Archiwa

Wspomnienia o Miłoszu

Jerzy Illg | Marian Stala | ks. Adam Boniecki | Wojciech Karpiński | Ewa Bieńkowska | Wisława Szymborska | Andrzej Szczeklik | Łukasz Tischner | Aleksander Fiut | Tomas Venclova | Clare Cavanagh | Andrzej Franaszek | Seamus Heaney

Jerzy Illg

Umarł Miłosz

Umarł Miłosz. Bezradność. Jak opisać coś tak ważnego, osobę, życie i dzieło, które pozwalało ustalać miary i hierarchie. Przywracało ład i nadawało sens. Ustanawiało kryteria piękna i mądrości.

Umarł Miłosz. Pierwszy tekst pisany w nowym mieszkaniu. I niedawne zmartwienie Czesława:
„Panie Jerzy, słyszę, że to ponoć trzecie piętro bez windy. Jak ja tam wejdę?” I ja, tak bardzo pragnący uwierzyć w te słowa: „Pomalutku, panie Czesławie, pomożemy. Tam są bardzo przyjazne schody. A w razie czego Marian Stala sam pana wniesie”.

Cisnące się wspomnienia z poprzedniego mieszkania, na parterze przy Kościuszki, gdzie tyle razy zasiadał wśród nas na swojej ulubionej kanapie i od razu, na dzień dobry, zadawał jakiś fundamentalny problemat. Ale też rozpromieniał się na widok łuku Grzesia, wyjmował mu go z ręki i zachwycony, mając przez chwilę znowu jedenaście lat, strzelał przez okno do ogrodu. Był obecny w naszym domu, nawet kiedy go nie było. Jak w grudniu 1994, gdy na tejże kanapie, zwanej później ,,noblowską”, siedzieli obok siebie Seamus Heaney i Wisława Szymborska, z których on miał zostać noblistą za rok, ona – za dwa lata. Miłosz, jakby wiedząc o tym zgromadzeniu, zadzwonił wtedy z Kalifornii i rozmawiał z wszystkimi po kolei, z Wisławą, Bronkiem Majem, Staszkiem i Anią Barańczakami. Heaney, biorąc słuchawkę, powitał go tubalnym: „Hallo, Master!” Czy inna chwila – gdy krzątając się tyłem do gości, usłyszałem nagle za plecami dobitnie wypowiedzianą przez Miłosza frazę: „Szczęście jest dostępne!”. Pomyślałem: „Boże, jakie to cudowne, móc wygłosić coś takiego, mając prawie 90 lat”. Zabrzmiało to jak sentencja, metafizyczny przekaz, aforyzm streszczający w sobie uniwersalną mądrość. Odwróciłem się i zaniemówiłem: Czesław wypowiedział te słowa, wpatrując się z uwielbieniem w zmrożony kieliszek wódki i śledzia w śmietanie, specjalnie dlań przygotowywanego przez Joannę. Po chwili chrupał go, pomrukując jak żmudzki niedźwiedź i nie bacząc, że kawałki cebuli spadają mu na spodnie.

Rozmowy, długie nocne rozmowy. W Berkeley, Krakowie, Wilnie. Poruszająco szczere, ale z zachowaniem męskiej powściągliwości i dystansu. Zawsze poważne, unikające banału i powierzchowności. Bourbon, wódka, dużo wódki, kiedyś nawet, w Bolinas nad Pacyfikiem, marihuana. Głód doświadczenia, chęć spróbowania wszystkiego. Apetyt, zachłanność, żarłoczność. Nieposkromiona ciekawość chłopca, penetrujący umysł mędrca, duch wzlatujący wysoko, i ciało, łaknące zaspokojenia pokus, kosztowania zmysłowego piękna świata. Wadzenie się z Bogiem, bunt wobec niesprawiedliwości i okrucieństw historii i przyrody, stawianie odwiecznych pytań o przyczyny Zła – i wyznania: „Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy / I ciemną słodycz kobiecego ciała. / Jak też wódkę mrożoną, śledzie w oliwie (…). / Jakiż więc ze mnie prorok?” Sprzeczności i ich przenikliwa świadomość. „Traktat teologiczny” i „Ziemskie pokarmy”. Sprzeczności jako dźwignia katapultująca go w regiony dostępne nielicznym. Jak Simone Weil. Jak Thomas Merton. Czy wcześniejsi mistrzowie: Emanuel Swedenborg i William Blake. „Pieśni niewinności” i „Pieśni doświadczenia”.

„Tropiciel Istotności” – tak przed laty nazwałem go sobie na prywatny użytek. Jego koncentracja wyłącznie na tym, co ważne, była nieustannym wyzwaniem. Nam, świadomym że utrzymywanie umysłu i ducha w stanie nieprzerwanej czujności i napięcia przekracza nasze możliwości, wydawało się to czymś nieosiągalnym, zarazem jednak było niesłychanie inspirujące, zmuszające do wysiłku – ażeby choć przez chwilę móc być dla niego partnerem.

Tyle rzeczy, będących jego udziałem, wydaje się niewyobrażalnych, kiedy się w nie wmyśleć. Niewiarygodna pracowitość. Bardzo długie życie wypełnione benedyktyńskim trudem. Nie marnowanie ani chwili. Tysiące, dziesiątki tysięcy zapisanych drobnym pismem stron, biblioteka nie mieszcząca się na najdłuższej półce. Kontynent Miłosz. Wieloletnia samotność, z dala od czytelników i życia literackiego. Determinacja w pisaniu wierszy po polsku. Pewność, że na dalekim kalifornijskim brzegu równa się to wkładaniu ich do dziupli w drzewie. Oddanie, z jakim przed swoją wierną mową stawiał miseczki z kolorami – „jasnymi i czystymi, jeżeli to możliwe, / bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno”. Siła – i pokonywanie słabości. Świadomość bycia wybranym – i chwile najgłębszego zwątpienia. Popadanie w depresje i mozolne wydobywanie się z nich – o ileż trudniejsze, gdy zabrakło Carol. Ranliwość, ból, jaki nawet jemu sprawiały zaczepki różnych gnojków, będących w stanie dostrzec co najwyżej skarpetkę, mankiet jego spodni. I niezwykła odporność, pozwalająca przetrwać doświadczenia i wytrzymać ciosy, które zabiłyby innych. Zdumiewający hart ducha i pokora Hioba, reagującego na utratę ukochanej żony wstrząsającym arcydziełem „Orfeusz i Eurydyka”. Odwaga w podejmowaniu decyzji pozornie straceńczych, odbierających jakiekolwiek szanse na pomyślny finał – i – jak to sam nazywał – szczęście głupiego Jasia, któremu wbrew wszystkim okolicznościom, wbrew jemu samemu, jeszcze raz się udało – choć nie miało prawa się udać. Niesłychana biografia. Zdumiewająca figura Losu. Jak gdyby Opatrzność jednak zapragnęła po latach nagrodzić męstwo, uczciwość i wierność sobie.

Umarł Miłosz. Dwa słowa – absurdalny oksymoron. Nieprawda. Nie może umrzeć ktoś, kto był, jest i będzie stałym punktem odniesienia. Ktoś, kto był i będzie zawsze.

Do góry

Marian Stala

Śmierć poety

1. Zmarł Czesław Miłosz. Przez ostatnie kilkanaście lat był wśród nas, w Polsce, w Krakowie, w „Tygodniku”. Wiedzieliśmy, że niedługo odejdzie, ale nie chcieliśmy w to uwierzyć. Przyzwyczailiśmy się do Jego obecności, zapominając, jak bardzo jest niezwykła.

2. Kim był? Najpierw przychodzą mi na myśl określenia, których się już dzisiaj nie używa… Był wielkim duchem, czuwającym nad miejscem, w którym przyszło mu żyć. Był człowiekiem obdarzonym wyjątkową mocą wewnętrzną i zdolnością oddziaływania na innych ludzi. Był mędrcem, mistrzem duchowości.

3. Kim był? Był człowiekiem bardzo długo i bardzo świadomie gromadzącym ludzkie doświadczenia. Człowiekiem mówiącym z perspektywy osiągniętego przez kilka dziesięcioleci wewnętrznego bogactwa.

Był świadkiem niemal całego XX stulecia, obserwatorem zdarzeń, znawcą idei, kronikarzem wielkości i nędzy minionego wieku.

4. Kim był? Był analitykiem jednej z najgroźniejszych chorób ludzkiej świadomości – zniewolenia umysłów przez dwudziestowieczny totalitaryzm. I był też jednym z tych, którzy sprzeciwili się owemu zniewoleniu, którzy wybrali wygnanie, aby zachować wewnętrzną wolność, aby być „głosem przeciw milczeniu”.

5. Kim był? Był myślicielem, uważającym, iż centralnym problemem współczesności jest erozja wyobraźni religijnej; myślicielem bez końca pytającym o możliwości odbudowy owej wyobraźni.

Był krytykiem religijności instytucjonalnej, zdogmatyzowanej, zamkniętej. Irytował go katolicyzm powierzchowny i zrytualizowany. Źródeł wewnętrznej odnowy poszukiwał u (dalekich niekiedy od ortodoksji) mistyków, teozofów, poetów. Ciekawiła go duchowość Wschodu, zwłaszcza zaś buddyjska uważność.

6. Kim był? Był człowiekiem poszukującym sensu swego istnienia, swego losu – i umiejącym kształtować ów los, nadawać mu ważność ogólną, ponadindywidualną. I był także człowiekiem niewyrażalnej, nieuchwytnej tajemnicy – o istnieniu której mówił i którą zabrał ze sobą.

7. Był (to wydaje się najoczywistsze, ale najtrudniejsze do zwięzłego wyłożenia) poetą. Był – i jest – jednym z największych polskich poetów. Aby zmierzyć jego twórcze dokonania, trzeba szukać miar najwyższych – Kochanowskiego, Mickiewicza, Norwida, Leśmiana…

Poetycka wielkość Miłosza nie odsłoniła się nagle, nie była gotowa u początków jego twórczości. Ta wielkość narastała od młodzieńczego „Poematu o czasie zastygłym” do poematu „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”, będącego jednym z najwyższych jego dokonań. Po wydaniu tego właśnie tomu, w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, wielkość Miłosza była już sprawą oczywistą i niekwestionowaną. Późniejsze zaszczyty i wyróżnienia były tylko potwierdzeniem tego stanu rzeczy.

8. Poetyckie dzieło Miłosza uderza swą różnorodnością, wielokształtnością, wielością odzywających się w nim stylów i języków. Zarazem jednak: dzieło to zastanawia jednorodnością realizowanego w nim projektu.

Istotą owego projektu jest próba objęcia wszystkiego, co istnieje, szukanie tego, co jest Rzeczywiste. A więc: stworzenie nowej poezji metafizycznej, poezji czuwającej przy bycie, poezji, której najważniejszym słowem jest „esse”.

Czy pełna realizacja tego projektu jest możliwa? Chyba nie; sam Miłosz uparcie powracał w swej późnej twórczości do idei nieobjętości i niewyrażalności świata. Nie oznacza to unieważnienia projektu, rezygnacji z szukania Rzeczywistego; oznacza to tylko uświadomienie ryzyka, jakie kryło się, kryje i będzie kryło w wielkim, poetycko-metafizycznym przedsięwzięciu autora „Ziemi Ulro”.

9. W ciągu minionego półwiecza dzieło Czesława Miłosza, przez jednych podziwiane, przez innych zwalczane, było jednym z najważniejszych punktów odniesienia polskiej poezji. Zresztą: nie tylko dzieło. Także sam Miłosz stał się niezwykle ważnym gwarantem panującego w poezji ładu. Bo chociaż o tym nie mówiono, było rzeczą ważną to, iż w Berkeley (a później w Krakowie) mieszka Poeta – który nie tylko pisze niepowtarzalnej piękności wiersze, ale też czyta utwory innych poetów. Wraz ze śmiercią Miłosza – Poety, Mędrca, Mistrza – wspomniany punkt odniesienia bezpowrotnie zniknął; domknęła się cała epoka. Dzisiaj, ledwie dzień później, trudno ocenić dramatyczność tej chwili, trudno przewidzieć, jakie będzie samopoczucie polskiej poezji bez Miłosza i po Miłoszu. Rozmowa na ten temat stanie się już wkrótce konieczna.

Kraków, 15.08.2004 r.

„Tygodnik Powszechny”, numer 34, 22 sierpnia 2004

Do góry

ks. Adam Boniecki

To nic, że czasem nie wie

Kim był ten, który do wściekłości doprowadzał dewotów, doktrynerów i klerykałów, a mistyka i trapistę Tomasza Mertona sprowokował do obszernej, niezwykłej korespondencji, która zaowocowała przyjaźnią?

O Miłoszu w domu Turowiczów mówiło się często, tak często, że mam poczucie, iż znam go od tamtego czasu, to jest od lat sześćdziesiątych. Bywało, że siedzieliśmy w kuchni przy kolacji i rozmowa schodziła na wspomnienia z Goszyc, gdzie Turowiczowie wraz z Miłoszem przeżywali ostatnie miesiące wojny. Pani Anna recytowała z pamięci Czesława (tak o nim mówili), ktoś przynosił zaczytane tomy i tomiki, Jerzy wyszukiwał i czytał ulubione wiersze. Tak poznałem oba „Traktaty” – „Poetycki” i „Moralny”, których zrozumieć pewnie bym nie umiał bez wyjaśnień Turowiczów.
Z goszyckich opowiadań jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci. We dworze zjawił się znajomy pani domu, partyzant Jan Józef Szczepański. Pani Anna pamiętała ich spór z Miłoszem, który z wielkim przekonaniem tłumaczył Jasiowi, że walczyć nie zamierza, bo musi wojnę przeżyć: jego zadaniem jest pisanie a nie walka, jego ewentualna śmierć na nic się nie przyda, natomiast jego pisanie jest dla Polski ważne. Zaskakująca jak na tamte czasy pewność własnej misji młodego poety, a właściwie Poety (Miłosz był przez cenzurę wykreślany zawsze, a przecież znaleziono sposób, żeby mógł się znaleźć w „Tygodniku”: cytując, pisano „jak mówi Poeta”, Poeta pisany majuskułą to zawsze był Miłosz).

***

Miłosz-autor był mi potem przewodnikiem w sprawach wiary. Gdy w latach siedemdziesiątych mieszkałem w Paryżu, zgromadziłem sporo jego książek. Pamiętam, że olśnieniem był wtedy dla mnie tryptyk, trzy wiersze z cyklu „Świat. Poema naiwne” zatytułowane „Wiara”, „Nadzieja”, „Miłość”.

Tu, gdzie piszę to wspomnienie, nie mam dostępu do jego książek, więc z pamięci chciałbym zacytować ostatni z tych trzech. Z wdzięczności. Tym wierszem Poeta pomógł mi żyć.

Miłość to znaczy popatrzeć na siebie
Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy,
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.
A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie,
Ze zmartwień różnych swoje serce leczy,
Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu.

Wtedy i siebie, i rzeczy chce użyć,
Żeby stanęły w wypełnienia łunie.
To nic, że czasem nie wie, czemu służyć:
Nie ten najlepiej służy, kto rozumie.

Potem, kiedy już poznałem Miłosza osobiście, przy każdym spotkaniu (a było ich sporo) ogarniało mnie, raczej mi obce, uczucie paraliżującego wręcz onieśmielenia. Nie wiem, czy powodowała to jego zdumiewająca erudycja, czy stawiane nagle, niby od niechcenia, pytania dotyczące wiary: takie, na które – o czym przecież doskonale wiedział – odpowiedzi nie ma, czy spoglądające na mnie spod krzaczastych brwi życzliwie rozbawione, bystre oczka Poety.

***

Był mistrzem. Uczył docierania do spraw ważnych. Mnóstwo napisał i w tym pisaniu, teraz zwłaszcza, kiedy ukazują się kolejne tomy jego „Dzieł”, można śledzić, jak mądrość lat przekłada się na coraz większą prostotę i przejrzystość słów. Był, jest mistrzem, bo nie można go czytać i zostać takim, jakim się było przedtem.

Tak odczytuję „Traktat teologiczny”. Owszem, nie ma w nim olśniewającej w obu wcześniejszych traktatach kunsztownej zabawy słowem, rytmem, rymem i… Onieginem, ale też jest on całkiem inny; jest wielkim soliloqium starego człowieka, który szykuje się na spotkanie z Tym, z którym całe życie się zmagał.

Miłosz, który w czasie wojny – niejako przeciw prądowi emocji narodowych – wiedział, że nie może ryzykować życia, bo ma coś ważnego do powiedzenia, kiedy przychodziło mówić, odczuwał lęk. Czego się bał? „Traktat teologiczny” mieliśmy pod embargo na długo przed drukiem. Oczywiście: chciał, byśmy go publikowali, a jednocześnie się lękał. Jeszcze coś poprawiał, skreślał, dopisywał, ale chyba po prostu się bał. Dopuszczając innych do najbardziej własnych, najważniejszych spraw, człowiek staje się bezbronny, wystawia się na ciosy, jest vulnérable…

Czasem mówiliśmy o nim w redakcji (za Durrellem, określającym tak Kawafisa) „Stary poeta tego miasta”. Nie było to ścisłe, bo on nigdy nie był stary. Świadek minionej epoki, mówił, stawiał pytania i szukał odpowiedzi tak, jak tego wymaga ten czas. Był wciąż, rzeczywiście obecny.

