Archiwa

O. Paz – wiersze

OCTAVIO PAZ

Stary poemat | Jedno i to samo | *** | *** | Dama Huastecka | Drugi
Pisane zielonym atramentem
Lekcja rzeczy | W Uxmal | Świt | Przyjaźń | Ostatni świt | Skutki chrztu
Świt pod gołym niebem
Okrzyk | Daleki bliźni | Gdzie bez kogo | Madrygał | Falowanie

Pod eskortą natrętnych wspomnień wspinam się
wielkimi krokami po stopniach muzyki.
W górze, na kryształowych szczytach,
światło zrzuca swe szaty. U wejścia
dwie strugi wodne prostują się,
pozdrawiają mnie, skłaniają swe
rozgadane pióropusze, gasną w
przyzwalającym pomruku.
Obłudne okazałości. Wewnątrz, w pokojach
z portretami, ktoś znany mi stawia
pasjansa zaczętego w 1870, ktoś,
kto zapomniał o mnie, pisze list do przyjaciela,
co się jeszcze nie naradził. Drzwi,
uśmiechy, ciche kroki, szepty, korytarze,
którymi maszeruje krew przy łoskocie
bębnów okrytych żałobą. W głębi, w
ostatnim pokoju, płomyk naftowej lampy.
Płomyk rozprawia, poucza, debatuje z samym sobą.
Powiada mi, że nikt nie przyjdzie,
żebym wygasił oczekiwanie, bo pora już
położyć krzyżyk na wszystkim i położyć się spać.
Daremnie kartkuję me życie. Moja twarz
odrywa się od mej twarzy i zapada się
we mnie jak cichy, zepsuty owoc.
Żadnego odgłosu, żadnego och. I nagle
niepewna w świetle starożytna wieża
rozniesiona między wczoraj i dziś, strzelistość
między dwiema otchłaniami. Znam, poznaję
schody, wytarte stopnie, mdłości i zawroty głowy.
Tutaj płakałem, tutaj śpiewałem.
Zbudowałem cię z tych kamieni, wieżę ze słów
płonących i zawiłych, stos liter rozsypanych.
Nie. Zostań, jeśli chcesz rozmyślać nad tym,
który odszedł. Wyruszam na spotkanie tego,
którym jestem, którym się właśnie staję,
mego następcy i przodka, ojca i syna, obcego bliźniego.
Człowiek tam się zaczyna, gdzie umiera.
Idę ku moim narodzinom.

(tłum. Rajmund Kalicki)

Do góry

(ANTON WEBERN 1883-1945)

Przestrzenie
Przestrzeń
Bez centrum wyżej ani niżej
Rozciągła się rodzi i nie ustaje
Przestrzeń wirująca
I spada do góry
Przestrzenie
Jasności
Mocno zaostrzone
Zawieszone
Na skrzydle nocy
Czarne ogrody z górskiego kryształu
W smudze dymu zakwitające
Białe ogrody w powietrzu eksplodujące
Przestrzenie
Jedyna przestrzeń jaka się otwiera
Kwiat
I rozwiązuje się
Przestrzeń w przestrzeni
Wszystko jest nigdzie
Miejscem zaślubin niepokalanych.

(tłum. Adam Komorowski)

Do góry

Jak powój tysiącoręki
Jak żar i jego upierzenie żarłoczne
Jmk wiosna w napaści roku
Palce muzyki
Pazury muzyki
Ognisty bluszcz muzyki
Okrywa ciała okrywa dusze
Ciała tatuowane płonącymi dźwiękami
Jak ciało boga ułożone ze znaków
Jak ciało nieba tatuowane gniewnymi gwiazdami
Ciała spalone dusze spalone
Przyszła muzyka i wydarła nam oczy
(Nie widzimy nic oprócz błyskawicy
Nie słyszymy nic oprócz uderzenia świetlistych szpad)
Przyszła muzyka i wydarła nam język
Wielkie usta muzyki pożarły ciała
Spalił się świat
Spłonęło jego imię i imiona które były jego ozdobą
Nie zostało nic tylko dźwięk wysoki
Szklana wieża gdzie gnieżdżą się szklane ptaki
Ptaki niewidzialne
Uczynione z tej samej substancji światła

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Dzień otwiera dłoń
Troje chmur
I tych kilka słów

O świcie to co się rodzi szuka dła siebie wyrazu
Na sennych wykrotach iskrzy się blask
Galopują wzgórza brzegiem morza
Słońce wstępuje w ostrogach do wody
Kamień atakuje i rozbija jasność
Morze upiera się i rośnie u stóp widnokręgu
Ziemia jak niewyraźna groźba rzeżby
Świat wznosi czoło jeszcze nagie
Kamień obtoczony gładki dla wyrycia na nim pieśni
Jest początek hymnu jak drzewo
Jest wiatr i urodziwe nazwy w jego szumie

