Guillaume Apollinaire | Wilgotny obraz | Noc na zamku
Rozmowa ze śmiercią
Matczyne lusterko | Piosenka o dzieciństwie Finał dawnej przygody
Krzyk fantomów | ***
Gałązka iwy | Oranżada z lodem | ***
Niechętnie wspominamy to co przeszło Zapomnijmy
Rozglądając się z dna ulicy i zwracając wzwyż oczy
Pana jednak ciągle pamiętamy poeto
Jak szedl pan tędy przed laty i z uśmiechem powiedział: Pasterko
wieżo Eiffla
W jesieni statki mijają miasto jak wolno płynące lata
Dokąd odeszla pańska Muza kiedy pożegnal się pan z Paryżem
Spotkałem na ulicach tysiące kobiet i żadna nie była tak piękna
Ale Etoile gwiazda betlejemska wciąż jeszcze jaśnieje
Uczę się pisać wiersze jak żołnierz uczy się trąbić
kiedy w oknie koszar nadyma policzki aż do metalowego złota
i dźwięki te miewają skrzydła lecące ulicami
Paryż to lustro Europy widzę w nim pański uśmiech
wchodzę wchodzę po tej drabinie w stronę gwiazd
różowa baletnica w żelaznych gałęziach gra na gitarze
zmęczony motyl przysiada na róży w jej włosach
ale dzień jest za mały by mógł ogarnąć całe miasto
z okna Trokadero wyskoczył księżyc skrzywiona twarz mordercy
to śmiechu warte no bo wszystko na tym świecie jest piękne
obłapiam kamienne piersi sfinksa na parterze Louvre’u
przypominając sobie pańską ukochaną płaczącą nad książką wierszy
ale złotożółta rakieta umiera szybciej niż zapłonęła
oby wszystkie wiersze nie były dłużej piękne niż ten
nad miastem pańskich wieczorów które tak pan kochał
Pańską głowę w białych bandażach wiecznie mam przed oczyma
to śmiechu warte wspieram się na lawecie starej armaty
Mrok zamyka przede mną Przewodnik po Paryżu
wieża Eiffla jest harfą Eola wsłuchuj się w wiatr wydarzeń i piękna
wydyma żagle sztuki o sterniku umarły
(1925)
Do góry 
Tyle pięknych dni,
gdy miasto przypomina kostkę do gry, wachlarz i ptasie pieśni
lub muszlę na brzegu morza
- żegnajcie, żegnajcie, piękne dziewczyny,
które spotkaliśmy dzisiaj
i nigdy w życiu już nie ujrzymy.
Tyle pięknych niedziel,
gdy miasto przypomina piłkę, kartę i okarynę
lub dzwon rozkołysany
- na słonecznej ulicy
całowały się jedne z drugimi cienie przechodniów,
a mijający się ludzie nadal byli sobie obcy i nieznajomi.
Tyle pięknych wieczorów,
gdy miasto przypomina zegar, pocałunek i gwiazdę
lub obracający się słonecznik
- z pierwszym akordem
zamachali tancerze skrzydłami rąk dziewczęcych
jak nocne ćmy przy pierwszym rozbrzasku.
Tyle pięknych nocy,
gdy miasto przypomina różę, szachownicę i skrzypce
lub płaczącą dziewczynę
- grywaliśmy w domino,
w domino czarnych kropek, ze szczupłymi dziewczynami
w barze
spoglądając na ich kolana,
które były wychudłe
jak dwie czaszki uwieńczone jedwabnymi koronkami podwiązek
w rozpaczliwym królestwie miłości.
(1929)
Do góry 
W cieniu katedry szlakiem gwiazd, którymi jarzy
Ta noc wrześniowa, idę z cieniem swoim.
O, wieszcze zmarli, święci spod ołtarzy,
W blasku swej chwały, wbrew swym ciężkim zbrojom
Wstańcie do pieśni, niech nam się podarzy
Na pięknym tle koronek, które tkali
W ziarnie piaskowca artyści cesarzy,
Wstańcie, abyśmy wspólnie wyśpiewali
Ten ból, którego nie uśpi nam w twarzy
Mgła najczarniejszych, najgęstszych woali.
Mój mistrz, Vrchlicky, smutną by kanconę
Już śpiewał, ja zaś kryjąc do tej chwili
Swą miłość, tylko łzy wylewam słone,
Kiedy na marach Zmarłego złożyli;
Płacz to tchórzostwo. A słowo? Jest płonne:
Wypowiesz je i znika hen, daleko…
Słowo to mało, słowo to puch marny.
Już gorzkie pianie kurów brzmi za rzeką
I już na trumnie zabijają wieko -
Biały świt pada na katafalk czarny.