***

Jakże w tych pospiesznie pisanych, w smutku pisanych notatkach nie wspomnieć jeszcze o wiernej przyjaźni, jaką darzył „Tygodnik Powszechny”. Wiem, że był to przede wszystkim dalszy ciąg przyjaźni z Jerzym Turowiczem. Ale też bardzo świadomy wybór, o którym pisał w tekście „No to co zrobię?”, odpowiadając na pytanie czytelniczki, dlaczego on, opowiadający się przeciw państwu wyznaniowemu, pisze do katolickiego pisma.

Opowiadał mi pracujący w Paryżu pallotyn ks. Zenon Modzelewski, że przygotowując płytę ku czci ojca Kolbego, który wtedy miał być beatyfikowany (może kanonizowany), zamierzał nagrać fragmenty psalmów w tłumaczeniu Miłosza. Zadzwonił więc do niego, by uzyskać zgodę. Kiedy przedstawił sprawę, w słuchawce rozległ się ryk Poety. „Nie, nie zgadzam się. Przez tego Kolbego straciłem pracę w radiu”. Chodziło o historię sprzed wojny, jakiś artykuł w „Rycerzu” czy w „Małym Dzienniku”. Ostatecznie wyraził zgodę, obracając tamtą pierwszą reakcję w żart, ale Kolbe musiał mu doskwierać, skoro wspominał o nim jeszcze w artykule na 85-lecie Turowicza. „Jestem stary – pisał wtedy, w 1997 r. – i powinienem złagodnieć, pamiętając, że ludzie są tylko ludźmi i to, co noszą w głowach, niekoniecznie łączy się z ich czynami. Ks. Maksymilian Kolbe i jego prasa to było wskrzeszenie zabobonów epoki saskiej w nowoczesnej oprawie, a został świętym”.

Może jest w tym jakiś żart czy znak Opatrzności, że Czesław Miłosz odszedł 14 sierpnia, w dniu, kiedy Kościół czci św. Maksymiliana Kolbe.

„Tygodnik Powszechny”, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004


Do góry

Wojciech Karpiński

Polowanie z ogarami

Od dawna myślę, że jego pożegnaniem z sobą i z nami – żyjącymi, do czasu – i przywitaniem z następcami w sztafecie pokoleń na Nieobjętej ziemi – są końcowe linie „Zimy”:
Wielkie było polowanie z ogarami na sens niedosiężny świata.
I teraz jestem gotów do dalszego biegu
O wschodzie słońca, za granicami śmierci.
Już widzę górskie pasma w niebiańskiej kniei
Gdzie za każdą esencją odsłania się esencja nowa.
To on jest gotów, nie my, nie ja. To on znalazł słowa. Jeszcze jeden jego dar, lecz nie zwalnia nas z wysiłku ujęcia w słowa – czego? – Jego obecności. Przyczyn naszej wdzięczności. Wiem, jakie miejsce zajmował od dziesięcioleci w moim życiu duchowym, w polskiej literaturze, w kulturze Zachodu – i to nie tylko XX wieku… Ale czy można się do takiego podziękowania przygotować? Szukam formuł, bezradny.
Półtora wieku temu Zygmunt Krasiński, w jakże trudnej sytuacji osobistej, narodowej, społecznej, artystycznej, na wiadomość o śmierci Mickiewicza znalazł, w prywatnym liście do przyjaciela, Adama Sołtana, słowa niezapomniane, które stały się dla ludzi później żyjących sformułowaniem odkrywczym i oczywistym (czy nie były równocześnie niebezpieczną mitologizacją? jeżeli nawet, to wielką): „Pan Adam już odszedł od nas. Na tę wieść pękło mi serce. On był dla ludzi mego pokolenia i miodem, i mlekiem, i żółcią, i krwią duchową, my z niego wszyscy. On był nas porwał na wzdętej fali natchnienia swego i rzucił w świat”. To zapewne najsłynniejszy i jeden z najpiękniejszych polskich nekrologów. Te słowa, jakkolwiek efektowne, nie określają miejsca Czesława Miłosza w polskim życiu. I chyba takie określenie nie jest możliwe. Był zbyt złożony, zbyt bogaty. Można – i trzeba – wyrażać mu wdzięczność za dary. Cieszyć się, że są z nami, starać się, by żyły w nas i nas ożywiały. Uczynił nas bogatszymi, mocniej osadzonymi w tradycji i swobodniejszymi, a w każdym razie stworzył po temu możliwości.

Jego wiersze, jego eseje są czymś więcej niż zbiorem pięknych formuł. Miłosz miał poczucie odpowiedzialności za gospodarstwo literatury polskiej. W liczącym ledwie kilka stron szkicu „Mickiewicz” z „Ogrodu nauk” przedstawił historię polskiego głosu. Wiedział, jak ważną sprawą jest właściwe ustawienie głosu. Zdobycie głosu, umiejętność nazywania świata, umacniania i rozszerzania własnej wolności, duchowej suwerenności, zależy także od stanu języka. Ten stan tworzą pisarze, przygotowują narzędzia do nazywania świata. W XX wieku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, nastąpiło na świecie dość powszechne „zmącenie głosu”, utrata kontaktu z rzeczywistością. Między klimatem życia a klimatem literatury rozwarła się przepaść. Kilku polskich pisarzy stanowi wyjątek. Ich książki są zarazem wyzwoleniem i zakorzenieniem, ugruntowaniem suwerenności jednostki i wzmocnieniem jej związków ze wspólnotą, wspólnotą raczej projektowaną niż realną, modelowaną przez ich spojrzenie, ich dzieła. Potrafili zstąpić na stopień zero stylu, przyjrzeć się sobie, własnemu obnażeniu, własnemu zagubieniu – i odbudować od podstaw władzę nazywania świata, umożliwić rozmowę ze sobą i z innymi. Najznakomitsze przykłady takiej postawy to twórczość Gombrowicza i Miłosza. To jest ich bezcenny dar dla nas.

„Oby do naszej mowy wróciła rzeczywistość”, napisał Miłosz już dziewięćdziesięcioletni w „Traktacie teologicznym”. Ależ on to spowodował swoimi wierszami – od „Obłoków”, „Spotkania”, „Równiny”, przez „Traktat moralny” i „Traktat poetycki”, przez „Mittelbergheim”, „Gucia zaczarowanego”, „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”, przez „Nieobjętą ziemię”, „Sześć wykładów wierszem”, aż po zadziwiającego odkrywczością i młodością „Pieska przydrożnego”, po „To”, po „Drugą przestrzeń” – kolejnymi utworami budował dla nas drugą przestrzeń, przestrzeń suwerenną. W walny sposób przyczynił się do tego, że literatura polska drugiej połowy XX wieku stała się, w dziełach kilku autorów, lekcją suwerenności, lekcją głosu zarazem swobodnego i sensownego, zdobyciem nowych oczu, obroną i uświetnieniem rzeczywistości, zdobyciem i utrwaleniem innych przestrzeni, ponad ideologicznymi płaskościami, jakichkolwiek byłyby kolorów i obediencji. I nigdy chyba, od czasów Kochanowskiego, nie była tak związana z rzeczywistością.

To jest jego wielki dar dla nas, czytelników: możemy być świadkami wielkiego polowania na sens niedosiężny świata. Tak działało na mnie jego dzieło, od pierwszej lektury, już prawie przed pół wiekiem. „Zniewolony umysł” był pierwszą książką zbójecką, która mi wpadła w ręce i nigdy tej lektury nie zapomnę. Ale i później czytane utwory działały z podobną siłą, zwłaszcza wiersze. I tak działają te, po które sięgnąłem, bezradny, 14 sierpnia 2004 na wiadomość o śmierci ich autora. Znów przyniosły pomoc. Jakże jesteśmy szczęśliwi i bogaci, że dostał się nam ten dar.

Wojciech Karpiński jest historykiem idei, krytykiem literackim, eseistą i tłumaczem.

Tygodnik Powszechny, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004

Do góry


Ewa Bieńkowska

Stary poeta


Jeszcze w urodzinowym numerze „TP”, przed kilkoma tygodniami, pisano o Nim jak o mieszkańcu naszego świata. Już nie mógł przyjmować wizyt, z trudem odpowiadał na telefony, ale był. Jego wybrane na starość miejsce było jak adresy naszych znajomych – nawet gdy z rzadka piszemy listy bądź telefonujemy, mamy możliwość fizycznego zaczepienia myśli. To był Miłosz w Krakowie, tak jak przedtem Miłosz w Wilnie, Warszawie, Paryżu, Berkeley.

Felietony w „Tygodniku” miały dla mnie przede wszystkim funkcję potwierdzania jego bycia tu, nie tak znów daleko. I wzruszał mnie ten wysiłek pamięci, zwrócenie się ku pamięci, podkreślanie, że w tej fazie życia jest to najciekawsze, co może nam ofiarować. Stary Miłosz to góra pamięci albo podziemny labirynt pamięci drążony w ogromnej górze jego życia. Wobec nas i dla nas wysnuwały się obrazy świata, już nam historycznie niedostępnego. Byliśmy dopuszczani do jego rozpamiętywań, do spraw większych i mniejszych, jakie pamięć wyrzucała mu na światło. Ostatnie teksty były dyktowane, wiedzieliśmy o tym. To przydawało im cechy słów rzucanych w pośpiechu przez świadka, zwierzeń fragmentarycznych, które spisuje ktoś inny, jakby z trudem wydzierały się z mówiącego.

Miłosz to w pełni poeta XX wieku, a nawet początku XXI, nie ulegający swojemu stuleciu, lecz biorący je poważnie pod uwagę. Teraz, pod wpływem wiadomości o śmierci, wydaje mi się kimś, kto miał nam przynieść wiadomości z daleka, z przeszłości, z którą utraciliśmy kontakt i która już w jego młodości była utracona. On sam ją odzyskiwał poprzez ważne spotkania w życiu, czasem spotkania z żywym człowiekiem (jak Oskar Miłosz), częściej z książkami zapomnianymi przez współczesnych: z dawną poezją, z pismami metafizycznymi i teologicznymi.

Jego osobista potrzeba odzyskania dla siebie przeszłości jako czegoś podstawowego doprowadziła do tego, że w wieku, w którym najbardziej pracowici udają się na odpoczynek, on zaczął się uczyć greki i hebrajskiego: języków zaginionego kontynentu. Ponieważ jest to rodzinny kontynent kultury i wyobraźni – wyobraźni, w której on widział zdolność odnowy poezji – a może i (kto wie) życia wewnętrznego.

Trudno sobie wyobrazić, jak będą przyszłe pokolenia czytały jego wiersze. Dla mnie (i wiem, że nie tylko dla mnie) nie było to nigdy przeżycie wyłącznie poetyckie. Było to doświadczenie rozszerzenia, udzielane mi chwile obcowania z czymś pobudzającym i porządkującym mój własny świat. Może słuszne jest wyznać przy takiej okazji, że nieraz czułam się jak prowadzona za rękę i wiersze Miłosza, czytane na przestrzeni dziesięcioleci, wydawały mi się kolejnymi krokami ku dojrzałości, na którą składają się i wymagania wobec siebie, i możliwe pogodzenie się ze sobą. Każda lektura odnawiała zdumienie: więc do tego jest zdolny język poetycki, mój rodzinny język! Było to dotarcie za sprawą tych wierszy do najbardziej intymnego splotu uczuciowości: jak pierwsze otwarcie oczu na świat, pierwsze obudzenie na ważne sprawy, które filozofia próbuje nazwać po imieniu, pierwsze odnajdywanie się pośród dzieł malarstwa i muzyki.

Stopniowo dochodzę do świadomości, co zawdzięczam tej poezji. Co zawdzięczam osobowości zapisanej w jego esejach, gdzie odbywa się, z jakimś dziecięcym uporem, poszukiwanie własnego miejsca wewnątrz rzeczywistości, która ciągle stawia pytania i wymaga ciągłej żywości myśli. Miłosz to człowiek, który nigdy nie rezygnował, nie pozwalał sobie na łatwe rozwiązania. Nawet utrudniał sobie życie, utrudniał strategię poetycką, stawiając przed nią nadmierne wymagania. To znaczy takie, od których nas odzwyczaił rozwój kultury, spychając sztukę do sfery gry i nieodpowiedzialności. Bo za co jeszcze odpowiedzialna jest dzisiaj ekspresja artystyczna?

Konsekwencją jego powikłanej drogi, jego ogromnych ambicji dla poezji – stała się forma coraz prostsza, nieomal uboga. Przeczytajmy głośno kilka wierszy ze zbioru „To” – nie jest to poezja intelektualna, wywyższająca się ponad siebie. To najoczywistsze rzeczy: mur, który nie ustąpi przed żadnymi błaganiami, leszczyna, z której chłopiec wycinał łuki, a dzisiaj starzec mógłby sobie zrobić laskę, Głowa, spoglądająca znad pagórka i układająca losy małego prowincjusza.

Tak się stało, że Kraków okazał się miejscem ostatnich rachunków sumienia i ostatnich dziękczynień Miłosza. Wątek wdzięczności to nie tylko przejmujący poemat „Czeladnik”, o mistrzu i uczniu, lecz i felietony z ostatnich lat. Nastała dla poety pora wdzięczności, która mieszała się z litością i utożsamieniem z innymi. Chcę zachować w pamięci, która urosła z moich wobec niego należności, taki obraz Starego Poety, obraz, z którym będzie mi łatwiej znieść jego nieobecność.

Ewa Bieńkowska jest eseistką i tłumaczką. Jesienią ukaże się jej książka o Miłoszu.

„Tygodnik Powszechny”, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004

Do góry

Wisława Szymborska

Święto


Każdy Jego nowy wiersz to było dla nas święto, niespodzianka, podarunek, temat do długich rozmów z przyjaciółmi i zaproszenie do rozmyślania w samotności. Podobnie działo się z Jego książkami. Gdy tylko któraś się ukazywała, odkładaliśmy wszystkie rozpoczęte lektury i jej dawaliśmy w czytaniu pierwszeństwo. Czasami pokazywał nam wiersz czy poemat dopiero co napisany – ciekaw nie tyle pochwał, ile czyjejś nieskrępowanej opinii. Żył wśród nas i myślę, że nas odrobinę lubił, trochę potrzebował, niczego jednak od nas nie żądał, nie wymuszał. Teraz stało się to, co stać się kiedyś musiało. A dla nas skończył się przywilej obcowania z Nim. Święto zgasło.

„Tygodnik Powszechny”, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004


Do góry

Andrzej Szczeklik

W chorobie


Chciał umrzeć w domu, pośród najbliższych, a nie w szpitalu. Przyjąłem to do wiadomości wiele lat temu, kiedy jeszcze poważnych zagrożeń nie było. I choć na ten temat stanęła między nami niepisana umowa, za każdym razem, gdy zachodziła konieczność pilnej hospitalizacji, trzeba było trudnych perswazji, by uzyskać na nią zgodę. Gdy tylko jednak kryzys mijał, w klinice – jeszcze słaby, jeszcze przykuty do łóżka – zaczynał od razu czytać lub słuchać lektury, pisać lub dyktować. Tak jakby ciekawość literatury i poezji i moc twórcza zwalniały Go z okresu rekonwalescencji psychicznej – tych wielu dni, a nieraz i tygodni, potrzebnych nam, „by wrócić do siebie”.

„Czy nie uważa Pan, że jestem anomalią natury?” – spytał mnie, gdy skończył 91. rok życia. A ja myślałem, że jest jak potężny dąb litewski, szumiący poezją. Jego myśl, wsparta pamięcią, jakiej nigdy nie spotkałem u nikogo, coraz częściej starała się przeniknąć istotę życia i choroby, a także śmierci. Zdawała się nie spoczywać wcale, poza snem, czasem z winy choroby trwającym dłużej. Kilka miesięcy temu, budząc się i przeskakując z miejsca w świat świadomości, stwierdził z lekkim wyrzutem: „Nie powiedział mi Pan, jak było w Wilnie”. Zdumiony jego pamięcią, zdałem krótkie sprawozdanie z mojej pierwszej wyprawy na Litwę. A On, wracając do Wilna, z uśmiechem w oczach, powiedział: „To magiczne, magiczne miasto”.

Raz, po kilku dniach głębokiej nieprzytomności, gdy tylko odzyskał świadomość, podziękował krótko i powiedział z miejsca: „Trzeba koniecznie napisać nową książkę, o umieraniu i o śmierci”. „Jakiś współczesny, przeniesiony ze średniowiecza poradnik Ars moriendi? – spytałem. – Czy ktoś chciałby to czytać?”. Nie miał co do tego wątpliwości. Wiedział już, że nie zdąży z tą książką sam. Uważał zresztą, że powinien to zrobić lekarz. Przedstawić, jak przechodzimy tę ostatnią próbę, opisać mechanizmy umierania, sposoby, jakimi śmierć dobiera się do nas i dokonuje swego. „Pan Profesor nie był wśród nas przez długie cztery dni – zapytałem wtedy. – Czy coś z tego pozostało w Pańskiej pamięci?”. „Naturalnie” – odpowiedział, jakby chodziło o rzecz oczywistą. I dorzucił kilka zdań. Wysłuchałem wielu opowiadań chorych reanimowanych z śmierci klinicznej czy wychodzących z śpiączki – i zawsze odnosiłem się do nich nadzwyczaj sceptycznie. Tym razem miałem wrażenie, że słyszę prawdziwą historię od kogoś obdarzonego fenomenalną pamięcią. Historię o tym, jak może być za brzegiem.

Andrzej Szczeklik jest lekarzem, autorem książkiKatharsis”. W ostatnich latach opiekował się zdrowiem Czesława Miłosza.