(tłum. Edward Stachura)

Do góry

Krąży nad brzegami, naga, zbawienna, świeżo wyszła
z kąpieli,nowo narodzona z nocy. W piersi jej żarzą
się klejnoty wydarte letniej porze. Zakrywa jej kobiecość
sucha trawa, niebieska, prawie czarna trawa,
co rośnie na krawędziach wulkanu. W brzuchu jej
orzeł rozwija swoje skrzydła, dwie wrogie zaślubiają
się bandery, wypoczywa woda. Przybywa z daleka,
z krainy wilgoci. Niewielu ją widziało. Powiem jej
tajemnicę: za dnia jest kamieniem na skraju drogi;
nocą jest rzeką płynącą u boku mężczyzny,

(tłum. Edward Stachura)

Do góry

Wymyślił sobie twarz,
Poza nią
Żył, umierał i zmartwychwstawał
Wiele razy.
Jego twarz
Ma dziś już zmarszczki tamtej twarzy.
Jego własne zmarszczki nie mają twarzy.

(tłum. Adam Komorowski)

Do góry

Zielony atrament tworzy ogrody, lasy, łuki,
Listowie gdzie śpiewają litery,
słowa co są drzewami,
frazy zielone konstelacje.

Niech moje słowa spadną na Ciebie – białą
I okryją jak liści deszcz ośnieżone pole,
jak bluszcz posąg pokrywa
jak atrament tę stronę.

Ramiona, kibić, szyję, piersi,
twarz otwartą jak morze,
kark – las jesienią,
zęby szczypiące źdźbło trawy.

Twoje ciało układa się z zielonych znaków
jak ciało drzewa gdy znów się zieleni.
Nie zajmuj się tak drobną i błyszczącą raną:
Patrz w niebo, w zielone gwiazd tatuaże.

(tłum. Adam Komorowski)

Do góry

1. OŻYWIENIE

Na półce,
między muzykiem Tang a dzbankiem z Oaxaca,
rozpalona do białości, długowieczna,
o iskrzących oczach ze srebrnego papieru,
patrzy, jak przychodzimy i odchodzimy,
malutka czaszka z cukru.

2. MASKA TLALOKA RZEŹBIONA
W PRZEZROCZYSTYM KWARCU

Wody skamieniałe.
Stary Tlalok śpi, wewnątrz,
śnią się mu burze.

3. TO SAMO

Dotknięty światłem
kwarc już jest kaskadą.

4. BÓG WYKWITAJĄCY Z GLINIANEJ ORCHIDEI

Między płatkami wypalonymi
rodzi się, uśmiechnięty,
Ludzki kwiat.
Po jego wodach płynie dziecko, bóg.

5. BOGINI OLMECKA

Cztery strony świata
wracają do twojego pępka.
W twój brzuch uderza dzień, uparty.

6. KALENDARZ

Przeciwko wodzie – dni ognia.
Przeciwko ogniowi – dni wody.
7. XOCHIPILLI

Na drzewie dnia
wiszą owoce z jadeitu,
ogień i krew nocą.

8. KRZYŻ Z NAMALOWANYM SŁOŃCEM
I KSĘŻYCEM

W ramiomaah tego krzyża
zagnieździły się dwa ptaki:
Adam, słońce, i Ewa, luna.

9. DZIECKO I BĄK

Za każdym razem, gdy go puszcza,
upada, dokładnie,
w środku świata.

10. PRZEDMIOTY

Żyją obok nas,
nie znamy ich, nie znają nas.
Czasem rozmawiają z nami.

(tłum. Jan Zych)

Do góry

1. ŚWIĄTYNIA ŻÓŁWI

Na ścianie szerokiej jak słońce
spoczywa i tańczy słońce kamienne,
nagie przed słońcem, też nagim.

2. POŁUDNIE

Światło nie migoce,
czas się wyzwala z minut,
zatrzymał się ptak w powietrzu.

3. PÓŹNIEJ

Rzuca się światło,
budzą się kolumny
i, nieporuszone, tańczą.

4. PEŁNE SŁOŃCE

Godzina jest przezroczysta:
widzimy, jeżeli niewidoczny jest ptak,
kolor jego śpiewu.

5.PŁASKORZEŹBY

Deszcz, taneczna stopa i długi włos,
kostka nogi wygryziona gromem,
schodzi przy wtórowaniu bębnów:
otwiera oczy kukurydza, i rośnie.

6. WĄŻ WYRZEŹBIONY NA MURZE

Mur w słońcu oddycha, drga, faluje,
okruch nieba żywy i tatuowany:
człowiek pije słońce, jest wodą, jest ziemią.
I gdzie tyle życia – wąż nad tym
unoszący głowę ku gardłom:
bogowie piją krew, zjadają ludzi.