(16 IX 1937)
Do góry 
Ty, która znaczysz więcej niż złoto, ty, pani,
Co masz od ziemi wszystko, co minęło na niej,
A człowieka, gdy bierzesz go w swoje ramiona,
Zwalniasz od zmartwień, sama przez nie nie trapiona,
Ty, która wszystkim żywym każesz aż do końca
Znosić cierpienia, sama nigdy nie cierpiąca,
Ty, która, pewna łupu, przyjdziesz zatriumfować,
Ty, na którą się trudno dobrze przygotować,
Ty, która jesteś życia tanecznicą śmiałą,
‘I’y, przed którą na świecie nie może ujść cało
Nawet stal, kamień świątyń czy beton zbrojony,
Ty, co prowadzisz zmarłych w niewiadome strony,
Ty, jedyna, co się nie zmieniasz na tym świecie,
Oto masz: leży martwe ciało na lawecie,
Bierz je, naród ten daje ci je, snadź w tym ciele,
Które on opłakuje tak, utracił wiele,
Znacznie więcej niż mógł ci ofiarować, pani,
Co masz od ziemi wszystko, co minęło na niej,
Więc weź tego zmarłego w głąb swojego łona,
gdzie nigdy żadna jasność mroku nie pokona,
Niech odpocznie ten zmarły sprawiedliwy.
Nad jego grobem stoi naród żywy.
(21 IX 1937 – z cyklu „Osiem dni”)
Do góry 
Lusterko w złotej aureoli
traciło srebrny blask powoli,
aż się na koniec stało ślepe.
Przez swego życia pół bez mała
matula przed nim się czesała.
Kiedyś w nim widać było lepiej.
Wisi przy oknie tuż, na ścianie,
patrzy na ciebie, patrzy na mnie,
czemuż by się nie uśmiechalo?
Matula byla wciąż wesoła,
zmarszczki jej nie żłobiły czoła,
a jeśli już, to bardzo mało.
Nad młynkiem walce wciąż nuciła,
pewnie przed laty je tańczyla
i czuła się szczęśliwa z tatkiem.
Snując z młodości swej wspomnienia
w taflę lusterka pelną lśnienia
nieraz rzucała wzrok ukradkiem.
Lecz gdy, jak w każdym dniu powszednim,
włosy z grzebienia zdjęta przed nim,
by cisnąć je na żer ogniowi -
przez chwilę trapi ją rozterka
i widzę to w głębi lusterka,
co jej przelotne zmarszczki łowi.
Potem pękł owal ramki; szybko
rysy zjawiły się pod szybką
i szara pleśń pasożytnicza.
W końcu szklo pękło, spadła rama,
lecz i w tym szczątku czesze mama
kosmyki z obu stron oblicza.
Czas leci. Mama do lusterka,
już siwa, coraz rzadziej zerka,
do samotności swej przywyka.
Gdy do mieszkania kto zastuka,
już jej nie wadzi klot fartucha,
w czarnym fartuchu drzwi odmyka.
Otwieram drzwi. Dziś wchodzę z lękiem,
nie wiem, czy ktoś mi poda rękę,
czy ktoś uściska mnie za progiem.
Wiem, źe lusterko tu i dzisiaj
na ścianie tuż przy oknie wisi,
lecz dojrzeć go przez łzy nie mogę.
(1954)
Do góry 
Chciałbym znów, chłopcy, sypać ziemię -
Budować groblę, być wśród was;
Zegara przed oczyma nie mieć,
Nie słyszeć, jak upływa czas.
Nie marznąć brodząc zimną strugą,
Zastawiać razem z wami sieć,
I życie, drogę piękną, długą
Ciągle przed sobą jeszcze mieć.
(1956)
Do góry 
Tuląc się w swoją krągłość
jaśnieje dziewczęce ciało
i dziewczę przymyka rzęsy,
ażeby jeszcze pełniej czuwać.
Dłoń wszakże osuwa się lekko
po gładkiej skórze.
Pełna miłości głowa jest też lekka
i zdaje się, że nawet pocałunek nie waży więcej
niż upuszczony kwiat,
gdy tymczasem natrętne wargi już się spieszą,
suną do miejsc, których zazdrośnie strzegą
lew i gołąbka.
Kilka lat odwiał mi podpity wiatr,
skoro się nie patrzyłem.
W mieście,
które pływa na morzu
niby kapelusz ze strusimi piórami,
do pustego kościoła weszła zakonnica.
Ledwo się pojawiła,
pokornie padła na posadzkę.
Tak z dachu rzuca się gołąb
w mokrą trawę,
kiedy już nie chce żyć.
Czoło miała zasłonięte kornetem.
Kiedy jednakże uniosła twarz,
osłupiałem:
Boże, ja tę dziewczynę znam!