„Tygodnik Powszechny”, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004

Do góry

Łukasz Tischner

Tropiciel spraw istotnych

Zacznę od końca. Kiedy przez ostatnie lata miałem zaszczyt sporadycznie odwiedzać Czesława Miłosza, przynosząc Mu kolejne numery „Znaku”, zawsze odczuwałem tremę i lęk. Nie było to zwykłe onieśmielenie, jakie przeżywamy w zetknięciu ze sławnym człowiekiem, którego wielbimy. Starannie ubrany Gospodarz uśmiechał się, a uścisk Jego dłoni wyrażał przychylność i uwagę. Schody zaczynały się podczas krótkiej rozmowy. Niebieskie oczy, w których igrały lśniące iskierki, domagały się zdań istotnych. Często rozjaśniała je ironia (jak wtedy, gdy po swym ostatnim publicznym wykładzie w ramach Uniwersytetu Latającego Znaku, wyjaśniał najmłodszej słuchaczce, czy lubi dzieci: „No, powiem może tyle, że mam dzieci…”). Pytania dotyczące tematów miesięcznika lub problemów, które warto w nim podjąć, zdradzały potężne doświadczenie, przepastną erudycję i ostrą jak skalpel inteligencję. W ciągu kilku sekund znikało wszelkie „my” – musiałem odpowiadać we własnym imieniu, nie podpierając się cudzym autorytetem, bo za każdym pytaniem kryło się w domyśle: „A co pan o tym myśli?”. I wtedy docierała do mnie prawda, że zdania, które wypowiadam, nie są istotne… Wracałem z tych wizyt zawstydzony własnym barbarzyństwem, ale też odmieniony. Zostawała we mnie jakaś iskra, energia, która pozwalała odróżniać to, co pozorne, od tego, co rzeczywiste (czyli zarazem prawdziwe, ważne), i pchała do pracy nad sobą.

Wspominam o tych kilku spotkaniach, bo przecież ta sama energia bije z dzieł Poety. Dziś już wiem, że tym, co dawno temu skłoniło mnie do lektury Miłosza, była obietnica wtajemniczenia. Wtajemniczenia nie tylko w literaturę, ale w samo życie, w świat, także ten najbliższy.

Pamiętam moment, kiedy po młodzieńczej fascynacji Gombrowiczem zacząłem przechodzić na stronę Miłosza. Gombrowicz pozwalał wypłynąć na szerokie wody współczesnej kultury zachodniej. Był mistrzem mądrego błazeństwa, który obnażał narodowe kompleksy i pokazywał, jak z Polaka wydobyć człowieka. Ale po operacji dokonanej wedle przepisu Gombrowicza „nowy człowiek” musiał na zawsze pożegnać się z „plemiennymi zabobonami” i stać się czystą inteligencją. W optyce Gombrowicza nie było już miejsca na – znany z wiersza „Rue Descartes” – lęk przed zabiciem węża wodnego. Nie było miejsca na czułość dla starej służącej Alżbiety, która przed laty spieszyła na poranną mszę w Wilnie. Gombrowicz pozostawał także głuchy na wyzwania dwóch totalitaryzmów – wojna ze „Ślubu” mogła być równie dobrze tą z 1914, jak i z 1939 roku. Miłosz tymczasem ostentacyjnie przyznawał się do swoich prowincjonalnych przyzwyczajeń, wybierając dla siebie powołanie kronikarza „obmytych potopem” krain – „gdzie wiatr zawiewa dymem z krematorium/ I dzwoni w wioskach dzwon na Anioł Pański”. Siła Gombrowicza tkwiła w abstrakcji i pogardzie dla historii, siła Miłosza brała się z szacunku dla kruchej rzeczywistości i z zanurzenia w swoim miejscu i czasie. Gombrowicz był geniuszem kartezjańskiego ego, Miłosz prawdziwym mistrzem, który niezmordowanie próbował przedzierać się do tajemniczej rzeczywistości. Poetę wreszcie wyróżniała dyskretna wrażliwość religijno-moralna, która pozwalała szukać odpowiedzi na najważniejsze dla człowieka XX wieku pytania. Czy w stuleciu Oświęcimia i Kołymy Bóg nadal jest Panem Historii? Skąd tak przerażające zło? Na czym dziś oprzeć wiarę w Sens? Jak ocalić nadzieję na zmartwychwstanie? Pozostałem z Miłoszem, który nauczył mnie, że to, najistotniejsze, jest zarazem najbliższe – czyli w pewnym sensie prowincjonalne.

Wrócę jeszcze do wątku inicjacji. Miłosza cechuje głęboka wrażliwość etyczna, ale – zwłaszcza od momentu emigracji – rzadko bywał moralistą. Nad chęcią potępienia górę w nim brała litość płynąca z gorzkiej znajomości ludzkich losów (jak w relacji o pijackiej samozatracie Baltazara z „Doliny Ilsy”). Miłosz jest pisarzem „smugi cienia”, który uczy prawd trudnych i niewygodnych. Na przykład o tym, że niewielu znajdowało w sobie siłę, by oprzeć się totalitarnemu złu – nawet wśród ofiar mało było ludzi niewinnych. Że wiara religijna opiera się na przedracjonalnej, „dziecięcej” ufności. Że wierze może – a nawet powinno! – towarzyszyć wątpienie, które obnaża podstępy ludzkiej pychy przebierającej się w szaty religii. Że miłość do Litwy nie stoi w sprzeczności z polskim patriotyzmem. Że polski katolik nie musi być „Polakiem-katolikiem”. Że czasem – nawet narażając się na śmieszność – trzeba powtarzać słowa „czyste i dostojne”.

Na koniec uwaga, która może wydać się nazbyt patetyczna. Zapisuję ją jednak po głębszym namyśle i bez emocji. W moim przekonaniu Czesław Miłosz był (i będzie!) dla polskiej kultury kimś, kogo da się porównać tylko do Adama Mickiewicza. Równie wielki poetycki geniusz, pracowitość i doświadczenie rzadko kiedy w dziejach spotykają się w jednym człowieku. Dlatego uważam, że trumna Poety powinna spocząć na Wawelu. Domyślam się, że tego rodzaju deklaracja może wzbudzić protesty „prawdziwych Polaków” (gdyby ich słuchać, należałoby pewnie wyprowadzić z Katedry Wawelskiej prochy Mickiewicza…), ale mam nadzieję, że nie do nich będzie należało ostatnie słowo. Trzeba uznać prawdziwą wielkość.

Łukasz Tischner jest doktorem polonistyki, redaktorem miesięcznikaZnak”. Opublikował poświęconą Miłoszowi książkę pt. „Sekrety manichejskich trucizn„.

„Tygodnik Powszechny”, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004

Do góry

Aleksander Fiut

Mistrz

Mistrz: tak właśnie, spontanicznie, nazywaliśmy z żoną Czesława Miłosza, próbując nieudolnie wyrazić przepełniające nas uczucia: podziwu, szacunku, onieśmielenia, uwielbienia i wdzięczności, olśnieni tyleż dziełem, poezją zwłaszcza, co osobą. Jakakolwiek próba jego portretu musi się wydać cząstkowa i niedokładna. Ujmował serdecznością, pełną dyskretnego szacunku wobec każdego, niezależnie od wieku, pozycji czy stopnia wykształcenia; skromnością i osobistym wdziękiem; dzielnością, prawością charakteru oraz intelektualną przenikliwością, ale także poczuciem humoru i głośnym śmiechem, którym innych zarażał. Niepohamowany w ciekawości ludzi i świata, rozbrajał żarłocznością, z jaką się rzucał na potrawy, trunki, najświeższe wiadomości polityczne i nowości literackie.

Znałem go osobiście od czerwca 1979 roku i przeżyłem z nim razem wiele dobrego i złego. Bez Niego nie byłbym, kim jestem. Przesuwają mi się teraz przed oczyma rozmaite scenki, w których występuje w wielorakich wcieleniach. Oto wita mnie podczas pierwszego spotkania w Paryżu na rue Surcouf uśmiechem i słowami: „Czy tak mnie sobie Pan wyobrażał?”; podjeżdżamy po wykładzie Noblowskim, wytworną limuzyną Akademii Szwedzkiej, pod Mc Donald’sa w Sztokholmie; odbywa triumfalny pochód przez Polskę okresu Solidarności; prowadzimy wielogodzinne rozmowy, z których część złożyła się na książkę wywiadów wywołujących z niebytu czas miniony; zjada z apetytem talerz truskawek ze śmietaną, zostawiając na koniec połowę jednej z nich, jako „oznakę swojego upadku”; czyta mi z czarnego zeszytu lub przez telefon swoje najnowsze wiersze, zawsze z tym samym pytaniem, w którym nie było cienia kokieterii, a wobec którego czułem się nieodmiennie bezradny: „Jak się Panu podobało? Warto to drukować?”; opłakuje pierwszą żonę, Janinę, poświęcając jej jeden z piękniejszych utworów; podbija magią swojej poezji słuchaczy w Berkeley, Paryżu, Warszawie, Krakowie; na Kazimierzu oblega go gromadka dzieci, które, by zdobyć jego autograf, wyrywają pospiesznie kartki ze szkolnych zeszytów; odbiera hołdy znakomitych poetów amerykańskich – Roberta Hassa, Edwarda Hirscha, Roberta Pinsky’ego, Jane Hirshfield – podczas dedykowanego mu festiwalu w Claremont pod Los Angeles; wędrujemy w trójkę, razem z jego drugą żoną, Carol, po Litwie, śladami jego dzieciństwa i młodości; opłakujemy Carol po jej nagłej śmierci; odwiedzam go w chorobie i czytam mu fragmenty Szestowa, Gombrowicza i „Kartek z dziennika” Chwina.

Pozostanie w mojej pamięci jako ktoś, kogo osoba, życie i dzieło zostały rozpięte na, bolesnych nieraz i nieusuwalnych, antynomiach. Zazdroszczono mu sławy i pieniędzy, gdy tymczasem na swoje sukcesy patrzył z ironicznym dystansem, tając przed innymi rozpacz i cierpienie. Dumny dumą niewyniosłą, boleśnie odczuwał i długo rozpamiętywał niesprawiedliwie ataki w niego wymierzone. Pełen samooskarżeń, nieskłonny do arbitralnego oceniania innych, odrzucał togę moralisty, w którą wielu go drapowało. Określany w Polsce mianem „jednego z wybitnych poetów”, a przez młodsze generacje uznawany nierzadko za zmarmurzałego klasyka, został prawdziwie doceniony w Stanach Zjednoczonych, gdzie porównuje się go z Eliotem i Einsteinem. Człowiek głębokiej wiary, nieustępliwie stawiał Stwórcy dręczące go pytanie: Skąd zło i ból wypełniający wszechświat?

Kultura i literatura polska straciły genialnego, największego poetę, przewyższającego, o czym jestem głęboko przekonany – skalą talentu, artystyczną doskonałością i myślową głębią dzieła – nawet naszych wieszczów. Ja zaś utraciłem i opłakuję najbliższego, serdecznego i oddanego Przyjaciela.

Aleksander Fiut jest literaturoznawcą, autorem rozmów z Miłoszem („Autoportet przekorny„) i poświęconej mu książki pt. „Moment wieczny„.

„Tygodnik Powszechny”, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004

Do góry

Tomas Venclova

Dwa księstwa

W XX stuleciu Czesław Miłosz okazał się tym dla poezji i kultury polskiej, kim w XIX stuleciu był Adam Mickiewicz. Dziwna jest powtarzalność losów dwóch wielkich Polaków. Obaj nazywali swoją ojczyzną Litwę i uważali się za Litwinów – w dawnym sensie tego słowa, kiedy oznaczało ono obywatela niegdysiejszego Wielkiego Księstwa. Czesław Miłosz zresztą miał do tego nawet większe prawo niż Mickiewicz, ponieważ urodził się na rdzennej, dziś niepodległej Litwie, znał język litewski i potrafił tłumaczyć poetów tego języka z oryginału.

Obaj – Mickiewicz i Miłosz – byli wygnańcami, obaj zdobyli sławę światową jeszcze za życia, obaj wybitnie przyczynili się do wyzwolenia obu narodów dawnej Rzeczypospolitej z pęt tyrańskich reżimów. Odrodzenie narodowe litewskie – tak samo jak polskie – byłoby nie do pomyślenia bez Mickiewicza. Historyczne pojednanie Polski i Litwy po ciężkich przejściach dwudziestowiecznych byłoby nie do pomyślenia bez Miłosza. Powiedziałbym, że właśnie Miłosz, największy poeta „miasta bez imienia” – Wilna, był tym, kto rozwiązał kwestię wileńską, bo politycy przeszli ścieżką wydeptaną przez niego i podobnie myślących, początkowo przecież nielicznych ludzi.

Był nie tylko obywatelem Wielkiego Księstwa, ale i jednym z największych obywateli innego księstwa, którego także nie ma na mapie – księstwa języka i poezji. Dla mnie jest przykładem absolutnie spełnionego poetyckiego losu. Pisał przez siedemdziesiąt lat, do ostatnich miesięcy życia, zawsze na niedościgłym poziomie, nie przestając zadziwiać płodnością i mądrością. Teraz, jak nigdy przedtem, widzimy, że jest równy najlepszym w XX wieku. Jest ich trzech albo czterech – poza Miłoszem to Eliot, Kawafis, Mandelsztam. Pisali w bardzo złych czasach, ale potrafili skondensować tragiczne doświadczenie swojej epoki aż do niewidzialnego punktu, w którym rodzi się nadzieja. Z wątłym płomieniem tej nadziei przechodzimy w nowe tysiąclecie.

W tej godzinie pożegnania jestem szczęśliwy i dumny, że byłem współobywatelem i współczesnym Czesława Miłosza.

TOMAS VENCLOVA jest litewskim poetą, tłumaczem i historykiem literatury, autorem monografii Aleksandra Wata.

„Tygodnik Powszechny”, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004

Do góry

Clare Cavanagh

Hiob i Forrest Gump

Josif Brodski nieraz mawiał, że Polska dała najwspanialszą poezję XX wieku. Zgadzam się z nim. Jeszcze na długo przed Nagrodą Nobla Brodski nazwał Miłosza „jednym z największych, być może największym poetą XX wieku”. Moim zdaniem nie ma wątpliwości, że Miłosz był – nie znoszę używać tu czasu przeszłego – nie tylko największym poetą XX wieku, ale jednym z jego największych duchów, myślicieli i nauczycieli. Podejrzewam, że gdyby Brodski żył dzisiaj, podpisałby się pod tym stwierdzeniem – jak mawiał Mandelsztam – „obiema rękami”.

Przy innej okazji Brodski nazwał Miłosza „Hiobem naszego wieku”. Tu kończy się moja z nim zgoda. Nic na przykład nie wiadomo o tym, by Hiob miał cudowne poczucie humoru. Długie, bogate i czasami wyjątkowo trudne życie Miłosza mogło bez trudu być postrzegane, przez niego jak i innych, jako przewlekła próba ognia, niekończąca się seria niesprawiedliwych doświadczeń. Ale gdy kilka lat temu rozpoczęłam pracę nad anglojęzyczną biografią Miłosza – z jego błogosławieństwem – pewnego dnia nagle powiedział mi, że musi przekonać mnie do porzucenia projektu. Byłam zszokowana: „Ale ja już wydałam zaliczkę” – tłumaczyłam. „Więc zrób z tego komedię – powiedział. – To życie Forresta Gumpa”.

Hiob i Forrest Gump. Cóż, być może jeśli dodać do tego niespotykany poetycki dar, pamięć, która byłaby nadludzka, gdyby nie była tak doskonale ludzka – reszta z nas może tylko śnić o takim człowieczeństwie – nadzwyczajną erudycję napędzaną przez bezgraniczną ciekawość, niewyczerpaną energię i fenomenalny umysł, duchowy instynkt, niezrównany w naszych kwestionujących duchowość czasach, oraz wielką i szczodrą duszę, możemy zbliżyć się do jego oceny. „Możesz uwierzyć w Boga z wdzięczności do niego” – często pisał. Jestem wdzięczna, że znałam Czesława Miłosza. Będę za nim tęsknić.

Przeł. MF

CLARE CAVANAGH jest amerykańską tłumaczką poezji polskiej, pracuje nad biografią Miłosza.

„Tygodnik Powszechny”, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004

Do góry

Andrzej Franaszek

Wieczne światło zatrzymanego czasu

Życie niemożliwe ale było znoszone (Czesław Miłosz)

Na wiadomość o śmierci Czesława Miłosza jego amerykański przyjaciel Alexander Schenker napisał do mnie: „Pociechą jest jedynie myśl, że dane nam było przeżyć choć część naszego żywota w cieniu Baublisa polskiej poezji”. Te słowa nasuwają myśl o Mickiewiczu i powinowactwach, które łączyły obu twórców.
Andrzej Franaszek / 2004-08-22

Przywołują ogrom i siłę dębu, każąc myśleć o miejscu, jakie autor „Ocalenia” zajmuje w gospodarstwie polskiej poezji. Przypominają o więzi, jaka łączyła Miłosza z ogrodami i drzewami jego dzieciństwa, z wielkim ogrodem świata: „Jestem maleńkim ptaszkiem w ogromnym, szczęśliwym drzewie, / A to drzewo nie rośnie w lesie, bo samo jest całym lasem. / W nim mój początek, pamięć i zaniemówienie, / Bo nie chce być nazwane żadnym wyrazem”.