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Prędkie ręce zimne
Odwijają po kolei
Bandaże mroku
Otwieram oczy
Jeszcze
Jestem żywy
W środku
Rany jeszcze świeżej

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Godzina oczekiwana
Na stół spada
Nieustannie
Grzywa lampy
Noc przywraca ogromne okno
Nie ma nikogo
Obecność bezimienna mnie otacza

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Leżąca w przestrzeniach,
Twoje włosy gubią się w lesie,
Twoje stopy dotykają moich.
Śpiąca większa jesteś od nocy,
Ale twój sen mieści się w tym pokoju.
Czymże jesteśmy tak mało jesteśmy tak wiele!
Ulicą przejeżdża taksówka
W jej wnętrzu ładunek widm.
Rzeka która odchodzi
Zawsze
Jest z powrotem.

Czy jutro będzie inny dzień?

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Młody Hassan,
Żeniąc się z chrześcijanką,
Ochrzcił się.
Ksiądz,
Niczym wikingowi,
Dał mu imię Eryk.
Teraz
Ma dwa imiona
I tylko jedną kobietę.

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Usta i ręce wiatru
Serce wody
Eukaliptus
Obozowisko chmur
Życie rodzące się z każdym dniem
Śmierć rodząca się z każdym życiem

Przecieram oczy:
Niebo idzie po ziemi

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Nieruchomy
Nie na gałęzi
W powietrzu
Nie w powietrzu
W chwili
Koliber

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Wieczorem jesion
Już chcący mi coś
Powiedzieć – zamilkł

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Nie ma
Żywej duszy między drzewami
I ja
Nie wiem gdzie odszedłem

(tłum. Jan Zych)

Do góry

Bardziej przezroczysta
Niż ta kropla wody
Między palcami powoju
Moja myśl zawiesza most
Od ciebie samej do ciebie samej
Zobacz się
Bardziej rzeczywista niż ciało w którym mieszkasz
Tkwiąca pośrodku mego czoła
Urodziłaś się aby żyć na wyspie

(tłum. Jan Zych)

Do góry

- I

Powróć do nocy
Zstąp w mroczne winogrono godzin
Skosztwj owocu ciemności
i poznaj smak niewiedzy

II

Z dumą drzewa
wyprężonego na pełnym wietrze
rozbierasz się Gestem wody
tryskającej ze skały Opuszczasz swe ciała
Lunatycznymi krokami podmuchu
rzucasz się w łóżko Przymykając oczy
odsłaniasz tropy najstarszej nagości

III

Wdzieram się w ciebie ślepym uderzeniem fali
Twoje ciało przyjmuje mnie jak odradzająca się fala
Wicher za oknem wyje i gromadzi wody
Wszystkie lasy są jednym drzewem
Miasto żegluje na pełnej nocy
Ziemia i niebo – przypływ nie ustaje
Splecione żywioły tkają
sukno nieznanego dnia

IV

Pustynia niezmierna i tajemne źródło
Waga ciszy i drzewo jęczące
Ciało co się rozpina jak żagiel
Ciało które się skręca jak głownia
Serce które wyrywam z nocy
Skorpion wessany w mą pierś
Pieczęć krwi na mym wieku męskim

V

(CZYNIĘ TO CO MÓWISZ)

Twoje TAK -
lampa co wiodła ciebie wprost do bramy snu
Twoje NIE -
waga co mierzy prawdę i kłamstwo pragnienia
Twoje ACH -
kość zakwitająco ubiega twą śmierć

VI

(DZISIAJ, ZAWSZE DZISIAJ)

Mówisz (i słychać głosy wielu deszczów)
Nie wiem, co mówisz (dłoń zżółkła nas ochrania)
Milkniesz (oddycha chmura ptaków)
Gdzie my jesteśmy (zamyka nas purpura ciemnic)
Śmiejesz się (rzeka sypko przebiera się w liście)
I nie wiem gdzie idziemy (bo dzisiaj to jest jutro
tu, pośrodku nocy)
Dziś się otwiera i zamyka
Nigdy się nie porusza i nie staje
Serce co nigdy nie gaśnie.
Dzisiaj – ptak co przysiada
na kamiennej wieży

Zawsze jest południe

(tłum. Krystyna Rodowska)

Do góry

1 comment to O. Paz – wiersze

  • Beatta

    miałam taki czas gdy bardzo tego pana kochałam za Damę Huastecka !!!! i kiedy to dziś czytam o jakże nadal kocham …

Leave a Reply

  

  

  

Proszę pozostawić te dwa pola tak jak są: