopiero nocą zlazłem z gruszki i powolutku podpełzłem do dziwa.

Przytoczyłem wspomnienie mojego prakuzyna z Anglii, dalekiego krewnego z czasów tak odległych, że nawet ja nie pamiętam, czy istniały naprawdę. Ale były, czy nie były, jedno jest pewne: pierwsze samochody budziły sensację. Bo jakże? Skrzynka bez konia, za to z imbrykiem gwiżdżącym jak stado opętanych? Poza tym nieludzki hałas i zabójcza prędkość do czterech mil na godzinę! Podobno mógł pędzić szybciej, ale wyszła ustawa, że z uwagi na popłoch wśród niezmotoryzowanych, a idących na piechtę gościńcem, przed czajnikiem poleci lokaj z chorągwią i będzie ostrzegał przed niebezpieczeństwem.

Takie były genezy Pendolino i kto wie, czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy się zatrzymali na wasągowym etapie.

I z przerażeniem odkryłem: nauczono mnie zachwytu nad ulepszaniem swojego elektronicznego istnienia, znerwicowanych oczekiwań na towarzyszące mu, techniczne nowinki, pędu do matołkowatej postępowości!

Tum się rozmarzył: ech, gdyby nie było komórek, telewizji, atomówek, cybernetycznej pajęczyny i innych kamer w rzyci! Do Australii jechało by się z pół roku, a z powrotem, to ze dwa. O Marksie, Leninie i pomniejszych Putinach nie byłoby wzmianek. Nie trapiłaby mnie informacyjne chaosy i natłoki zbędnych wrażeń, powierzchowne rozumienie świata, podejmowanie i porzucanie chwilowych zadań, szybka nuda i dekoncentracja, ta programowa niemożność skupienia uwagi przez dłuższy czas, nie doskwierałby mi przymus pogoni za coraz to nowszymi wrażeniami, nie chciałbym być wielozadaniowym, wielofunkcyjnym połykaczem doznań, a wolałbym być wczorajszym człowiekiem!

Lecz co rychlej wycofałem się z niewczesnych marzeń, bo uświadomiłem sobie, że w takim razie i mnie by nie było!

Zapiski na serwetce

I przyszedł rok, czasu czara,
słowami jak piołun się przelał.
Padały te krople na ziemię,
bunt dojrzewał.

Wystrzeliły petardy pąków
iskrząc nadzieję jak gwiazdy.
Nad nimi leciały motyle barwne
czarciego wrzasku.

Święty Jan i święty Paweł, i drugi,
na wszystko patrzył z obrazków.
Padał deszcz światła na nie przez szyby
strugami brzasku.

Niebo było czerwone tego lata,
na nim chmur białych bandaż ciszy.
Ktoś szepnął: tak milczy grom jasny
w burzy oklasków.

Chcieli mi oddać ziemię całą,
ziarno i plon i powietrza ogrom.
Coś, co do nich nie należało –
prozę i wierszy kokon.

Chcieli mi oddać za oddanie,
za wiarę, nadzieję i głos na puszczy,
ale dali mi coś, czego nigdy nie mieli –
skowyt pękniętych czasów.