Archiwa

Dziś jestem Kain, jutro jestem Abel

Zamarzam jak się zamarza – niespiesznie.
W żyłach lód tworzy katarakty, zapory.
Wszystko zwalnia i jest niedorzecznie,
absurdalnie – jak bywa wieczorem.

Gasną światła i gaśnie słów tajemnica
na ostatnim piętrze umarłej Wieży Babel.
W korytarzach cień ciszy sie ślizga –
dziś jestem Kain, jutro jestem Abel.

W galerii luster powieszonych równo
śpią wszystkie twarze zapomniane dawno.
A kiedy chmurną lęk rozdziera północ
przyszłość woalem twarz zasłania czarnym.

Gdy gasną światła i słów tajne treści
na ostatnim piętrze umarłej Wieży Babel –
w korytarzach cień krzyczy z boleści,
bo dziś jestem Kain, jutro jestem Abel.

Nie czuję dłoni i nie czuję światła.
Już nie dotykam gwiazd, ani księżyca.
Nad nocą czuwa ciemność w kandelabrach,
a nad ciemnością się unosi cisza.

I tylko światła i słów tajnych zwoje
na ostatnim piętrze umarłej Wieży Babel.
W korytarzach cień rzuca boleść,
bo dziś jestem Kain, jutro jestem Abel.

Da capo al fine

Ciało – coraz bardziej nie moje,
myśli – coraz bardziej niechciane,
Słowa – coraz bardziej zużyte,
a kolory wyblakłe na ścianie.

Cieniem kładą się żółte wspomnienia,
na poduszkach szepczą snów baśnie.
Ktoś miał zdobyć świat, całą ziemią,
komuś świeczka w oknie dziś gaśnie.

Ciało – coraz bardziej nie moje,
myśli – coraz bardziej niechciane,
Słowa – jakby bardziej natrętne –
piszą wspomnień testament.

Jutro świt się rozświeci iskrami
powędruje dzień przez nieboskłon,
może nawet noc z rozgwiazdami
wpadnie z wizytą przez okno?

Lecz na razie ciało wciąż moje
myślom składa w podzięce słów hołdy,
A one jakby bardziej natrętne,
jakby niosły na barkach modły.

Żarłacz ludojad kocha mnie

Żarłacz ludojad na nadwiślańskiej plaży,
wybierał z menu ciał młodych i starych
przystawkę, którą w towarzystwie jarzyn
mógłby z rozkoszą i lubością spożyć.

I wybrał mnie. I zaczął od krwi kropli.
Przetoczył zębem po kości, po kręgu.
Jemu i może było przy tym pięknie,
mnie niekoniecznie. Ale nie miał względu

na moje plany dożycia starości.
Żarłacz spokojnie konsumował kości,
długim jęzorem oblizując krew.

Taki żarłacza w końcu to jest zew,
że jak pokocha ze szczerej miłości,
to nie zna co to znaczy długo pościć.

Album rodzinny

Wszyscy moi żywi krewni robią
wszystkie te rzeczy żywych.
Tyle, że na zdjęciach.

Robię zdjęcia.
Sobie.
Kadruję się w miarę
precyzyjnie.

Dołączam się do albumu.

Poeta onkologiczny

Poeta onkologiczny pisze
o umieraniu, czyli o życiu.
I choć poeta ma onkologicznie
wyjebane na wszystko, to
chciałby mieć czas.
A w tym czasie chciałby mieć
domek pod lasem, słoneczniki
wzdłuż płotu i taką ławeczkę
pod oknem, na której siedząc
mógłby delektować się winem
i słońcem.
I mógłby tam marnować czas
przytulając się do swojej
ontologicznej żony.

Człowiecze

Tutaj nie ma programu dwunastu kroków.
Tutaj nie ma miejsca na wahanie.
Wszystko, co musisz, to zaakceptować
wąziutką ścieżynkę.

Tutaj albo idziesz, albo nie idziesz.
Robisz krok i jesteś.
Robisz krok i cię nie ma.

Do przodu, w bok, jak krab
lub rak.

Tutaj nie ma speców od wybaczania.
Tutaj tylko zabijanie ma sens.
Kto kogo pierwszy, kto kogo
przechytrzy.

I to jest piękne. Uczciwe.
I choć za grosz żadnego w tym
heroizmu, to jednak jest – jakby to
powiedzieć – do bólu ludzkie.

Pokrzyk

Są takie karty, które odwrócone
raz strącają innym zaś wkładają
orłu na głowę królewską koronę,
albo cierniową…

Są takie barwy i są takie dźwięki,
które są lekiem i bywają lękiem,
znamieniem świętym i pięknem,
lub piętnem…

Jest taki pokrzyk i taki powrzask,
że tylko pośmiech i że żaden poklask,
i że jeszcze postrach, a to tylko
Polska…

Obietnice realne na niby

Niektórym śmiertelnikom wydaje się, iż starczy znaleźć się w ławach poselskich i bredzić ile wlezie, by zasłużyć na miano jasnowidza zbawcy narodu.