Jego dzieło jest jak dąb, sięgający głęboko korzeniami, które w ciemnościach filtrują ziemskie soki. Jego biografia streszcza cały XX wiek. W starości Miłosz wielokrotnie sam próbował ogarnąć swoje życie, odgadnąć zamysł nieznanej potęgi, która tak wiele razy go ocalała – od dziecięcej choroby, granatu wrzuconego do dworskiego pokoju, karabinowych kul dwóch wojen – i ratowała przed największą może pokusą, duchowym zakłamaniem. A jednocześnie zadawała podstępne ciosy, dbając, by w jego poezji nie zabrakło mądrości cierpienia. „Zaznałem prawdziwych, nie urojonych, tragedii, / tym trudniejszych do znoszenia, że nie czułem się niewinny. / Nauczyłem się znosić nieszczęście, jak się znosi kalectwo”…

Leszczynowe łuki

Przyszły autor „Doliny Issy” urodził się 30 czerwca 1911 r. w Szetejniach na Litwie. Do położonego nad rzeką Niewiażą majątku należał folwark w Podkomorzynku, tam mieszkali rodzice małego Czesława – Weronika z Kunatów i Aleksander Miłosz. A właściwie – nie tyle już ziemianie, co „wysadzona z siodła” inteligencja – chronili się tam w czasie krótkich przerw w historycznych zawieruchach.

Dzieciństwo Czesława Miłosza to czas podróży, zamętu, wędrujących armii, upadku jednych państw i powstawania innych. W 1913 r. ojciec-inżynier, świeżo upieczony absolwent ryskiej politechniki, zostaje zatrudniony w Krasnojarsku – na Syberię podąży też żona z synem, który na całe życie zapamięta błyszczący lakier widzianego po raz pierwszy automobilu. Gdy kontrakt dobiega końca, rodzina wraca na Litwę, by tam usłyszeć o wybuchu I wojny. Aleksander zostaje zmobilizowany, jako oficer rosyjskiego pułku saperów buduje mosty. „Pierwsza moja świadomość przyszła z wojną – czytamy w „Rodzinnej Europie”. – Wysuwając głowę spod peleryny babki, zapoznawałem się z grozą: ryk gnanego bydła, panika, gęsty kurz na drodze, ciemny horyzont, na którym błyskało i dudniło. Niemcy następowali, wojska Cara cofały się z Litwy, a z nimi tłumy uchodźców”.

W 1917 roku, w Rżewie nad Wołgą przychodzi na świat brat Czesława – Andrzej Miłosz, a rewolucyjna zawierucha zanosi całą rodzinę do Dorpatu. Choć Aleksander został przez bolszewików uznany za przydatnego fachowca, nie omijał jej strach nocnych rewizji: „Przerażenie na twarzach kobiet, wrzask brata w kołysce, całe ubogie sanktuarium czy nora rodziny przewracane do góry nogami – wszystko to nie jest zdrowe dla dziecięcego serca”. Wreszcie Dorpat zajmują Niemcy, a Miłoszowie docierają do domu. W Orszy mały Czesław o mało się nie gubi – w ostatniej chwili jakiś komisarz przyprowadza chłopca przerażonym rodzicom.

Siódme urodziny obchodzi w Szetejniach, które po latach tułaczki jawią mu się jako ziemski raj. To wtedy wycina leszczynowe gałęzie na łuki, w zakamarkach ogrodu chowa się przed matką, która chce go nauczyć czytać, a przecież – jest tego pewien! – on nigdy sztuki tej zgłębić nie zdoła. Niedługo potem spędzać będzie długie godziny na ceratowej kanapie, pożerając znalezione w dworskiej bibliotece czasopisma i książki – „Iliadę” i Szekspira, pierwsze wydanie „Ballad i romansów”, „Pana Tadeusza” i powieści Mayne Reida, Rodziewiczównę i „Gucia zaczarowanego”, „Cudowną podróż” i stosy dzieł z XIX i XVIII wieku.

Idylla trwa jednak tylko kilka miesięcy. Aleksander wstępuje do polskiego wojska, o Wilno – w latach 1918-20 przechodzące z rąk do rąk – toczą się walki, a Weronika z dziećmi bądź przenosi się do miasta, chcąc być bliżej męża, bądź ucieka przed nadchodzącym zagrożeniem. Znów wszystko jest płynne, wchłaniane oczyma dziecka obrazy zniszczenia, okrucieństwa i katastrofy, ich kontrast ze stabilnym, zanurzonym w bogactwie przyrody wiejskim życiem w Szetejniach, staną się z czasem budulcem świata Miłoszowej poezji. Tymczasem ułani Żeligowskiego ustalają przynależność państwową Wilna, zdemobilizowany Aleksander Miłosz zakłada w nim firmę „Budmost”, a jego starszy syn zostaje gimnazjalistą. Szetejnie znajdą się w innym, wrogim kraju – Weronika i Czesław przekradać się tam będą przez „zieloną granicę”.

Naphta i Settembrini

Gimnazjum im. Króla Zygmunta Augusta to dla autora „Rodzinnej Europy” ważna część intelektualnej biografii. W polu widzenia wrażliwego chłopca pojawią się problemy, z którymi przez dziesięciolecia zmagać się będzie dojrzały twórca, pojawią się przyjaźnie, które przetrwają do końca życia.

Nie przyzwyczajony do funkcjonowania w grupie, niechętny rytuałom podrostków – będzie określać siebie poprzez opozycję do innych. Najpierw zostanie uczniem lepszym od innych, później – radykalniejszym od nich outsiderem i buntownikiem. Jeszcze później – odczyta swoje powołanie poety, a związane z nim poczucie odmienności towarzyszyć mu będzie do końca. Bycie w opozycji do większości szybko też nabierze cech ideologicznych – przeważającą część otoczenia młody Miłosz postrzegać będzie jako poddaną bogoojczyźnianemu bałwochwalstwu. On sam (z powodów dla samego siebie nie do końca jasnych, po części niewątpliwie pod wpływem rodziny: Miłoszów, Kunatów, Syruciów, łączących przywiązanie do Polski i Litwy) będzie całkowicie immunizowany na nacjonalizm czy antysemityzm. Z czasem zobaczy siebie jako obywatela Wielkiego Księstwa, duchowo bogatszego od „rdzennych Lechitów”.

Tymczasem jednak najważniejsze są inne namiętności: „szały przyrodnicze”, atlasy ptaków, zgłębianie tajników Linneuszowskiej systematyki, członkostwo w szkolnym Kole Miłośników Przyrody. W czwartej klasie wygłasza swój pierwszy odczyt: o ewolucji, doborze gatunków, Karolu Darwinie i stopniowo natura zacznie odsłaniać przed nim swe demoniczne oblicze. Zobaczy w niej horror niezmierzonego cierpienia i odtąd rozdarty będzie między fascynacją pięknem i przerażeniem okrucieństwem. Dziesięciolecia później napisze: „Gdyby stopić wosk w uszach, motyl na igliwiu, / Żuk napoczęty przez ptaka, zraniona jaskółka / Leżałyby pośrodku koncentrycznych kół / Wibrującej swojej agonii”.

Okrucieństwo świata każe zapytać o jego gospodarza, możliwość pogodzenia obrazu dobrego ojca z głębokim skażeniem dzieła. To wtedy Miłosz zacznie wertować przypisy do podręcznika historii Kościoła katolickiego, poznawać dzieje herezji, przede wszystkim myśl manichejską z jej złym Demiurgiem, któremu poddany jest widzialny świat, z uwięzieniem drobin światła duchowego w ciemnej materii, myśl odpowiadającą jego wyczuleniu na zło. Wtedy też stanie się przedmiotem psychomachii, toczonej przez szkolnego łacinnika, humanistę Adolfa Rożka i prefekta, księdza Chomskiego, którą po latach ukaże jako Mannowski spór między Settembrinim a Naphtą. Wierzący w rozum, w jasne antyczne dziedzictwo Rożek i nienawidzący materii, cielesności, „średniowieczny” Chomski… w gruncie rzeczy, choć z nauczycielem łaciny wiązać go będzie sympatia, z księdzem zaś gwałtowny spór, to jednak ten drugi z czasem wyda się Miłoszowi ważniejszy, jego przerażenie złem głębsze niż (naiwny?) optymizm racjonalisty.

W połowie gimnazjum przyszły Noblista przechodzi głęboki kryzys osobisty – uczy się coraz gorzej, na lekcjach polskiego protestuje przeciwko „marnotrawieniu czasu” na czytanie Sienkiewicza, występuje z harcerstwa, bo mierzi go bogoojczyźniane nastawienie, spiera się z „Chomikiem” i odmawia chodzenia do spowiedzi, skoro jej odbycie musi być pisemnie potwierdzone. Na to zagubienie mogła mieć wpływ samotność dorastającego młodzieńca. Firma ojca zbankrutowała, Aleksander dostawszy posadę powiatowego inżyniera wraz z żoną i młodszym synem mieszka od 1927 roku w Suwałkach (a od 1935 – w Głębokim). Szesnastoletni Czesław jest sam i sam musi mierzyć się z demonami.

Częściowe uspokojenie przyszło na krótko przed maturą, gdy przez Stanisława Stommę zostaje wciągnięty do tajnej organizacji „Pet”, zrzeszającej młodzież intelektualną, o liberalnym nastawieniu (wśród jej członków byli też m.in. Teodor Bujnicki i Antoni Gołubiew). Po latach będzie się Miłosz zastanawiał nad ewentualnymi wpływami na to środowisko wileńskiej masonerii, wtedy jednak ważne było co innego – odkrycie dusz pokrewnych, intensywna wymiana myśli, „rozkosze koleżeństwa”.

W 1929 roku Miłosz zdaje „egzamin dojrzałości”, a temat pracy maturalnej stawia przed nami jeszcze jeden kluczowy temat jego przyszłej twórczości. Wiersza Asnyka „Do młodych”, wspominał Miłosz, „użyłem jako pretekstu do rozprawki o ťrzece czasuŤ. Niepokoił mnie sekret powszechnego ruchu, w którym wszystko łączy się ze wszystkim, wszystko wzajemnie się warunkuje, wyłania się z siebie i siebie przezwycięża, nic nie poddaje się sztywnym definicjom”. Za czas jakiś fascynacja ustąpi przerażeniu, a autor „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada” za swe zadanie uzna uchronienie drobin egzystencji przed roztopieniem w strumieniu czasu.

Rosyjska ruletka

Naturalnym wyborem dla przyszłego poety byłyby studia polonistyczne i rzeczywiście Miłosz zapisuje się na Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Stefana Batorego. Już jednak po dwóch tygodniach przenosi się na prawo – polonistykę uznaje za „wydział matrymonialny”, kształcący przyszłe nauczycielki. Dochodzą też do głosu inne czynniki – obawa przed zawodowym uzależnieniem się od pisania (i w konsekwencji rozmienieniem na drobne w publicystyce), zbyt wczesnym odkryciem literackich ambicji. Dotykamy znów istotnych cech charakteru Miłosza, jak skrytość, niechęć do ujawniania własnych zamiarów, „litewska” powściągliwość.

Ze zmiennym szczęściem studiuje więc Miłosz prawo, na ówczesnym uniwersytecie wileńskim traktowane dość interdyscyplinarnie, ale jednocześnie zapisuje się do Koła Polonistów, a wkrótce współtworzy (wraz z m.in. Bujnickim, Henrykiem Dembińskim, Stefanem Jędrychowskim, Jerzym Putramentem i Jerzym Zagórskim) środowisko Żagarów, wyraźnie przeciwstawiające się głównemu nurtowi życia literackiego, a więc poetyce „Skamandra” i hierarchiom „Wiadomości Literackich”, później opatrywane mianem katastrofizmu i awangardowości.

Wstępuje też do Akademickiego Klubu Włóczęgów, bractwa studenckich nonkonformistów, których łączyło zamiłowanie do wędrówek i niechęć do nacjonalistycznych korporantów. Tu także spotyka się z Jędrychowskim, późniejszym dygnitarzem Polski Ludowej, a także z Lechem Beynarem, czyli przyszłym Pawłem Jasienicą. Dzięki tym przyjacielskim więziom Miłosz znajduje się w środku ówczesnego życia intelektualnego, stykając się zarówno z tymi, którzy jak Dembiński, Putrament czy Jędrychowski socjalistyczne ciągoty zamienią wkrótce na stalinowską ortodoksję, jak i tymi, którzy – jak Stomma – współtworzyć będą oblicze nowoczesnego katolicyzmu. Klubowi Włóczęgów zawdzięcza też Miłosz – opisaną w „Rodzinnej Europie” – wyprawę do Paryża, kiedy to trójce ocalonych z Renu niefortunnych kajakarzy Europa ukaże się w całym pięknie natury i bogactwie kulturowego dziedzictwa, ale też w społecznej nierówności i przeczuciu przyszłego faszyzmu. Wtedy to Czesław po raz pierwszy spotyka swego krewnego – Litwina z wyboru, francuskiego poetę Oskara Miłosza, który w prywatnej korespondencji wystawi mu nader pozytywną cenzurkę.

Później autor „Roku myśliwego” dziwił się, jak mógł znaleźć uznanie w oczach Oskara – jakby w relacji z nim odkrywała się jego najlepsza cząstka, bo jednocześnie był zawęźlony, pełen młodzieńczych rozterek. Studenckie wakacje spędza zwykle w Krasnogrudzie, w majątku Bronisława Kunata i jego córek – Gabrieli (to obiekt jeszcze dziecięcej fascynacji, dla Miłosza archetyp kobiecego piękna) oraz Niny. Latem przyjmowano tu letników z Warszawy, do obowiązków gospodarzy należało zabawianie gości – celebrowane posiłki, tańce, lekka konwersacja, prawdziwe piekło dla przeżywającego męki nieśmiałości młodzieńca. Dręczony kompleksami, a jednocześnie pogardzający salonowym towarzystwem, włóczy się ze strzelbą na ramieniu po okolicy, zabija namiętności fizycznym wysiłkiem, intensywnym pływaniem dopracowuje się szmerów w sercu… Wreszcie zakochuje się w jednej z letniczek, by, doświadczywszy zdrady, stanąć na krawędzi samobójstwa.

Pustka nad nami króluje

Te młodzieńcze rozterki znajdują też odbicie w wyborach ideologicznych. Scena polityczna lat 30. stopniowo się radykalizuje, coraz większe obszary zagarniają nacjonalistyczna prawica i podporządkowani Moskwie komuniści – coraz mniej jest miejsca dla tych, którzy nie odnajdują się w żadnym z obozów. Na arenę życia publicznego młody Miłosz wkracza w roli komunizującego demagoga – publicysty oskarżającego kapitalizm o wyzysk, społeczny establishment o umysłową płytkość, narodowy szowinizm, antysemityzm, literatów zaś o humanistyczne złudzenia, które winny ustąpić sztuce zaangażowanej w walkę społeczną. „Sztuka jest narzędziem – pisze w 1931 r. – Powiedzmy to sobie jasno, bez ogłupiania się wiarą w jej nadprzyrodzone pochodzenie. Sztuka jest narzędziem w walce społeczeństw o wygodniejsze formy bytu”.
Wczesne manifesty Miłosza (jak przywołany „Bulion z gwoździ”), przypomniane niedawno przez zbiór „Przygody młodego umysłu”, budzą w nas pewne niedowierzanie. Trzeba jednak pamiętać o historycznym kontekście – nędzy czasów Wielkiego Kryzysu, antyżydowskich zamieszkach, polskiej prowincjonalnej stagnacji i zainteresowaniu, jakie budził Związek Sowiecki – kraj terroru, ale też olbrzymich społecznych i gospodarczych przemian, wreszcie o trudnej dziś do przyjęcia brutalności życia publicznego. A przede wszystkim o tym, że u źródeł Miłoszowskiego radykalizmu tkwi nie miłość do Marksa i Stalina, ale raczej – wypowiadana z całym młodzieńczym napuszeniem – niechęć do ludzkości przyziemnej, pożądliwej i trywialnej, utopijne marzenie o społeczeństwie artystów, dla których najważniejsze są kwestie ducha. Za butą ideologa kryją się także lęki chłopca, który myśli, że wyśmieją go i upokorzą dorośli. Wreszcie: kryzys wiary w Boga – gwaranta ładu świata i sensu życia.

Wyraźnie widać to w poetyckim debiucie Miłosza, „Poemacie o czasie zastygłym” (1933). Zapamiętano go jako przykład antykapitalistycznej agitacji, jego sensy są jednak o wiele głębsze. Wymiar społeczno-polityczny splata się z filozoficzno-egzystencjalnym, obok filipik przeciw właścicielom łódzkich szwalni i przewidywań społecznego przewrotu znajdziemy tu wiersze będące gwałtownym sporem z Bogiem lub świadectwem niewiary. Ich bohater żyje w świecie chaotycznym i zagrożonym katastrofą, którego nie można w pełni zrozumieć. W świecie materii nie ma żadnej luki, którą można by uciec spod jej rządów, umknąć rozpadowi i śmierci.

Myślenie o Bogu prowadzi bądź do oskarżenia go o obecność w świecie zła, cierpienia, śmierci, bądź też do zakwestionowania boskiej obecności. Rytuał Mszy traci religijny sens, stając się jedynie artystyczną kreacją. Pierwszy ogłoszony drukiem wiersz Miłosza nosił tytuł „Kompozycja” i przedstawiał Mszę jako teatralne przedstawienie. W „Podróży” bohater expressis verbis wyznaje: „pustka nad nami króluje”.

