Archiwa

Nie wygłoszone przemówienie z okazji przyznania Nagrody Nobla

ALEKSANDER SOŁŻENICYN

1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

1.

Niczem dzikus co ze zdumieniem obraca w ręku dziwne znalezisko – ni to z oceanu wyłonione? ni to z piasków wyklute? ni to z nieba spadłe? – zawiłego kształtu, raz mieniące się mdłym lśnieniem, raz ostrym blaskiem – oziera je z różnych stron, dziwuje mu się, próbuje użyć go do byle czego, szuka dlań nąjprostszego zastosowania, nie zdając sobie sprawy z jego wyższych przeznaczeń – tak też my, mając w zasięgu ręki Sztukę, uważamy się zarozumiale za jej panów, śmiało wytyczamy jej drogi, nadajemy jej nowe kształty-reformujemy, posyłamy na demonstracje, sprzedajemy za pieniądze, przyprawiamy ją wedle smaku możnych tego świata, czynimy z niej już to zabawkę – aż do piosenek estradowych, aż do nocnych barów – już to zatkajdziurę, albo pałkę, jak popadnie, gwoli chwilowych potrzeb politycznych czy wąskich zadań społecznych. Sztuka zaś nie daje się tymi naszymi zabiegami pokalać, nie traci przy tym swoich korzeni, raz po raz w każdym narzuconym kształcie darząc nas cząstką swego wewnętrznego, tajemnego blasku.

Ale czy ogarniamy c a ł y ten blask? Kto ośmieli się rzec, że odgadł SENS sztuki? porachował wszystkie jej kształty?A może już niegdyś odgadł był i porachował je dla nas ktoś, ale przez chwilę tylko potrafiliśmy się skupić: posłuchaliśmy tego i zaraz puścili mimo uszu, odrzucili, jak to zwykle, pragnąc niecierpliwie zastąpić rzecz – najlepszą nawet – jakąś inną, byle nową! I kiedy znów nam ktoś teraz to samo powie, nawet już sobie nie przypomnimy, że już była o tym mowa.

Jeden rodzaj ludzi sztuki uważa się za twórców niezawisłego świata du- chowego i bierze na swoje barki ciężar tworzenia świata, zapełniania go żywymi istotami, ciężar odpowiedzialności za ten świat – ale tu przychodzi załamanie, bo takiego ciężaru nie jest w stanie unieść geniusz śmiertelny: człowiek obwołał się sam osią wszechświata, lecz nie potrafił stworzyć wyważonego systemu idej. I kiedy nadchodzi klęska, gdy rzecz kończy się fiaskiem – ludzie próbują zwalać winę na odwieczną dysharmonię zjawisk, na rozszczepienie duszy współczesnej szarpiącej się wśród zawiłości albo na tępotę opinii publicznej.

Drugi rodzaj czuje nad sobą obecność wyższej siły. Taki artysta trudzi się, jak skromny czeladnik pod niebem Stwórcy, radośnie, chociaż jeszcze surowiej odpowiada za wszystko, co napisał, narysował i czym napoił cudze dusze. Za to: nie on stworzył ten świat, nie on nim kieruje, nie ma wątpliwości co do podstaw jego istnienia. Artyście takiemu dane jest tylko ostrzejsze niż u innych odczucie harmonii świata, jego urody i szpetoty ludzkiego wkładu weń – by mógł z kolei wyraziściej przekazać to wszystko innym ludziom. Nawet wśród klęsk, nawet na dnie istnienia – w nędzy, w kajdanach, w chorobie – nie opuszcza go poczucie obecności tej przemożnej harmonii.

Ale irracjonalność charakteru sztuki, jej olśniewające meandry, jej zaskakujące odkrycia, jej zdolność wstrząsania ludźmi – wszystko to zbyt jest cudowne, by dało się objaśnić tylko światopoglądem artysty, jego koncepcjami lub zręcznością jego niegodnych palców. Archeologowie nie odkryli dotąd stadium rozwoju ludzkości tak wczesnego, by nie było w nim już dowodów istnienia sztuki. Jeszcze w mrokach przedświtu człowieczeństwa otrzymaliśmy je z Rąk, których nie zdążyliśmy rozpoznać. I nie zdążyliśmy zapytać: p o c o nam ten dar? jak sobie z nim poczynać?