Pewnie to była pomyłka, nic więcej,
spojrzałem wszakże na nią
me mem,
z takim zdumieniem,
że do żywego dotknięta szybko się podniosła
i zanim się opamiętałem,
nakrochmalona nadbudówka z powrotem znikała
za drzwiami kościoła
pilnującego wód Guidekki.
Czym prędzej pospieszyłem za nią.
Bodaj raz jeszcze ujrzeć
przymknięte oczy,
w które patrzyłem
pewnego rana
przy starej studni pod nawisłymi wierzbami.
Biel i czerń jednak pierzchały mi z oczu
w uliczkach koło Akademii,
po czym je wypatrzyłem już w oddali,
hen za pałacem Foscari,
kiedy zmierzała na Campo San Paolo,
by mi po raz ostatni mignąć bielą
wśród rojowiska ludzi na Targu Rybnym.
Tam zniknęła na dobre.
Widać się ukryła
w srebrze rybich łusek,
bo właśnie dziesięć uderzeń zegara
brzmiało nad miastem,
v gdzie stare ściany murowano zaprawą,
w której przymieszką są pieśni.
(1967)
Do góry 
Daremnie się chwytamy pajęczyn lecących
i drutu kolczastego.
Daremnie zapieramy się piętą o ziemię,
aby się nie dać tak gwałtownie wlec
w ciemność, która jest bardziej czarna
od najczarniejszej nocy
i nie ma już korony gwiazd.
I co dzień spotykamy kogoś,
kto mimo woli nas pyta
nie otwierając nawet ust:
Kiedy? Jak? I co potem?
Bodaj przez chwilę jeszcze tańczyć i wirować,
i oddychać powietrzem pachnącym,
choćby i z pętlą na szyi!
W poczekalni u dentysty
odnalazłem na łamach postrzępionego tygodnika
zdjęcie różowej figurki tanagryjskiej.
Podobną wypatrzyłem przed laty
w Gablocie Luwru.
Wykryto ją w grobowcu marmurowym
młodziutkiej dziewczyny
zmarłej na długo przed Chrystusem.
Ta figurka zna dobrze śmierć.
Mogłaby mówić.
Milczy.
I uśmiecha się.
Kiedy dziewczynka umierała,
słyszała pewnie krzyk Empuzy,
która straszyła konających
i pilnowała grobów.
Z metalu miała jedną nogę,
drugą z oślego łajna,
krzyczała jak na brzegach Acherontu
krzyczą cienie umarłych.
No tak, ma się rozumieć! Stare straszydła są martwe,
rodzą się jednak nowe.
Haloo, pani nie usłyszała dobrze?
Em-pu-za.
Przeliteruję to słowo.
E – j ak Ewa
M – jak miłość
P – jak przystojniak
U – jak uwiedzenie
Z – jak zachwyt
A – jak amarant
Już pani zanotowała? No to proszę
pisać dalej!
Kiedy dziewczynce z ust uleciała dusza
rozpływając się w błękicie,
dziewczęce usta zwiędły
jak kwiat złamany.
Figurka się uśmiechała,
ukochana zabawka żywej
również do grobu szła z uśmiechem przy boku umarłej
po to, by ujrzeć, jak po chwili
anioł rozkładu,
przystąpiwszy do ciała dziewczynki,
począł pośpiesznie jej płeć rozdrapywać
fioletowymi paznokciami.
Wokół się długo jeszcze snuły strachy,
ich głosy w każdym, kto tędy przechodził,
budziły grozę.
Od dawna już tu trwa cisza.
Tylko opodal za ostrokrzewami
wędrowcy odpoczywający czasem
do ust podnoszą trzcinowe piszczałki,
które z opończy wyciągają.
Gdzie ja czytałem pieśń
o cienkiej tunice dziewczęcej?
Tak nikły stawiała opór,
że ją bez trudu można było pokonać.
Gdy tylko ześlizgnęła się z fali ramienia,
już jej nie mogła zatrzymać dziewczęca pierś,
skoro się sama znalazła w dłoni
jak owca, która zbłądziła bezwiednie
do wilczego dołu.
Pozostał ślad niewielki – parę garści pyłu,
nic więcej.
W ciemności pył wzlatywał i osiadał znowu
na całej przestrzeni nagrobka.
I szparą między płytami
jak ujadanie psów
przedostawał się czasem zapach fiołków.
(1979)
Do góry 
W wielkosobotnie południe
zachowywaliśmy dwie minuty ciszy.
A był to czas gdy z wilgotnych gałęzi
chlustały kolory
i kobiety chciały
być jeszcze piękniejsze niż poprzedniego dnia
i roznosiły zuchwale swoje wdzięki
dokąd się tylko dało.
Zaledwie dwie minuty,
lecz należące do umarłych.