Ziarno bez rdzy

W 1934 roku młody poeta kończy studia z tytułem magistra prawa, z którego nigdy nie zrobi użytku. Wkrótce wyjeżdża do Paryża, na stypendium Funduszu Kultury Narodowej. Podejmuje jednocześnie jedną z najważniejszych życiowych decyzji – zrywa z ukochaną kobietą, co zasadniczo wpłynie na jego przyszły los. Po latach ówczesny wybór będzie mu się jawił jako alternatywa „normalności” i powołania – stania się członkiem ziemiańskiego środowiska oraz poddania się temu głosowi (boskiemu? diabelskiemu?), który domagał się wyłączności. Dwudziestotrzyletni Miłosz bał się „normalności”, „pochwycenia”. Na starość zgodził się na porównanie ówczesnego siebie do bohatera dziecięcej lektury, doktora Muchołapskiego, który spóźnia się na własny ślub, ścigając rzadki okaz owada. W jego przypadku odpowiednikiem owadów była oczywiście literatura. Wybiera (z całym bagażem wyrzutów sumienia) pewną linię losu, by po dziesięcioleciach powracała doń niepewność słuszności tego wyboru: „wywiało mnie / Za morza i oceany. Żegnaj, utracony losie. / Żegnaj, miasto mego bólu. Żegnajcie, żegnajcie”.

Paryski pobyt na przełomie 1934 i 1935 roku był niewątpliwie dla przyszłego autora „Trzech zim” kształcący. Poprawia znajomość francuskiego, słucha wykładów z tomizmu (czego efekty dostrzeżemy w późniejszych esejach o sztuce), jest na wieczorze autorskim Paula Valéry… Uczęszcza na obrady Międzynarodowego Kongresu Pisarzy w Obronie Kultury, które nie pozostawiają mu złudzeń: dostrzega komunistyczną manipulację, ale też brak dla niej przekonującej alternatywy. Coraz wyraźniej widzi tragiczną przyszłość Europy.

Najważniejsze są jednak spotkania z Oskarem Miłoszem. Później przez dziesięciolecia będzie starał się opisać, kim był wtedy dlań autor „Ars Magna”. Ukazuje go jako duchowego mistrza, który wskazał możliwość religijnego postrzegania świata, przedarcia się przez zasłonę materii, dostrzeżenia ukrytego sensu zdarzeń, boskiego planu, którego częścią jesteśmy. Umożliwił odróżnienie religijnego obrzędu od mistycznej żarliwości i dramatycznej wiary. Nakazywał kochać ludzi – bez złudzeń i mimo wszystko, co z czasem pozwoliło egotycznemu młodzieńcowi znaleźć w sobie zdolność do prawdziwego współczucia. Wskazywał też drogę artystyczną, pozwalającą uniknąć pułapek marksistowskiego czy darwinistycznego nihilizmu (kradnących człowiekowi duszę), mówił, iż rezygnując z podporządkowania się literackim modom, można nawiązać dialog z Bogiem.
Dzięki temu spotkaniu od połowy lat 30. w twórczości autora „Drugiej przestrzeni” będzie trwale obecna perspektywa religijna, przekraczająca antyklerykalne i antymieszczańskie urazy. Stanie się on obrońcą wiary w istnienie wyższego porządku, nadziei, że świat, który znamy, nie jest jedyny, że miliardy niepowtarzalnych ludzkich istnień nie giną w ciemnych wodach nicości. Pisał później: „Jakże zmieniło to moje wiersze, oddane kontemplacji czasu, / Zza którego odtąd przezierała wieczność”.

W Paryżu powstają też wiersze, które wejdą w skład tomu „Trzy zimy” (1936) – najbardziej chyba zdumiewającego zbioru w twórczości Miłosza. Oto pomiędzy często niedojrzałą, ułomną dykcją „Poematu…” z jednej strony, z drugiej zaś nowym językiem, jakim Miłosz zaczął się posługiwać w wierszach pisanych około roku 1943, które nadadzą ton „Ocaleniu”, powstają utwory z gruntu odmienne, pełne poetyckiego, wizyjnego rozmachu, pisane czasem w artystycznym transie, gęste od obrazów i metafor.

Choć istotne jest tu przeczucie historycznej czy kosmicznej katastrofy, spustoszonego krajobrazu z „krematoriami niby białe skały”, na pierwszy plan wysuwa się rozrachunek z sobą, z własnym egoizmem, odejście od świata cielesności („poznałem nicość form powabnych” – zwraca się Miłosz do księdza Ch.) w poszukiwaniu cząstki nieśmiertelnej, w dążeniu do rozmowy z Bogiem. Bohater „Ptaków”, choć skażony chłodem miłości własnej, jest jednocześnie obdarzony religijną żarliwością: „Ty, może już ostatni z nosicieli kary, / z tych, którym wolno schodzić na dno gorejące, / jak Dante przed Panterą bronić swojej wiary – / sidło szczęścia już nigdy ciebie nie oplącze”. Bohaterka „Pieśni” chce odnaleźć w sobie obronę przed nicością, „choć jedno ziarno bez rdzy, / choć jedno ziarno, które by przetrwało”.

Terror wschodzącego słońca

W połowie 1935 r. Miłosz wraca do Wilna, by w grudniu zacząć urzędniczą pracę w rozgłośni Polskiego Radia. Angaż zawdzięczał Tadeuszowi Byrskiemu, reżyserowi związanemu z wileńską „Redutą”. Z Byrskim i jego żoną Ireną złączy poetę wieloletnia przyjaźń, będzie cenił w nich uczciwość i pasję, a także bliski samemu sobie rodzaj wiary.

Byrski i Miłosz stają się bohaterami denuncjacji w „Małym Dzienniku”, gdzie oskarżono Radio o tolerowanie kryptokomunistycznej komórki. Pod koniec 1936 roku Miłosz zostaje zwolniony. Wtedy jednak otrzymuje propozycję przeniesienia się do Warszawy, którą składa mu Halina Sosnowska; związana z piłsudczykami członkini dyrekcji Radia, chcąc przeciwdziałać rosnącym wpływom prawicowym, organizuje „liberalną mafię”.

Miłosz zdąży jeszcze odbyć podróż do Włoch, by w roku 1937 rozpocząć pracę w warszawskim Biurze Planowania Programów Centrali Polskiego Radia. Jak wspomina, robił błyskawiczną karierę, a dzięki swym wpływom wciąga do pracy Józefa Czechowicza i Bolesława Micińskiego – w tych latach swych najbliższych przyjaciół. Przez Micińskiego poznaje z kolei Tadeusza Juliusza Krońskiego, późniejszego „Tygrysa”.

Przede wszystkim jednak spotyka osobę, z którą zwiąże swe życie. Janina Dłuska pracowała w dziale personalnym radia i była żoną Eugeniusza Cękalskiego, reżysera filmowego, bliskiego środowisku „Startu”. Nieco lewicowa i antyklerykalna, duchowo wybredna, stawiająca innym wysokie wymagania, będzie osobą, z którą Miłosza połączy przyjaźń i miłość. Sam poeta wspominał po latach, że na początku traktowali ten związek jako „poznanie się wyższych umysłów” i windowali go w sferę idealną, co u niego samego brało się zapewne z lęku przed tzw. „normalnością”, no i oczywiście z pychy, przekonania, że jest się przeznaczonym do wyższych celów.

Jest w tych latach Miłosz nadal czynny jako publicysta, ale w jego postawie zachodzi zasadnicza zmiana. Atakuje zarówno komunistycznych ideologów, sprowadzających sztukę do propagandy, jak i awangardowych estetów, odcinających poezję od realnego życia. W obu wypadkach artysta ponosi klęskę – jego dzieło jest albo kłamliwym artykułem, albo popisem sprawności swego twórcy. Nadzieję dostrzega w religii, ona może być ratunkiem dla człowieka przed demonami historii i dla sztuki przed nudą piekła estetów. „My wszyscy pragniemy wiedzy metafizycznej, czyhamy na chwilę poznania, na nagły błysk objawienia, który odkryje sens, zagubiony bezpowrotnie sens świata i naszego życia na ziemi” – deklaruje w eseju „O milczeniu”. Ostatnią sierpniową noc 1939 roku spędza na dachu kamienicy na Dynasach, w której mieszkali z Janką, jako dyżurny ostrzegający przed nalotami. Po latach, w „Traktacie poetyckim”, zapisze zobaczone wtedy spotkanie robotnika i prostytutki: „Dyżurny nie wie, jak unieść tę litość. / Wspólnej ich doli nie umie wyrazić. / Mała kurewka i robotnik z Tamki. / Przed nimi terror wschodzącego słońca”.

Rozmyślania o czasie pożogi

We wrześniu 1939 roku rozpoczyna się wojenna tułaczka. Przypadkowo rozdzielony z Janką, nie zmobilizowany, zostaje razem z innymi pracownikami Radia ewakuowany z Warszawy. Kolumna wozów dociera do Lublina (gdzie Miłosz po raz ostatni widzi Czechowicza), a później Lwowa. Wtedy, w ciągnącej do rumuńskiej granicy „la caravane Potocki”, Miłosz spotyka Jana Tarnowskiego, związanego z warszawską bohemą. Ten ma auto i benzynę i – podobnie jak autor „Trzech zim” – nie chce uciekać z Polski. Próbują wrócić do stolicy, gdy 17 września widzą pierwsze samoloty z czerwoną gwiazdą. Zawracają, by w ostatniej chwili dotrzeć na most w Zaleszczykach.

Do końca roku mieszka Miłosz w Bukareszcie. Wiedzie mu się nieźle, jednocześnie jednak przeżywa ból rozdzielenia z ukochaną oraz – podzielaną przez wielu – wściekłość obywatela, którego państwo, wbrew buńczucznym zapowiedziom władz, rozpadło się jak domek z kart. Trzeba tu dodać, że reakcja Miłosza na wybuch wojny i upadek państwa była złożona: obok oczywistego odczucia tragedii, była w niej ulga wyzwolenia od zawodu urzędnika, w którym poeta dostrzegał zasadniczy fałsz (nazwie siebie z tego okresu ewangelicznym celnikiem). Na wyższym poziomie fałsz ten dostrzegał w całym gmachu II Rzeczypospolitej, pełnym patriotycznych frazesów, imperialnych rojeń i kastowej wręcz hierarchii, w której robotnika i ministra dzieli niewyobrażalna przepaść. W pisanym wkrótce potem artykule „Rozmyślania o czasie pożogi” wojnę ukazuje jako „godzinę prawdy”. Wojna zdejmuje cały gmach międzyludzkiego obrządku, stawia nas naprzeciwko siebie nagich i prawdziwych. Nigdy bodaj źdźbło trawy nie jawi się Miłoszowi w większym majestacie istnienia, jak wtedy, gdy obserwuje je leżąc w przydrożnym rowie, podczas lotniczego obstrzału.

Z Bukaresztu pisze do Kowna, do Juozasa Keliuotisa, zaprzyjaźnionego redaktora litewskiego tygodnika ,,Naujoji Romuva”, prosząc o pomoc i proponując współpracę. Keliuotis wysyła mu z neutralnej Litwy dokument podróżny, a Miłosz zdobywa sowiecką wizę. W styczniu 1940 r. przez Ukrainę i Białoruś wraca do Wilna – wtedy stolicy jeszcze niepodległej Litwy. Chce ściągnąć z Warszawy Jankę, by razem z nią przez neutralną Szwecję dostać się na Zachód, ale z planu nic nie wychodzi. Publikuje artykuły w wileńskich gazetach, wyrabia sobie litewski dowód, ale z zapisem polskiej narodowości, i zostaje członkiem podziemnej socjalistycznej organizacji „Wolność” (jak sam przyznawał, nie był nigdy głęboko zaangażowany w konspirację). W połowie czerwca do Wilna wjeżdżają sowieckie czołgi. Miłosz wie, że jeśli pozostanie w granicach bolszewickiego imperium, wkrótce czeka go obóz lub pisanie wiernopoddańczych ód i nie zastanawia się długo. W lipcu przekrada się do Warszawy.

Odnajduje Jankę i razem próbują się jakoś urządzić. Zaczynają od prób handlowania papierosami i złotem, by później spróbować sił na innym rynku: przygotowują podziemną edycję jego wierszy, opublikowanych pod pseudonimem Jan Syruć. Później Miłosz opublikuje też antologię „Pieśń niepodległa”, przełoży m.in. „Drogami klęski” Maritaina i „Jak wam się podoba” Szekspira, wreszcie zostanie literackim agentem znanego jeszcze z wileńskiego akademika Władysława Ryńcy, który założył firmę transportową, spekulował na czarnym rynku, a zarobione pieniądze inwestował m.in. kupując rękopisy książek.

Janka i Czesław (pobierają się w styczniu 1944 r.) razem z Jerzym Andrzejewskim tworzą w latach okupacji nierozłączne trio, popijające wódkę, błaznujące dla oswojenia strachu, czytające Balzaka i dyskutujące. Wtedy powstają adresowane do autora „Ładu serca” listy-eseje, opublikowane dopiero w 1996 r. w tomie „Legendy nowoczesności”. Wspólnie bywają u Jarosława Iwaszkiewicza na Stawisku, odwiedzają Kazimierza Wykę w Krzeszowicach.

Jest to też czas przyjaźni z Ireną i Tadeuszem Krońskimi. „Gdyby nie on, być może moja usilna praca nad pozbyciem się lirycznej obolałości (i tym samym postawy politycznej narzucanej przez otoczenie) nie zdałaby się na nic. Ten katalizator był dla mnie niezbędny”. Wpływowi Krońskiego, bezlitośnie kpiącego z romantyzmu i patriotycznej tromtadracji, przypisywał później Miłosz przełom, jaki w 1943 roku zaszedł w nim, kiedy do końca uprzytomnił sobie ostateczny kres Polski przedwojennej, konieczność przygotowania się na zupełnie nowy rozdział – wyznaczany wpływem Rosji. W poezji natomiast będzie to odejście od wpływów francuskich, zainteresowanie Eliotem i literaturą anglosaską, a także dalekowschodnią, czyli, generalnie rzecz biorąc, odejście od subiektywnego symbolizmu i skupienia na psychice twórcy na rzecz zainteresowania obiektywnie istniejącym światem, komunikatywności, ironii…

Autor „Trzech zim” zajmuje w tym czasie postawę zdecydowanie inną niż poeci młodsi o dekadę, jak Baczyński, Gajcy czy Trzebiński. Dla młodszych Miłosz lub Andrzejewski to intelektualiści rozszczepiający włos na czworo w czasie, który domaga się daniny krwi. Starszym poeci roczników 20. jawią się odurzeni narodowo-religijną ideologią umęczonej Polski, trwoniący życie własne i innych.

Kulminacją tych różnic jest postawa wobec Powstania, w którym Czesław Miłosz uczestniczy jedynie jako cywil. Po licznych perypetiach, opisanych w „Rodzinnej Europie”, Miłoszowie trafiają do Janisławic, skąd Czesław wysyła prośbę o pomoc do Jerzego Turowicza. W odpowiedzi nadchodzi zaproszenie i przyszły autor „Ocalenia” trafia z żoną do Goszyc. Tu spędza jeden z dwóch najbardziej koszmarnych (obok tego z roku 1950/51) Sylwestrów w życiu. Wyjąwszy Turowicza i jego żonę Annę, z którymi wiązać go będzie wieloletnia przyjaźń, świat ziemiańskiego dworu oczekującego na nadejście frontu widzi Miłosz w barwach apokaliptycznych, jako ostateczny kres duchowej i intelektualnej formacji, która nie umiała odpowiedzieć na współczesne wyzwania, zakonserwowawszy się w XIX-wiecznej formie. Z drugiej strony – w opowiadaniu „Koniec legendy” Miłosza z niechęcią sportretował przebywający w Goszycach Jan Józef Szczepański.

Gdy 17 stycznia 1945 wchodzą wojska sowieckie, Miłosz dociera piechotą do Krakowa, gdzie wita go („Ty, ostatni poeto polski!”) przybyły z Lublina w mundurze Adam Ważyk. Zapisuje się do Związku Literatów (jego ówczesny przejmujący występ na wieczorze autorskim zapamięta Wisława Szymborska), publikuje wiersze i artykuły m.in. w „Odrodzeniu”, „Dzienniku Polskim”, „Przekroju”; publikacje te są odbierane jako wyraźny akces do „nowej rzeczywistości”.

W tym czasie rodzice wraz z bratem repatriują się, trafiając do wioski Drewnica pod Gdańskiem. Zajmują poniemiecki dom, w którym pozostała chora na tyfus stara Niemka. Wbrew ostrzeżeniom rodziny, Weronika pielęgnuje cierpiącą. Zarażona, umiera w grudniu 1945 roku. Przed śmiercią zdążył ją jeszcze odwiedzić Czesław – matka była już wtedy chora, oboje mieli świadomość ostatniego spotkania. Związany był z nią o wiele bliżej niż z ojcem i będzie ją wspominał jako osobę przywiązaną do Litwy, skłonną do zabaw i skrywającą głęboką religijność.

Przed śmiercią dała mu błogosławieństwo na wyjazd z Polski; bo wtedy, pod koniec roku, zbliżał się finał prowadzonej od kilku miesięcy gry o wyrwanie się z powoli zaciskającej się sieci. Wykorzystując dawne wileńskie kontakty, Miłosz zdobywa posadę dyplomaty. W grudniu wraz z Janką lecą do Londynu, tu czekają na statek mający zawieźć ich do Ameryki, a tłumacz „Ziemi jałowej” spotyka się m.in. z Eliotem. Echo ówczesnych dylematów pojawi się później – z bagażem ironii – w wierszu: „Kiedy już jesteś w piekle, bądź diabłem co spycha / W kocioł biedną duszyczkę, która piszczy rzewnie. (…) Lepiej chyba być diabłem niż duszyczką? Pewnie”.