Mylili się i mylić się będą nadal wszyscy ci prorocy, co twierdzili, że sztuka ulegnie rozkładowi, że jej formy strupieszeją, że umrze. To my umrzemy, ona zaś przetrwa. I czy aby zdołamy pojąć przed własnym końcem wszystkie oblicza sztuki, wszystkie jej zadania?

Nie wszystko da się określić prostym mianem. Są rzeczy, którym nie mogą sprostać słowa. Sztuka zagrzewa duszę – nawet oziębłą, zamroczoną – do wysokich duchowych prób. Dzięki sztuce docierają do nas niekiedy – choćby nawet niejasno i na okamgnienie – takie objawienia, jakich nigdy rozsądek się nie dochrapie.

Jak w owym baśniowym lusterku: zerkniesz w nie i zobaczysz – nie siebie wcale, lecz na chwilę ukaże ci się widomie. Nieosiągalne, to, czego nie dogoniłbyś ani biegiem, ani lotem. I tylko ćmienie w duszy zostaje…

Do góry

2.

Dostojewskiemu wymknęły się niegdyś te zagadkowe słowa: „Świat zbawiony będzie przez piękno”. Co to znaczy? Długo uważałem to za zwykły frazes. Jak to możliwe? Kiedyż to w ciągu całych krwiożerczych dziejów kogóż to i od czego zbawiło piękno? Owszem, uszlachetniało, podnosiło na duchu – ale co tu mówić o zbawieniu?

Jest jednak pewna osobliwość w samej istocie piękna, osobliwość funkcji sztuki: prawdziwe dzieło sztuki odznacza się tym, że przekonywa w sposób nieodparty i zdolne jest podbić najbardziej nawet oporne serce. Przemówienie polityczne, zawadiacki artykuł publicystyczny, program społeczny, system filozoficzny – wszystko to można, jak się zdaje, skonstruować spójnie i gładko także na osnowie błędu i kłamstwa: nie od razu da się rozpoznać, co się za tym kryje, gdzie tu fałsz. Niech z kolei wstąpi w szranki przeciwstawna opinia, publicystyka, program, inna filozoficzna konstrukcja – a znów ma się wrażenie spójności i gładkości, znów wszystko się zgadza. Dlatego wierzą w to wszystko ludzie – i zarazem nie wierzą.

Gębę tylko strzępi, kto mową swoją serc nie jedna.

Dzieło zaś sztuki jest samo dla siebie kamieniem probierczym: koncepcje sztuczne, naciągnięte nie wytrzymują próby tłumaczenia na język obrazów: walą się w gruzy, rozsypują się w oczach, wychodzi na jaw cała ich wątlizna i bladość, nie mogą przekonać nikogo. Utwory zaś przepojone duchem prawdy i przedstawiające ją nam w kształcie stężonym i żywym porywają nas, przywiązują do siebie z przemożną siłą, i nie zjawi się nikt, nigdy, nawet po upływie stuleci, kto by im zaprzeczył.

Więc może owa stara trójca Prawdy, Dobra i Piękna – nie jest tylko zwietrzałą formułką od parady, jak to nam się zdawało za czasów dufnej naszej młodości materialistycznej? Jeśli wierzchołki tych trojga drzew zbiegają się, jak utrzymywali badacze – a tylko zbyt proste, zbyt rzucające się w oczy pędy Prawdy i Dobra zostały stłamszone, zrąbane, nie dopuszczone wyżej – to może splątane, nieobliczalne, nieprzeczute pędy Piękna przebiją się i wrosną W TO SAMO MIEJSCE, wykonując w ten sposób pracę za całą trójcę?

I wtedy okaże się, że słowa Dostojewskiego „Świat będzie zbawiony przez Piękno” nie są przejęzyczeniem, lecz przepowiednią. Przecież JEMU dane było I widzieć daleko, przebłyski miał niepospolite.

Do góry

3.