Dokąd to się właściwie wtedy śpieszyłem,
źe wydawały mi się takie długie?
Ach tak! Już wiem!
Kiedy umarli wspominają żywych,
trwa to całą wieczność.
(1966 – z tomu „Koncert na ostrově”)
Do góry 
Może wy też wzdychaliście do tych nazwisk
utkanych z promieni
i nie mówiliście o tym nikomu,
tylko rogom poduszki:
Jean Harlow
Norma Shearer, Katherine Hepburn
i te inne,
co uśmiechały się do nas
z plakatów na ulicy.
Kiedy rozlepiacz odchodził
biegłem im naprzeciw,
jeszcze ściekały im po twarzy
krople kleju.
Gdzie jednak się podziały
już niedługo potem?
Zdawało mi się, że machają
jeszcze na pozdrowienie
i rzucają z mostu do rzeki
gałązkę iwy.
Ale już nie wracały.
Tak odeszła Constance Bennett,
Carola Lombard i delikatna Annabella.
Niekiedy parę zmarszczek zasłoni twarz kobiety
dokładniej niż woalka.
Tylko babilońskie jarzmo
bywa cięższe niż samotność
w tych latach,
gdy zaczynamy tracić młodość.
Przynajmniej tę pierwszą, tę bezbronną,
o której pięknie nie mamy jeszcze wtedy
zielonego pojęcia.
I stało się: zamigotała obok mnie.
Kiedy się zatrzymałem,
trochę zaskoczona
odgarnęła z czoła włosy.
Była szczupła jak Ałła Nazimowa
i nawet Lilian Harvey
nie miała tak delikatnych ust.
A jej ręce -
Już dość, już dość, już skończ!
Jeszcze tylko parę słów.
Czułem na skroni jej oddech,
zwarła jednak kolana tak,
że nie przecisnęłoby się między nimi ziarnko grochu
a nawet ziarnko maku.
Jak posągi faraonów
u wrót świątyni w Abu Simbel.
(1967 – z tomu „Halleyova kometa”)
Do góry 
Na wystawie surrealistów w Paryżu
sprzedawano kobiece piersi
z gładkiej i elastycznej gumy.
Nie wiem czemu, przy tej ich obfitości.
Były jednak jak żywe.
Zresztą
sztuczny słowiku
z piórkiem i grającym wałeczkiem,
melodia, którą śpiewasz,
jest stale ta sama.
Pewnie mu czegoś brak,
mówili starzy chińscy rybacy.
Był to rok śmiechu i beztroski.
Już nie pamiętam, jakie dwie cyfry
kończyły wtedy datę.
Sacre Coeur płynął spokojnie w wiosennym powietrzu
jak biały wieloryb
z lśniącą fontanną wieży.
Wojna była jeszcze daleko,
Paryżu,
na strach był jeszcze czas.
Jadłem śniadanie w kawiarni pod markizą
na bulwarze Montparnasse
a naprzeciw mnie przy stoliku
usiadła uśmiechnięta Murzynka
w białym swetrze o luźnym splocie
na nagim ciele
Miała więc na sobie tylko lekki pancerz,
tylko pszczeli plaster,
na którego dnie
nektar był ciemny.
Kiedy w naszych stronach kwitną lipy
miód bywa jasnozłocisty.
Rozum potrafi przymusić rękę,
by pozostała bez ruchu
na oparciu krzesła,
ale co z oczami?
Niebo było błękitne,
Paryż roześmiany
a ja słyszałem jak kostka lodu
dzwoni o jej zęby.
Ledwo jednak dopiła
i lód opadł na dno,
położyła dwa palce na swych wilgotnych wargach,
lekko je pocałowała
a potem szybko przycisnęła je do mego czoła.
Zaraz potem wstała
i pobiegła ku wejściu do metra,
skąd było słychać dudnienie pociągu.
Ale dłoń miała jasnoróżową
Jak kwiaty dzikiej róży.
Tak, kwiaty dzikiej róży,
238 239
gdzieś w naszych stronach, na miedzy,
w czerwcu.
A zdarzyło się to pod markizą kawiarenki
na bulwarze Montparnasse.
(1967 – z tomu „Odléváni zvonů”)
Do góry 
Noc, właścicielka ciemności,
pośpiesznie wylewa z nieba zorze,
krwawą wodę,
w której sztyletem pięknej blondynki
został przebity Marat,
i zaczyna oddzierać od ludzi
ich własne cienie
jak krawiec oddzierający rękawy
podczas przymiarki żakietu.
Wszystko już było na tym świecie,
nie ma nic nowego,
lecz biada kochankom,
którzy nie potrafią w każdym pocałunku
odkryć nowego kwiatu.
(1981 – z tomu „Morový sloup”)
Do góry 
Najnowsze komentarze