Ocalenie

Już po wyjeździe autora z Polski, ukazuje się „Ocalenie”, z wierszami takimi jak „Walc” czy „Campo di Fiori”. Zawarte w kilku utworach pożegnanie z Polską przedwojenną było chłodne, przeszłość jest dla Miłosza zamknięta. Silniej oddziałuje rzeczywistość okupacyjna, zamknięta w gorzkich obrazach kraju spustoszonego i zniewolonego. Stosunkowo niewiele jednak w tym zbiorze patosu, martyrologii, widać raczej bunt przeciwko społecznym zobowiązaniom poety, jak w wierszu „W Warszawie”, gdzie z niechęcią mówi się o roli „płaczki żałobnej”, choć przecież więzi ze zmarłymi odrzucić nie sposób.

Miłosz zmienia język, na pierwszym planie znajdzie się teraz nie autoteliczność sztuki, komplikacja, metaforyzacja poetyckiego przekazu, ale przeciwnie – komunikatywność, staranie się o to, by wiersz pomieścił w sobie treści intelektualne, filozoficzne, duchowe. Powstaje program literacki, mający na celu odzyskanie przez poezję centralnego miejsca w życiu duchowym czytelnika, które utraciła wskutek rosnącej subiektywizacji oraz zmitologizowanej awangardowości.

Efektem „przełomu” są m.in. dwa cykle poetyckie: „Świat (poema naiwne)” oraz „Głosy biednych ludzi”, będące przykładem artystycznie efektywnego uproszczenia języka, zdyscyplinowania wizji poetyckiej, wierności konkretowi. Zarazem są to dwie przeciwstawne wizje rzeczywistości. Dziecięcemu bohaterowi „Świata” otaczająca go rzeczywistość jawi się jako uporządkowana, bezpieczna, nasycona sensem i symbolicznymi znaczeniami, odwzorowująca boski zamysł. Warunkiem dostrzeżenia tego planu zdaje się być filozoficzna wiara w prawdziwość świata, pokora, znalezienie dla siebie miejsca w hierarchicznej strukturze bytów. „Głosy…” to zapis rzeczywistości naznaczonej przez okrucieństwo, śmierć, zło. Odnajdujemy tu m.in. „Piosenkę o końcu świata” (apokalipsa, która może zaskoczyć nas w każdej chwili), „Kawiarnię” (śmierć rówieśników, przyjaciół, niejednoznaczna sytuacja ocalonego) czy wiersz „Biedny chrześcijanin patrzy na getto”, który po latach stał się punktem wyjścia dla sławnego eseju Jana Błońskiego i dyskusji o problemie współodpowiedzialności Polaków za Holokaust. Zło – dodajmy – wsącza się do ludzkich dusz i Miłosz zaczyna z ironią portretować zakłamanie współczesnego mu człowieka, ukazuje duszyczki lękliwe, niepewne, znieprawione.

„Ocalenie” to wreszcie początek drogi, którą Miłosz kroczyć będzie przez następne dziesięciolecia, a której patronować będą maksymalistyczne oceny z zamykającej tom „Przedmowy”: „Czym jest poezja, która nie ocala / Narodów ani ludzi? / Wspólnictwem urzędowych kłamstw, / Piosenką pijaków, którym za chwilę ktoś poderżnie gardła, / Czytanką z panieńskiego pokoju”.

Żelazna kurtyna

Na początku 1946 mały statek towarowy z Czesławem i Janką na pokładzie zawija do portu w Nowym Jorku, gdzie wita ich Aleksander Hertz. Miłosz pracuje w polskim konsulacie, wkrótce zostaje awansowany i przeniesiony na stanowisko attaché kulturalnego w ambasadzie w Waszyngtonie. Na podstawie artykułów w „New York Timesie” przygotowuje dla zwierzchników analizy sytuacji politycznej w Stanach, organizuje prelekcje, czyta też własne wiersze. Przede wszystkim jednak udaje mu się doprowadzić do ufundowania przez Warszawę katedry literatury polskiej na uniwersytecie Columbia, którą obejmuje znany Miłoszowi jeszcze z Wilna Manfred Kridl. W nocy oraz wczesnym rankiem intensywnie pracuje – powstają tłumaczenia, recenzje, omówienia publikowane w prasie krajowej, później zebrane w tomie „Kontynenty” (1958).

Ameryka zachwyca przyrodą – w lasach Pensylwanii, nad brzegami Potomaku odżywają gimnazjalne fascynacje. Poza tym dla przybysza ten kraj jest szokiem. Z warszawskiego piekła autor „Głosów biednych ludzi” zostaje przeniesiony do dostatniego i spokojnego świata, który trwa, jakby nic się nie wydarzyło. Nie potrafi się z tym pogodzić – Stany jawią mu się jako świat materialny, niemal pozbawiony duchowości, dla artysty – miejsce wygnania.

A jednocześnie nie ma złudzeń co do rzeczywistości polskiej, zwłaszcza po spędzonych w kraju wakacjach 1949 roku, gdy spotkana znajoma wyjaśnia: „A my tu niewolnicy jesteśmy”. Jest więc rozdarty, czuje obrzydzenie do kapitalistycznych Stanów i strach przed komunistyczną Polską. Rozpatrując tę sytuację na wyższym filozoficznym poziomie: nie akceptuje ani trwania materialnego bytu, ani historycznego ruchu, niszczącego każdą formę. Odnawia kontakt z mieszkającym w Paryżu Krońskim, apologetą Zmiany i Ruchu (a może tylko konformistą, przygotowującym się do powrotu do komunistycznej Polski?), wdając się z nim w zaciekłe dyskusje: „W Ameryce sprzeciw odrzucał mnie w stronę ruchu, tu, w rozmowach z nim, na stronę bytu, i próbowałem postawić diagnozę. Kto powierzy się tylko ruchowi, zniszczy siebie. Kto zlekceważy ruch, zniszczy siebie też, tylko inaczej. Takie jest, mówiłem sobie, samo sedno mego przeznaczenia, przez całe życie – nie móc zadowolić się ani jednym, ani drugim i chwilami tylko chwytać jedność tych przeciwieństw”.

Dla żony Miłosza po przyjściu na świat w 1947 roku ich pierwszego syna, Antoniego, priorytetem staje się bezpieczeństwo rodziny. Bezpieczeństwo, a więc trzymanie się jak najdalej od Rosji, Polski i w ogóle Europy, którą – jak wtedy sądzono – Stalin lada chwila oczyści żelazną szczotką. Nagminne były ucieczki z placówek – mógł tak też zrobić Miłosz, mając pewne możliwości spokojnego urządzenia się. A jednak lojalność, a przede wszystkim może niechęć do Ameryki, nie pozwalają mu zdecydować się wtedy na emigrację. Kiedy otrzymuje przeniesienie do Paryża i polecenie przyjazdu do Warszawy, mimo podejrzeń, że może to być podróż z biletem w jedną stronę, daje nura w paszczę lwa, zostawiając w Waszyngtonie spodziewającą się drugiego syna Jankę.

Później wspominał, że była to świadoma gra: przyjechać do Warszawy, by udowodnić komunistom lojalność i wygrać przedłużenie pobytu poza Polską. Pokerowe zagranie o mało nie skończyło się klęską. Władze odbierają mu paszport i zatrzymują w stolicy. Zrozpaczony, kołacze o pomoc u różnych drzwi. Wreszcie, dzięki wstawiennictwu Natalii Modzelewskiej i jej męża, eks-ministra spraw zagranicznych Zygmunta Modzelewskiego, dostaje zgodę na podróż do Paryża. Wyjeżdża 15 stycznia 1951 roku. Pięć dni później w Stanach rodzi się jego drugi syn, Piotr. Przyszły autor „Zniewolonego umysłu” nie waha się już długo. 1 lutego idzie z walizką do siedziby „Kultury” w Maisons-Laffitte (pierwszy kontakt z Józefem Czapskim nawiązał jeszcze w Ameryce), gdzie uzyskuje schronienie. Jednak rząd amerykański odmawia wizy. Między ojcem i resztą rodziny zatrzaskuje się żelazna kurtyna.

Historia pewnego samobójstwa

Znalazł się teraz w centrum zaciekłych ataków. Z jednej strony władze i krajowi literaci piętnują go jako zdrajcę i sprzedawczyka. Z drugiej – większość emigracji widzi w nim byłego aparatczyka, a może nawet prowokatora czy szpiega. Nie był Miłosz mistrzem układnej taktyki, pozwalającej bezpiecznie przeczekać. Przeciwnie – świadomie lub instynktownie prowokował. Miast pokajać się za współpracę z reżimem, w pierwszej emigracyjnej publikacji, opublikowanym w „Kulturze” artykule „Nie”, zarzuca wychodźcom polityczną i intelektualną anachroniczność, w statusie emigranta widzi dla siebie artystyczne samobójstwo. Wskazuje jednak także rację nadrzędną: niemożność kłamstwa, które musiałby praktykować, chcąc zachować w kraju uprzywilejowaną pozycję.

Przeżywa dramat uwięzienia w sidłach polityki. Nie ma pewności, że podjął słuszną decyzję; może rzeczywiście skazał się na „śmietnik historii”? Chce zapisać własne doświadczenie i obserwacje, a także zapewne uspokoić się kieratem pracy: tak powstaje „Zniewolony umysł” (wyd. 1953), klasyczna pozycja sowietologii, studium motywacji, jakie skłaniają intelektualistów ku komunizmowi i nieraz nieświadomych oszust, jakimi samych siebie łudzą. Książka zapoczątkuje do dziś żywy spór: czy do nowej władzy przyciągało pisarzy „heglowskie ukąszenie” czy strach i oportunizm? Sam np. Jerzy Giedroyc w koncepcje Miłosza nie wierzył i był to jeden z powodów, dla których wspólne życie pod dachem „Kultury” nie układało się idyllicznie.

Miłosz zaprzyjaźnia się wtedy z Zygmuntem Hertzem i Józefem Czapskim. Ten ostatni podsuwa mu dzieła Simone Weil, które dla Miłosza staną się ważną intelektualną pożywką, a także poznaje z osobą, która w latach udręczenia stanie się dlań prawdziwą ostoją. To Jeanne Hersch, filozof, uczennica Jaspersa, z którą podróżuje po Francji i Szwajcarii (odda jej później hołd w tomie „To”). Dzięki Hersch powstaje w 1952 roku powieść „Zdobycie władzy”, polityczno-historyczny fresk, nagrodzony Prix Littéraire Européen (1953), która zapewniła środki na sprowadzenie do Europy rodziny.

W roku 1953 ukazuje się też tom „Światło dzienne”, poświęcony przede wszystkim kłamstwu i podłości, które zatruwają serca „dzieci Europy” w wieku rozszalałych ideologii. Na pierwszy plan wysuwają się moralne obowiązki pisarza. W wierszu „Do Jonathana Swifta” pisze: „i szczera wściekłość opromienia / rozliczne moje obowiązki”, w „Traktacie moralnym” deklaruje: „wiersz mój chce chronić od rozpaczy”.

Te m.in. wątki podnosi i rozszerza późniejszy o trzy lata „Traktat poetycki”. Kreśląc esencjonalną historię poezji Młodej Polski i Dwudziestolecia, Miłosz podkreśla zamiar przywrócenia wierszowi intelektualnego ciężaru. Poezja musi stanąć wobec naczelnych problematów epoki i sam Miłosz tak właśnie postępuje, pytając czy heglowski Duch Dziejów jest tożsamy z Duchem Ziemi, czyli – jak chcą marksiści – historią rządzą bezlitosne i niepodważalne prawa, przeciwko którym wola jednostki nic nie może. Wobec filozoficznej doktryny opiewającej ruch, unicestwiającej trwałość bytów i jednostkową substancjalność, obowiązkiem poety staje się obrona „gwiazdy zarannej”, a więc nieśmiertelnej duszy, boskiej cząstki, nadającej nam godność. Pojawia się tu inne od heglowskiego rozumienie historii – nie jako żywiołu unieważniającego sens życia pojedynczej osoby, ale przeciwnie – kulturowej ciągłości, pamięci konstytuującej człowieczeństwo, dziedzictwa, które pisarz winien podjąć, wsłuchując się w głosy umarłych.

Droga do wyzwolenia z Historii biegnie poprzez historyczność, z heraklitejskiej rzeki – poprzez jej nurty. Wiersz „Notatnik: Bon nad Lemanem” podważa nieuchronność opozycji między byciem i zmianą, przynosząc słynny fragment: „Godzisz się co jest / Niszczyć i z ruchu podjąć moment wieczny / Jak blask na wodach czarnej rzeki? Tak”.

Wydaje się, że wpływ Krońskiego (początkowo inspirujący, potem jednak destrukcyjny) zostaje wreszcie zrównoważony. Roztropna mądrość Jeanne Hersch i Stanisława Vincenza, z którym Miłosz odbywa długie alpejskie wędrówki, pomaga mu odzyskać emocjonalną równowagę, wyzwolić z przekonania, że nie ma wyjścia poza marksistowski sposób widzenia świata. Odtąd w coraz mniejszym stopniu będzie się Miłosz zajmował Ideologią. W coraz większym – Rzeczywistością.

Nie bez znaczenia było też połączenie się z rodziną. Latem 1953 Miłoszowie zamieszkują w Bon nad Lemanem, by wkrótce przenieść się do tańszego domu w Brie-Comte-Robert, odległego od Paryża o godzinę jazdy autobusem. Żyją bardzo skromnie, często kupując żywność w sklepiku na kredyt. W 1956 roku za pożyczone pieniądze kupują dom w Montgeron, gdzie mieści się liceum, do którego zaczynają uczęszczać chłopcy. Tam po raz pierwszy odwiedza ich późniejszy wieloletni przyjaciel Czesława, polecony przez Byrskiego młody poeta Zbigniew Herbert. Dekada kończy się bolesnym akcentem: w 1959 r. w Krakowie umiera ojciec poety.

Międzynarodowy sukces „Zniewolonego umysłu” mógłby skłonić Miłosza w latach 50. do trzymania się tematyki politycznej. On jednak postępuje zgoła przeciwnie. Pisze „Dolinę Issy” (1955), po części autobiograficzny obraz dojrzewania młodego chłopca pośród litewskiej przyrody, metafizyczny traktat o złu. Powieść (podobnie jak późniejsza eseistyczna „Rodzinna Europa”, próba samookreślenia się wobec Zachodu, ustalenia własnej duchowej geografii) jest wyraźnym gestem zwrócenia się do korzeni, by stamtąd zaczerpnąć sił, uwolnić się od „chimer umysłu”. Ma więc funkcję terapeutyczną: przychodzi teraz czas zaczerpnięcia oddechu.

Powstają utwory, które złożą się na opublikowany w 1962 r. tom „Król Popiel i inne wiersze”, wśród nich m.in. ważny wiersz „Nie więcej”, mówiący o ograniczeniu poezji, nie potrafiącej zatrzymać widzialnego świata, oraz znakomite „Rozmowy na Wielkanoc 1620 roku”, gdzie podszeptom diabła, roztaczającego wizje nieprzemożonej nicości, przeciwstawia się naiwną, ale ratującą wiarę w boską wszechmoc i dobroć. W wierszu „Pornic”, u początków nowego rozdziału swego życia, Miłosz pisał: „Prosiłem Boga żeby zrobił ze mną co zechce / I mówiłem mu, że jestem wdzięczny / Nawet za bezsenność kiedy huczy przypływ / I rachunek życia”.

Czarodziejska góra

W 1960 roku Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley proponuje Miłoszowi wykłady, poeta uzyskuje wreszcie amerykańską wizę i w październiku tego roku wraz z rodziną znajduje się znów w Stanach. Status visiting lecturer zostaje wkrótce zamieniony na zatrudnienie pełnoetatowe i od 1961 roku niedoszły student polonistyki używa tytułu Professor of Slavic Languages and Literatures, po raz pierwszy od dawna mając zabezpieczony codzienny byt.

Wykłada polską literaturę i dramat, ale zainteresowania własne i studentów każą mu poszerzać pole działania. Zajmie się literaturą rosyjską, szczególnie Dostojewskim, łącząc analizę powieści z tematyką filozoficzną i religijną, a w ostatecznej konsekwencji dowodząc młodym Amerykanom substancjalnego istnienia Zła. We wspomnieniach studentki jawi się nie tylko jako nauczyciel, ale też duchowy przewodnik, wnoszący do a-historycznej Ameryki bagaż XX-wiecznego europejskiego doświadczenia.

Stopniowo buduje też własną pozycję literacką – najpierw jako tłumacz polskiej poezji (ważna dla amerykańskich czytelników antologia „Postwar Polish Poetry” z 1965 r. oraz wybór wierszy Zbigniewa Herberta), później poeta. W 1973 r. wychodzi anglojęzyczne wydanie jego wierszy, w 1976 otrzymuje Guggenheim Fellowship, dwa lata później Międzynarodową Nagrodę Literacką im. Neustadta. Apogeum będzie oczywiście Nobel.

W powyższym akapicie streściliśmy dwie dekady: dwadzieścia lat mozołu, cierpliwości, rozgoryczeń. Zyskując zawodową stabilność i względny kalifornijski komfort, poeta stracił poczucie przebywania we wspólnocie pisarzy i czytelników, posługujących się tym samym kodem. I oczywiście językiem. Świadom siły, jaką daje jego poezji polszczyzna, nie próbował pisać wierszy po angielsku, mając jednocześnie poczucie, że pisze w pustkę – od czytelników w Polsce oddzielony odległością i cenzurą, od Polonii – odmienną intelektualną formacją.