Osobnicy tego pokroju żyją poza rutyną codzienności: odrębnie. W chmurach z krainy marzeń. W doktrynerskim raju i w otoczeniu kolorowych fantazji.

Oderwani od przyziemnych spraw, bytują w światach bezkompromisowych ideałów, urojeń czy utopijnych wyobrażeń. Nie muszą konfrontować swoich objawień z realiami; szybują ponad nimi.

Dzięki temu mijają przewagę nad stąpającymi po ziemi i są przekonani, że nie grozi im znalezienie się w Brudowniku Historii.

Wyobraźmy sobie jednak, co by było, gdyby ich wizje zostały zmaterializowanie i choć przez chwilę zastanówmy się nad konsekwencjami, jakie wiązałyby się z ich wdrożeniem.

Na przykład, czym zaowocowałby moralny apel o niepicie, niezażywanie i rzetelny umiar w staczaniu się na manowce.
O notorycznym chlaniu napomykałem onegdaj, więc teraz tylko w skrócie powiem, że gdyby wszyscy nałogowcy przejęli się tą odezwą, potraktowali ją serio i któregoś dnia postanowili zerwać z owym zamiłowaniem, byłaby to katastrofa przekraczająca najśmielsze wizje Zorby.

Ludzie żyjący z produkcji wyskokowych używek podnieśliby uzasadniony raban, że im się koniunktura wali, tracą finansową płynność, eksport pada na mordę, wzrastają wskaźniki z bezrobociem wśród meliniarzy, a w browarach, kapslowniach i Przemyśle Napitkowym hula filuterny wiatr.

Na widok pustych gabinetów i więdnących kozetek, psychoterapeuci od kieliszka zaczęliby wzmożone pielgrzymki do domów biboszy błagając ich o szybki powrót do nadużywania.

Instytucje Do Walki Z Ubzdryngolonymi straciły sens istnienia i podzieliły los zamykanych Izdebek Wytrzeźwień.

Rzecznicy Praw Łachudry alarmowaliby po sejmowych i senackich kuluarach, że przemysł trunkowy idzie ku zatraceniu. Wskazywaliby na rozwojowe pomniejszenie zainteresowania zjawiskami patologicznymi.

Minister Gospodarki Wirtualnej byłby nękany interpelacjami pod tytułem „kiedy skończy się skandal z rujnowaniem BUDŻETU”, a buduar Głównego Ochlapusa zapełniłby się zdesperowanymi producentami bimbru.

Ludzie zatrudnieni w Przemyśle Procentowym oraz lobbyści odpowiedzialni za Wizerunek Państwa wysyłaliby do nawróconych opojów czołobitne prośby o dynamiczną rezygnację z trzeźwości. Oferowaliby specjalne zniżki cen dla wstrzemięźliwych zakapiorów.

Tak samo z byłoby z poniechaniem palenia papierosów, sprzedażą broni, pokojowymi walkami o wojnę; obrońcy nie mieliby czego bronić, terroryści przerzuciliby się z rakiet na dzidy i proce, a międzynarodowa dyplomacja ograniczyłaby się do wymiany poglądów na ważki temat o tym, co na obiad.

Ale to tylko moje widzimisię! Tak nigdy nie nastanie, gdyż jesteśmy normalnym narodem i nie w głowie nam pląsy z głupotą!

Niezaspokojenie

Zła nadziejo, bardzo zła i podle mściwa,
ile ci zapłacić trzeba, ile monet na twe oczy,
byś była choć trochę jaśniejsza,
nieco bardziej litościwa?

Są miejsca, gdzie cienie są głębsze,
gdzie głębsze są dziury w niebie.
Są takie rany po wczoraj,
w których jutro się nie wydarza.

I jest jeszcze głód życia. Taki głód,
taki cholerny głód, taki, że aż boli,
aż żyły się żalą szeptem,
a nie skowytem.

Lustra

Brzydcy ludzie zdejmują ze ścian lustra.
W ich miejsce wieszają wizerunki świętych
celebrytów. Przez jakiś czas jest dobrze.
Sycą spragnione piękna oczy tym obrazem.

Kiedy z czasem, z powodu na przykład wilgoci,
obrazy tracą na swoim uroku, kiedy
powiedzmy, że wychodzą na jaw
nie nazbyt piękne detale, lub
z powodu słońca kolory blekną,
zacierają się kontury – brzydcy ludzie
próbują jeszcze ratować estetykę
coraz bardziej zdobnymi ramami, lecz
wkrótce z ulgą zdejmują ze ścian
brzydkie wizerunki nie świętych,
podążających w zapomnienie celebrytów.

Mniej więcej w tym samym czasie,
kiedy pada deszcz,
bawiące się w błotku dzieci
radośnie przeglądają w kalużach
brudne buzie.