Samotność. Picie do lustra i listy wysyłane do samego siebie. Kilku dosłownie korespondencyjnych przyjaciół (Zygmunt Hertz, Konstanty Jeleński – czytelnik idealny, Jerzy Turowicz). Grizzly Peak jak wierzchołek „Czarodziejskiej góry”, na którym przyjdzie dokonać żywota. I jak zwykle pracowitość, upór, niewyczerpane siły: „Aż minęło. Co minęło? Życie. / Teraz nie wstydzę się mojej przegranej. / Jedna pochmurna wyspa ze szczekaniem fok / Albo sprażona pustynia, i tego nam dosyć / Żeby powiedzieć yes, tak, si. (…) Tylko z wytrwałości bierze się wytrwałość. / Gestami stwarzałem niewidzialny sznur. / I wspinałem się po nim i trzymał mnie”.

Pisze poświęconą Stanisławowi Brzozowskiemu książkę „Człowiek wśród skorpionów” (1962), powstają kolejne tomy esejów: „Widzenia nad Zatoką San Francisco” (1969), „Prywatne obowiązki” (1972) i „Ogród nauk” (1979). W „Ziemi Ulro” (1977) opisuje datującą się od Oświecenia desakralizację kultury, rosnący rozdźwięk między religią, wierzeniami ludowymi, wyobraźnią poetycką a nauką, racjonalnym opisem świata, który z człowieczego Domu zmienia się w pozbawiony wyższego sensu, rządzony prawami fizyki i prawdopodobieństwa, nieludzki mechanizm. W tytułową ziemię Ulro, a więc opisany przez Blake’a obszar, którym włada zimny rozum, zaś zamieszkująca go jednostka traci przysługującą jej metafizyczną tajemnicę.

Sprażona kalifornijska pustynia, niezmierzony ocean to znaki jeszcze jednego amerykańskiego doświadczenia. Nigdy wcześniej Miłosz nie był tak mocno wystawiony na świat tak całkowicie nie-udomowiony, radykalnie obcy. W tomach z lat 60. („Gucio zaczarowany”, 1965; „Miasto bez imienia”, 1969) powracają zapisy konfrontacji z nicością, obrazy kruchości człowieczeństwa. Ratunkiem staje się szczegół, konkret, fragment wspomnienia lub kroniki, drobina bytu wyłowiona z pamięci i przeciwstawiona pustce („W Dolinie Śmierci myślałem o sposobach upinania włosów”). Poeta staje się przewodnikiem obrzędu Dziadów, przywołującym zmarłych, wsłuchującym się w ich głosy. Wobec nie-ludzkiego łączy nas wszystkich, żywych i umarłych, łańcuch współczucia, tendresse odczuwana, „kiedy ściska w gardle dlatego, że istota na którą patrzę jest tak bardzo krucha, ranliwa, śmiertelna”.

Mimo wszystko w tych latach pojawia się ton akceptacji życia i świata. „Życie to jest szczęście” – ten urywek pochodzi z tomu „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada” (1974), bodaj czy nie najwspanialszego zbioru wierszy Miłosza. Tak czysty język, tyle wspaniałych wierszy! „Oeconomia divina” z wizją świata zdesakralizowanego i pozbawionego ontycznej podstawy, a obok „O aniołach”, dający jednak nadzieję i wskazujący moralny obowiązek, „Zadanie” dobitnie kreślące zamiar poety – wykraczania poza konwencję nihilistycznej epoki, pozwalającej posługiwać się jedynie „skrzekiem karłów i demonów”, gdy słowa czyste i dostojne są zakazane. I oczywiście tytułowy poemat, w olśniewającej formie splatający szereg Miłoszowskich wątków i kulminujący wzruszającymi „Dzwonami w zimie”, dającymi nadzieję odwrócenia śmierci, apokatastazy i jednocześnie wyznającymi, że jest to nadzieja nam niedostępna: „Nagle umilknie warsztat demiurga. Nie do wyobrażenia cisza. / I forma pojedynczego ziarna wróci w chwale. / Sądzony byłem za rozpacz, bo nie mogłem tego zrozumieć”.

Księga Hioba

Początek pobytu w Kalifornii to czas względnego spokoju i rodzinnej harmonii. Miłoszowie najpierw wynajmują mieszkanie, później kupują dom na Grizzly Peak, do którego zaczną z czasem pielgrzymować polscy pisarze. Czesław odnosi uniwersyteckie sukcesy, Janka, dotąd poświęcająca ambicje zawodowe na rzecz rodziny i pracy męża, teraz ma nadzieję na jakieś filmowe projekty. Później spokojny świat rozpadł się.

W 1967 młodszy syn Piotr wybiera się do pracy na Alaskę. Pod wpływem pobytu tam wpada w ciężką wieloletnią chorobę, w dramatyczny sposób wpływającą na życie całej rodziny. Dziesięć lat później zachoruje Janka – nowotwór w kręgosłupie doprowadzi do prawie całkowitego paraliżu. Następne lata (aż do śmierci w 1986 r.) spędzi uzależniona od opieki, stopniowo pogrążając się w nerwicach i stanach lękowych.

W tym czasie najbliższym przyjacielem i powiernikiem Miłosza staje się ks. Józef Sadzik, paryski pallotyn, który namawia go na tłumaczenie z greki Ewangelii św. Marka. Później poeta uczy się hebrajskiego, by przełożyć Psalmy. Tłumaczyć będzie, że wybrał Psalmy, bo ich krótka forma umożliwiała częste odrywanie się od biurka, czego wymagała opieka nad chorą. Pomyślmy przez chwilę o Miłoszu przechodzącym od łóżka sparaliżowanej żony do gabinetu, w którym czekają Psalmy, a później „Księga Hioba”.

Z czasu smutku nie do końca wyrywa go nawet Nagroda Nobla, choć niewątpliwie musiał mieć w 1980 roku poczucie satysfakcji. Grudniowy wieczór w Sztokholmie zasadniczo zmienia sytuację Miłosza w Polsce: oto możliwe stają się wydania jego książek, a nawet pierwsza po 30 latach wizyta. Miłosz dostaje wtedy doktorat h.c. KUL-u, w Gdańsku spotyka się z Lechem Wałęsą i stoczniowcami. W społecznym oczekiwaniu staje się – obok Papieża i Wałęsy – nieledwie symbolem polskości, co dla twórcy zmagającego się z „lechickością” było sytuacją niewygodną. Uczestnicy spotkań w 1981 roku zapamiętali, że był bardzo spięty, jakby podejrzliwy. Myślał o Jance? Bał się prowokacji, która zamknęłaby go w kraju? Czuł, że oto naród chce się nim instrumentalnie posłużyć?

Zapisuje zdania gorzkie: „Kosmos to znaczy ból bredził we mnie niezrozumiałym językiem”, „chodzimy nad piekłem / oglądając kwiaty”, „a miesiąc mego życia jest Chagrin”… W „Hymnie o Perle” (1982) i „Kronikach” (1987) podtrzymuje wątek zadumy nad heraklitejską rzeką, trwaniem przeszłości. Z pełną mocą powie raz jeszcze: „Prawdziwy wróg człowieka jest uogólnienie. / Prawdziwy wróg człowieka, tak zwana Historia”.

Rewelacją tej dekady będzie jednak tom „Nieobjęta Ziemia” (1984), realizacja marzeń o „formie bardziej pojemnej”, wspaniałe zaczerpnięcie tchu, ponowne erotyczne zachwycenie światem, imponujące bogactwo wcieleń i wizji. Wielość tematów (od jednostkowej świadomości i relacji między dwojgiem ludzi, poprzez splot ducha i cielesności, realność danego nam świata aż do skrywającego się Boga) i dykcji sprawia, że tom ten – łączący wiersze, tłumaczenia, komentarze, cytaty – jest rodzajem Miłoszowskiej summy. To tutaj powiedział: „trudziłem się dążąc do wykroczenia poza moje miejsce i poza mój czas, szukając tego, co jest Rzeczywiste”. Tutaj zapisał: „Chciałbym, żeby każdy i każda wiedzieli, że są dziećmi Króla / i byli pewni swojej duszy nieśmiertelnej, / to znaczy wierzyli, że co najbardziej ich własne jest nie do zniszczenia”.

Stróż brata swego

W „Drugiej przestrzeni” umieścił Miłosz krótki wiersz: „Jeżeli Boga nie ma, / to nie wszystko człowiekowi wolno. / Jest stróżem brata swego / i nie wolno mu brata swego zasmucać, / opowiadając, że Boga nie ma”. Na poły poważna forma skrywa niezwykle poważną treść, w formie maksymy streszczając wielki nurt tej poezji. Myślę, że Miłosz rzeczywiście był naszym „stróżem” – paradoksalnie, bo przecież jego relacja z ludźmi była trudna. „Nie jestem przyjacielem ludzkiego gatunku” – mówi w innym miejscu.

Sobie samemu zawsze jawił się jako ktoś odmienny od otoczenia. Odszczepieniec, zdrajca ziemiańskiego klanu, z trudem nawiązujący więzi, może nawet pochodzący z innego świata obserwator, zdumiony ludzkimi obyczajami. Wielokrotnie przywoła figurę czystego dziecka, które nie akceptuje świata dorosłych, rządzonego zwierzęcymi instynktami, dziecka, które boi się, że kiedyś stanie się takie jak oni. Dla księdza Seweryna dzieckiem jest także człowiek ufający Bogu wobec cynicznych niewierzących. W finale „Traktatu teologicznego” Matka Boska objawia się właśnie dzieciom… Bycie innym to także wysokie wymagania stawiane bliźnim, nieraz pogarda wobec nich.

Ale w dziele Czesława Miłosza ta siła oddzielająca od innych ma też swoją przeciwwagę. To zachwyt, „podnoszący nad moją ułomność”, który każe pokłonić się przed wspaniałością świata, ale też pięknem drugiego człowieka. Zygmuntem Kunatem, Oskarem Miłoszem, Jeanne Hersch, Jerzym Turowiczem, Janem Pawłem II… Zachwycić się, oznacza nie tylko stwierdzić, że coś mi się podoba, ale też przekroczyć granice egotycznego „ja”. Zachwyt jest pokorą, rodzajem modlitwy.

Oddzielenie, pogarda wiążą się oczywiście z miłością własną, pychą. W późnej twórczości Miłosz obsesyjnie powraca do tematu rozliczenia się z „grzechem samolubnej pychy”. Jeżeli grzeszyłem miłością własną, nie potrafiłem dać uczucia innym, to czy jest coś, co okupi moje winy? Czy spełniałem zamysł potęgi, która tak, a nie inaczej ułożyła mój los? Czy byłem do czegoś przeznaczony?

Zachwyt pozwala przeciwstawić się nihilizmowi, duchowi pustki, kusicielowi, który podszeptuje, że nasze życie i świat pozbawione są sensu, że czeka nas tylko zimna otchłań. Poddać się diabłu to może najgorszy grzech w miłoszowskim świecie. On sam zawsze pozostawia pole dla nadziei, nawet za cenę bycia „niemodnym”. Odmowę zapisania beznadziei można oczywiście różnie oceniać – niektórzy powiedzą o braku odwagi, cofnięciu się znad granicy; ja myślę, że jest ona dowodem prawdziwej mądrości. Nie łamać ducha innym, nie szydzić, zwłaszcza jeśli wie się, że ratunkiem większości z nas jest nie dość odważne myślenie. Rozpacz to grzech, z którym należy walczyć – narzucaniem sobie obowiązków, usilną pracą. Stąd sprzeciw Miłosza wobec tych, którzy zdają mu się w rozpaczy rozmiłowani – jak Beckett czy Larkin. Siebie samego nazwie z dużą dozą autoironii „mistrzem pokonanej rozpaczy”.

A przecież w ostatnich latach zaczął jakby powątpiewać, czy ta poetycka i duchowa strategia była słuszna. Pojawiały się znaki zapytania, prowadzące ku znakomitemu wierszowi „To”, wskazującemu nieustanną obecność zwątpienia, trwogi, skrytych pod jasną afirmacją świata. Poprzez ten wiersz można by spojrzeć na całą twórczość Miłosza, opisać ją w dynamicznym napięciu między dwoma biegunami: rozpaczą i nadzieją, pychą i zachwytem, suchością serca i ocalającym zdziwieniem.

Czas darowany

Okres po roku 1989 to najpierw kolejna wizyta w Polsce, później coraz dłuższe pobyty i wreszcie przenosiny do Krakowa – ostatniej przystani. To zarazem czas frapującego twórczego wigoru. Wychodzą wtedy m.in. kolejne zbiory wierszy: „Dalsze okolice” (1991), „Na brzegu rzeki” (1994), „To” (2000), „Druga przestrzeń” (2002), książki eseistyczne: „Rok myśliwego” (1990), „Szukanie ojczyzny” (1992), „Piesek przydrożny” (1997), „Życie na wyspach” (1997), „O podróżach w czasie” (2004), „Spiżarnia literacka” (2004); wspomnienia: „Abecadło Miłosza” (1997), „Inne abecadło” (1998). Także wspomniane już „Legendy nowoczesności”, obszerny tom korespondencji „Zaraz po wojnie” (1998) i antologia „Wyprawa w Dwudziestolecie” (1999)…

Tej aktywności sprzyjał związek z Carol Thigpen (w 1992 r. zwieńczony ślubem), młodszą o trzy dekady Amerykanką, doktorem nauk humanistycznych na Emory University w Atlancie. Miłosz mówił, że pogodna, jasna żona to najlepsza przeciwwaga dla jego depresji, że Carol to był „czas darowany”. Jak myślę: łaska spokojnej starości, po dziesięcioleciach udręczeń. Darowana dekada… Chyba nikomu z nas, którzy ją znaliśmy, pełną energii i witalności, nie przyszło do głowy, że odejdzie ze świata tak szybko. Carol umiera 15 sierpnia 2002. Patrzę na kalendarz i uzmysławiam sobie, że Miłosz odszedł w wigilię drugiej rocznicy jej śmierci.

Miesiąc po śmierci żony traci brata – Andrzej Miłosz, dziennikarz, dokumentalista, umiera 20 września. Jakby pod koniec życia ręka losu zabierała mu najbliższych, by wreszcie ogołocić go z pewności ciała, każąc temu poecie światła, marzącemu o wiecznym świetle zatrzymanego czasu, napisać: „Teraz pięć moich zmysłów powoli zamykasz, / I jestem stary człowiek leżący w ciemności”.

Ciągle lotnego umysłu, był jak wielka figura króla na pustej szachownicy. Tak naprawdę przebywał gdzie indziej – w innej przestrzeni, z odeszłymi ludźmi, na jakiejś pozaczasowej łące, z Elą, Jadwigą, Edkiem, Oskarem, Tygrysem, Janką, Carol…

Była to łąka nadrzeczna, bujna, sprzed sianokosów,
W nieskazitelnym dniu czerwcowego słońca.
Całe życie szukałem jej, znalazłem i rozpoznałem:
Rosły tu trawy i kwiaty kiedyś znajome dziecku.
Przez na wpół przymknięte powieki wchłaniałem świetlistość.
I zapach mnie ogarnął, ustało wszelkie wiedzenie.
Nagle poczułem, że znikam i płaczę ze szczęścia.

Andrzej Franaszek jest redaktoremTP„, literaturoznawcą, członkiem jury nagrody Nike. Przygotowuje biografię Czesława Miłosza.

„Tygodnik Powszechny”, dodatek specjalny do numeru 34, 22 sierpnia 2004

Do góry

Seamus Heaney

Śmierć starego króla

Od dłuższego już czasu ludziom, którzy znali Czesława Miłosza, nasuwało się pytanie, jak to będzie, kiedy Miłosza zabraknie. On zaś trzymał się mocno, nadal oddając się pisarstwu w Krakowie, w wieku dziewięćdziesięciu paru lat, w mieszkaniu, w którym miałem zaszczyt odwiedzić go dwukrotnie. Seamus Heaney /2004-08-29
Za pierwszym razem nie opuszczał łóżka, zbyt słaby, aby uczestniczyć w konferencji zorganizowanej na jego cześć, a następnym razem usadowił się w salonie, twarzą w twarz z naturalnej wielkości brązowym popiersiem swojej drugiej żony Carol. Carol, młodsza od niego o jakieś trzydzieści lat, zmarła rok wcześniej na szybko postępującego, okrutnego raka i kiedy stary poeta siedział tak po jednej stronie pokoju, zwrócony do brązowego popiersia po przeciwnej stronie, wydawało się, że spogląda na nie i na wszystko inne z drugiego brzegu. Podczas tej wizyty opiekowała się nim synowa i może to jej czujna troska i jego przemieniony wygląd przywiodły mi na myśl Edypa pielęgnowanego przez córki w gaju w Kolonos: starego króla, który przybył do miejsca, gdzie – jak wiedział – zakończy życie. Kolonos nie było jego ojczyzną, ale właśnie tam Edyp odnalazł drogę do siebie, do świata i zaświata. To samo można by powiedzieć o Miłoszu w Krakowie.

***

Miłosz napisał kiedyś, że dziecko, które w nas mieszka, ufa, że istnieją gdzieś mędrcy znający prawdę. Dla licznych przyjaciół on sam był jednym z owych mędrców. Cytowano jego uwagi, nawet jeśli były żartobliwe. Kilka dni przed jego śmiercią otrzymałem list od Roberta Pinsky’ego, który opowiadał o odwiedzinach złożonych przed miesiącem Czesławowi w szpitalu. „Jak się czujesz?” – zapytał go. „Przytomnie” – usłyszał w odpowiedzi. – „Głowę mam pełną staroci”. Po raz pierwszy zauważyłem wtedy w słowach Miłosza nutę zniechęcenia. Parę lat wcześniej, na przykład, na podobne pytanie Roberta Hassa, również tłumacza jego wierszy, Miłosz odpowiedział: „Trwam dzięki zaklęciu” – i było to bliższe jego stylu.

Życie i dzieła Miłosza opierały się na wierze w „Słowo raz obudzone przez nietrwałe usta” („Sens”). Ta pierwsza zasada artystyczna wyraźnie wiązała się z ostatnią ewangelią Mszy świętej (w jej dawnej, łacińskiej formie), In principio świętego Jana: „Na początku było Słowo”. W nieuchronny zatem sposób, przez wypełnianie powołania poetyckiego, przez namysł nad tym, czego to wypełnianie wymaga, i przez nieustanny, obfity plon nawyku tworzenia Miłosz powziął niezłomne przekonanie o świętej potędze swojej sztuki, o tym, że misją poezji jest walka ze śmiercią i nicością, bycie „posłem niestrudzonym”, który „biegnie i biegnie, (…) / Na międzygwiezdne pola, w kołowrót galaktyk/ I protestuje, woła, krzyczy” („Sens”). Odkąd zabrakło Miłosza, świat stracił wiarygodnego świadka tej odwiecznej ufności w zbawczą moc poezji.

***

Wiarygodność Miłosza była i nadal pozostaje sprawą kluczową. Nie było żadnej nieszczerości w jego zapewnieniach o zaufaniu do poezji, o której napisał niegdyś, że jest „sprzymierzona z [Filo-Sofiją] w służbie Dobrego”, jest wieścią przyniesioną górom przez „jednorożca i echo” („Zaklęcie”). Ową wiarę w cudowny, radosny potencjał sztuki i intelektu chroniły mocne szańce wiedzy i doświadczenia uzyskanych przez Miłosza z pierwszej ręki i ogromnym kosztem. Innymi słowy, jego umysł był zarazem ogrodem – niekiedy ogrodem klasztornym, niekiedy ogrodem ziemskich rozkoszy – i cytadelą. Umocnienia otaczające ogród znajdowały się na wysokiej górze, skąd mógł patrzeć na królestwa świata, rozpoznawać ich pokusy i tragedie i przekazywać czytelnikom zarówno przestronność wizji, jak i spostrzeżenia, które umożliwiał mu ów punkt obserwacyjny. Jedną z niezwykłych przyjemności, jakich dostarcza jego twórczość, jest wrażenie oglądania rzeczywistości z otrzeźwiającej perspektywy, wyzwolenia do autentycznej samotności własnego jestestwa i równocześnie zyskania cennego towarzystwa duchowego, tak że chciałoby się powiedzieć coś w rodzaju „Dobrze, że tu jesteśmy”.

***

Miłosz zdawał sobie sprawę z tego aspektu własnej twórczości i otwarcie wyrażał pragnienie, aby poezja umiała zapewnić tak wysoko usytuowaną płaszczyznę oceny. A jednak – jakby dla wykazania słuszności poglądu Williama Blake’a, według którego bez przeciwieństw nie byłoby postępu – z równym naciskiem twierdził, że poezja powinna zstąpić ze swojego wyniesionego punktu obserwacyjnego i krążyć ukradkiem wśród nomadów na równinie.

Nie wystarczyło, że poeta miał być jak Tetyda z wiersza „Tarcza Achillesa” W.H. Audena: spoglądać znad swojego dzieła na odległą panoramę obejmującą wszystko, od niewybrednej komedii po ludobójstwo. Poeta powinien znaleźć się tam w dole, wśród zwyczajnych ludzi, na poziomie wzroku rodziny uchodźców stłoczonych na posadzce dworca, powinien wdychać zapach czerstwych okruchów, które matka rozdziela pomiędzy dzieci, podczas gdy coraz bliżej łomoczą buty wojskowego patrolu, na miasto spadają bomby, a mapy i wspomnienia pochłania ogień. Uświadomienie sobie przeciętności i trosk życia innych ludzi było potrzebne, aby uczłowieczyć pieśń. Nie wystarczyło bywać w salonach awangardy. Pewnych rzeczy – powiada Miłosz w wierszu „1945″ – nie nauczy nas „Apollinaire / Ani programy kubistów i jarmark paryskich ulic”. Miłosz doskonale by zrozumiał i potwierdził opinię Johna Keatsa, który pisał, że zadaniem świata pełnego bólu i nieszczęść jest kształcić inteligencję i czynić z niej duszę. Były żołnierz z wiersza „1945″ otrzymał takie właśnie wykształcenie:

Na stepie, owijając krwawiące nogi onucą,
Przeniknął daremną pychę górnie myślących pokoleń.
Jak okiem sięgnąć płaska, nieodkupiona, ziemia.

A co w tych drastycznych okolicznościach ma do zaproponowania poeta? Tylko to, co nagromadziło się w nim dzięki obyczajowi i ceremonii, dzięki cywilizacji:

Mrugałem oczami, śmieszny i buntowny,
Sam jeden z Jezus Maryją przeciw niezbitej mocy,
Potomny aktów strzelistych i rzeźb złoconych, i cudów.

***

Czuły wobec niewinności, bezkompromisowy, kiedy miał do czynienia z brutalnością i niesprawiedliwością, Miłosz bywał w jednej chwili wrażliwy, w następnej nieugięty. Raz odmalowuje delikatny erotyzm młodej dziewczyny krążącej po terenach litewskiego dworu, innym razem dokonuje bezlitosnej sekcji cech charakteru i niewłaściwie spożytkowanych zdolności twórczych, które wpędziły tego czy tamtego spośród jego współczesnych w marksistowską sieć. Nieubłagana siła analityczna współistniała od początku do końca z bezbronną radością zmysłową. Miłosz wspomina zapach świeżego pieczywa snujący się po ulicach Paryża w jego studenckich latach, a równocześnie przywołuje twarze kolegów z Indochin, młodych rewolucjonistów, którzy przygotowywali się do zdobycia władzy i zabijania „w imię pięknych idei uniwersalnych” („Rue Descartes”).

Kiedyś, po spotkaniu z czytelnikami na Harvardzie, gdzie – jak pisałem później – wydał mi się zarazem Orfeuszem i Tejrezjaszem, powiedział do mnie: „Czuję się po prostu jak mały chłopiec bawiący się na brzegu rzeki”. A jego wiersze przekonywały, że i tu mówi prawdę. Miłosz w zasadzie zadał kłam słowom T.S. Eliota o tym, że ludzkość nie jest w stanie znieść dużej dawki rzeczywistości. Młody poeta, który rozpoczął karierę wśród rówieśników w rozdyskutowanych kawiarniach Warszawy lat trzydziestych, był obecny, kiedy ci sami młodzi poeci ginęli od kul w Powstaniu Warszawskim, a ich nagrobkiem było niewiele więcej niż napis nakreślony w ruinach zniszczonego miasta. Stary człowiek, mędrzec z Grizzly Peak w Berkeley, weteran zimnej wojny, bohater „Solidarności”, przyjaciel Papieża, był zarazem dzieckiem, „które przystępuje do Pierwszej Komunii w Wilnie i później pije kakao roznoszone przez gorliwe katolickie panie” i poetą, który nieustannie słyszy „Olbrzymiejące wezwanie Poszczególnego, na przekór ziemskiemu prawu nicestwienia pamięci” („Capri”).

***

Znam poezję Miłosza tylko w przekładzie, lecz przecież, czytając te wiersze po angielsku, łatwo zapomina się o problemie językowym. Czytelnik poddaje się niepowtarzalnemu stylowi, poezji niosącej doświadczenie o niezwykłej gęstości, przeżyte i rozświetlone przez umysł, który uczynił je symbolicznym. Nie chodzi tu jedynie o zaufanie do słuchu i dokładności poetów, którzy dokonali przekładu – choć ich wkład był nieodzowny i twórczy. Chodzi o coś więcej niż to, że nie sposób nie wyczuć znaczenia ludzkiej osobowości, zawartości prozatorskiej i przekazu muzycznego, które są niewątpliwie obecne w oryginale, poza naszym zasięgiem językowym

Poezja ta jest w całości nadzwyczaj zrozumiała i nie do zlekceważenia. Z równą hojnością dostarcza momentów zaskoczenia i momentów rozpoznania. Potrafi przechodzić od pełnej przepychu wizji do wypowiedzi solowej. Jej naturalne jak oddech kadencje, jej często niespodziewana prostota (jak w urzekających wczesnych utworach, choćby w „Spotkaniu”) i równie niespodziewana, lecz przekonująca niejasność (w „Kresach” na przykład) potwierdzają wypowiadane nieraz przez Miłosza twierdzenie, że wiersze dyktuje mu daimonion, że on sam jest tylko „sekretarzem”. A słowa te oznaczały, że Miłosz nauczył się pisać szybko, nauczył się pozwalać na błyskawiczne tempo skoków skojarzeniowych i nie dawać „wścibskiemu intelektowi” zbyt dużo czasu na interwencję. Kiedy Miłosz mówi, że wiersz „Ars Poetica?” powstał w ciągu dwudziestu minut, wierzę mu i raduję się.

***

Sekret tej twórczości częściowo, a jej moc w znacznej mierze wynikały z ogromnej wiedzy Miłosza. Jego umysł przypominał renesansowy teatr pamięci. Szkolna łacina, teologia tomistyczna, rosyjska filozofia, poezja światowa, dwudziestowieczna historia, ważne postaci epoki, z których wiele było jego bliskimi znajomymi – wystarczy przeczytać kilka stron jego obfitej prozy, aby zrozumieć, jak bardzo to wszystko było dla niego obecne i jak nieadekwatne w odniesieniu do niego okazuje się powiedzenie „tęga głowa”. Poezja Miłosza jest kwintesencją dzieła obejmującego autobiografię, polemikę polityczną, krytykę literacką, eseje na tematy osobiste, beletrystykę, sentencje, pamiętniki i wiele jeszcze utworów, oryginalnych, swawolnych, złowieszczych, mniej lub bardziej nieklasyfikowalnych.

Inni poeci także pisali obszerne teksty prozatorskie. Spośród współczesnych Miłoszowi autorów anglojęzycznych na myśl przychodzą Hugo MacDiarmid i W.H. Auden, obaj obdarzeni żywą inteligencją i pasją porządku. MacDiarmid jednak przy całej swojej kompendiowości sprawia wrażenie mniej poważnego, jego deklaracje brzmią bardziej jak wystąpienia namiętnego dyskutanta, a swada wydaje się oznaką talentu oratorskiego raczej niż jakiejś rozpaczliwej potrzeby zrozumienia. Auden jest bliższy Miłoszowi, bo i on zmuszony jest badać pośredni stan ludzkiego życia i nigdy nie potrafi zapomnieć o granicznych stanach bestii i anioła. Jednak w porównaniu z Miłoszem objawia skłonność do akademickiego żargonu, nie odczuwa chyba tak dotkliwie ciężaru przypadkowości: dostarcza głębokich rozważań, lecz na ogół brakuje w nich interesującego nadwątlenia konkretnej, osobistej powagi. Przepadam za Miłoszem, ponieważ ton jego pisarstwa daje taką gwarancję – gwarancję, że postać tworząca prozę pozostaje pod baczną kontrolą swojego bardziej skruszonego, bardziej rygorystycznego ja. W tej prozie, jak i w poezji, mówi do nas człowiek w pełni swojej osobowości.

***

A przecież Miłosz zawsze niecierpliwił się „niewystarczalnością liryki”, według określenia poety Donalda Daviego, a właściwie niewystarczalnością sztuki w ogóle, głęboko świadomy, jak nieosiągalna jest otaczająca nas rzeczywistość. Jego tęsknota za formą wyrazu bardziej pojemną niż te dostępne człowiekowi była tematem, do którego powracał wielokrotnie. Mimo to radował się pewnością, że został wezwany „Do pochwalania rzeczy, dlatego że są” („Kuźnia”) i twierdził, że sensem istnienia poety jest kontemplacja słowa „jest”.

W poszukiwaniu tego ideału wyprowadził poezję poza wytyczony krąg znaczącej formy i uczynił ją otwartą na rozległe widoki i drobne zdarzenia domowe: jego wiersze niekiedy charakteryzują się bezpośrednią, pełną wykrzykników niewinnością dziecięcej sztuki („O szczęście! widzieć irys”), niekiedy zaś panoramicznym rozmachem synoptycznych rozważań nad historią, jak w „Oeconomia divina”: „Nie myślałem, że żyć będę w tak osobliwej chwili. / (…) Drogom na betonowych słupach, miastom ze szkła i żeliwa, / Lotniskom rozleglejszym niż plemienne państwa/ Nagle zabrakło zasady i rozpadły się. / (…) Z drzew, polnych kamieni, nawet cytryn na stole/ Uciekła materialność”. Diagnozując jednak początek tej lekkości bytu, Miłosz skutecznie powstrzymał ją dla czytelników swojej poezji, a jego nieprzemijalność jako poety nadal będzie w dużym stopniu zasadzała się na godnym naśladowania uporze, odmowie niedoceniania solidności tego, co rzeczywiste, i suwerennej wartości tkwiącej nieraz w tym, co powierzyliśmy naszej pamięci. „Co jest wymówione, wzmacnia się. / Co nie jest wymówione, zmierza do nieistnienia” („Czytając japońskiego poetę Issa”).

***

Myśląc o Czesławie w tych minionych miesiącach, oczyma duszy widząc go przykutego do łóżka, odwiedzanego przez przyjaciół, lecz zawsze wpatrzonego ze spokojem przed siebie, w unicestwiający życie mur, postrzegałem go w kontekście dwóch dzieł sztuki, które mają w sobie jakieś typowo Miłoszowskie połączenie solidności i duchowej mocy. Pierwsze z nich to obraz Davida ze zbiorów Metropolitan Museum of Art, przedstawiający śmierć Sokratesa. Krzepki filozof, obnażony do pasa, ze wzniesionym palcem wskazującym, siedzi wyprostowany na łożu i wykłada przyjaciołom naukę o nieśmiertelności duszy. Alternatywnym tytułem lub komentarzem do tego malowidła mogłyby być słowa „Pozwoliłem sobie na wszystko oprócz skarg” – uwaga wypowiedziana przez Josifa Brodskiego, którą Miłosz cytował z aprobatą i która równie dobrze mogłaby odnosić się do niego samego.

Drugim dziełem, które przyszło mi na myśl, prawdopodobnie pod wpływem tamtej zapamiętanej sceny: Miłosza twarzą w twarz z brązową podobizną Carol, jest etruski sarkofag z Luwru, potężny terakotowy wizerunek pary małżeńskiej w pozycji półleżącej. Kobieta spoczywa przy lewym boku męża, równolegle, oboje zaś, swobodnie oparci na łokciach, bacznie spoglądają na coś przed sobą, coś, co według wszelkich reguł perspektywy powinno być widoczne w wyciągniętej prawej ręce mężczyzny. Niczego jednak tam nie ma. Czy był to ptak, który odfrunął? Kwiat, który został zerwany? Ptak, który nadlatuje? Nie widać niczego, ale w oczach tych dwojga błyska zrozumienie, jakby właśnie godzili się z gorzko-słodką odpowiedzią, której Miłosz udzielił sobie na pytanie zadane życiu (w „Nie więcej”):

Z opornej materii
Co da się zebrać? Nic, najwyżej piękno.
A wtedy nam wystarczyć muszą kwiaty wiśni
I chryzantemy, i pełnia księżyca.

***

Byłem w ogrodzie za domem, w blasku słońca, pośród kwiatów, kiedy zadzwonił telefon. Tamto przedpołudnie miało w sobie jakąś kalifornijską pełnię. Jakąś bezcieniowość, która przywodziła na pamięć „Dar”, wiersz napisany w Berkeley, kiedy Miłosz miał sześćdziesiąt lat: „Dzień taki szczęśliwy. / Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie. / Kolibry przystawały nad kwiatem kapryfolium”… Dziękczynienie i zachwyt unosiły się w powietrzu i łatwo byłoby mi wtedy powtórzyć słowa, które Miłosz wypowiedział w jednym z wywiadów, komentując swój epigram „Czuł wdzięczność, więc nie mógłby w Boga nie wierzyć” („Do ut des”). Oświadczył wówczas: „można wierzyć w Boga z wdzięczności za wszystkie dary”.

Kiedy zatem przyniesiono mi bezprzewodowy telefon i usłyszałem głos Jerzego Jarniewicza, wiedziałem, jaka będzie wiadomość, ale od dawna przygotowany, nie doznałem wstrząsu. Zamiast tego żal sięgnął w wieczną dziedzinę poezji. W dublińskim słońcu postać poety w ogrodzie położonym na wzgórzu nad zatoką San Francisco połączyła się w jedno z postacią Edypa mozolnie wspinającego się po lesistym zboczu w Kolonos, aby następnie zniknąć w mgnieniu oka: spojrzałem i był tam w swojej ludzkiej solidności i oddaniu, spojrzałem znów i nie było po nim śladu – a przecież nie odszedł zupełnie. W tamtej chwili mógłbym powtórzyć słowa Sofoklesowego Posłańca opisującego owo zdarzenie, które przy całej swojej tajemniczości pobrzmiewa prostą prawdą: odejście Edypa, którego „ni boga pokonał ognisty / Grom, ani burza od morza zerwana”, ale zabiera go „bogów posłaniec lub głębie / Ciemne, rozwarłszy się pod nim życzliwie”.

Przeł. Anna Skucińska

SEMAUS HEANEY (ur. 1939) jest poetą i eseistą irlandzkim, laureatem literackiej Nagrody Nobla w roku 1995. Tytuł szkicu pochodzi od redakcjiTP”. Cytat zEdypa w Kolonie” Sofoklesa w przekładzie Kazimierza Morawskiego.

„Tygodnik Powszechny”, numer 35, 29 sierpnia 2004


Do góry

Możliwość komentowania wyłączona.