Na tę mównicę, z której wygłaszane są mowy z okazji przyznania Nagrody Nobla, na mównicę dostępną nie dla każdego bynajmniej pisarza, i to raz tylko w życiu, wdrapałem się nie po dwóch, trzech wymoszczonych chodnikiem schodkach, lecz po setkach, ba, po tysiącach nawet stopni stromych, urwistych, oślizłych, z głębin mrocznych i zimnych, w których inni – bardziej może utalentowani, silniejsi ode mnie – zginęli. Tylko nielicznych z nich sam spotkałem na Archipelagu GUŁag, dzielącym się na mnóstwo drobnych wysp obozowych, nadto zaś nie z każdym mogłem pozwolić sobie na rozmowę między młyńskimi kamieniami szpiclostwa i nieufności, O niektórych tylko słuch mnie doszedł, obecności innych ledwo się domyślałem. Kto runął w tę przepaść mając już literackie nazwisko, ten zostawił przynajmniej ślad – ale ilu w ogóle nikt nie rozpoznał, iluż nikt nie wymienił publicznie! i nikomu, prawie nikomu nie udało się stamtąd wrócić. Cała literatura narodowa tam została, pogrzebana nie tylko bez trumny, ale bez koszuli, goła, z metką przywiązaną do palca u nogi. Rosyjska literatura nie przestała istnieć ani na chwilę! – postronny zaś obserwator mógł ją uważać za pustynię. Tam, gdzie miał wyróść gęsty las – zostały na karczowisku po wszystkich wyrębach dwa-trzy zapomniane przypadkiem drzewa.

I oto jakże mam dzisiaj ja, otoczony cieniami tych, co padli, ja, z opuszczoną głową pragnący w tych drzwiach puścić przodem innych, co dawno już na to zasłużyli, jakże mam więc odgadnąć i wyrazić to, co by o n i cheieli powiedzieć?

To zobowiązanie dawno już nam ciążyło i zdawaliśmy sobie z niego sprawę. Słowem, jak u Włodzimierza Sołowiowa:

Nawet w kajdanach trzeba zatoczyć
Ów krąg, przez bogów nam zakreślony.

Wlokąc się w trakcie nużących obozowych przemarszów w kolumnie więźniów, w mroźnej, wieczornej mgle spiętej świecącymi łańcuchami latarń – nie raz czuliśmy w gardle napór tych słów, które chcieliśmy krzyknąć całemu światu, gdyby ów świat mógł kogokolwiek z nas usłyszeć. Wszystko wydawało się wówczas zupełnie jasne: co krzyknie wybraniec losu, nasz wysłannik – i z jaką gotowością, jak szybko świat mu odpowie. Nasz widnokrąg zapełniały zupełnie określone, konkretne przedmioty oraz odruchy i w naszym niedwuznacznym świecie nie było dla nich żadnej przeciwwagi. Tych myśli nie braliśmy z książek, nie dla ozdoby nam były potrzebne: w celach więziennych i przy leśnych ogniskach wysnuły się z rozmów z ludźmi, którzy już nie żyją, przeszły próbę t a m t e g o życia, na t a m t y m gruncie wyrosły.

Kiedy zaś zelżało ciśnienie zewnętrzne – rozszerzył się mój – nasz wspólny – widnokrąg i stopniowo, choć tam tylko przez szparkę, dał się ujrzeć i poznać ów „cały świat”. I ku naszemu największemu zaskoczeniu okazało się, że „cały świat” jest zupełnie odmienny od naszych wyobrażeń: wcale nie „to” jest treścią jego życia, nie „w tamtą stronę” idzie, widząc grząski moczar woła: „Jakaż to czarująca polanka?”, kamienne dyby nazywa „misternym naszyjnikiem”, a tam, gdzie jedni leją łzy nieutulone, drudzy podrygują w takt wesołej muzyczki.

Jak do tego doszło? Co sprawiło, że taka przepaść zieje? Czy to my byliśmy bez czucia? Czy świat jest nieczuły? Może to za przyczyną różnicy języków? Ale czemu ludzie nie każdej z r o z u m i a ł e j mowy skłonni są wysłuchać? Słowa rozbrzmiewają i spływają jak woda – bez smaku, bez barwy, bez zapachu. Bez śladu.

W miarę tego, jak to pojmowałem, zmieniał się z upływem lat coraz bardziej układ, sens i ton mojej przemowy. Mojej dzisiejszej przemowy.

I coraz mniej już przypomina ona tamtą, com ją układał niegdyś w mroźne, łagrowe wieczory.

Do góry

4.

Jak świat światem człowiek taką miał naturę, źe jego światopogląd – jeśli tylko nie jest on owocem sugestii – motywacje jego działań i skala ocen, jego uczynki i zamiary są uwarunkowane przez jego własne i grupowe doświadczenie życiowe. Jak powiada rosyjskie przysłowie: „Nie wierz bratu rodzonemu, wierz własnemu ślipiu krzywemu”. I to jest w końcu najzdrowszy punkt wyjścia do rozumienia otoczenia i właściwego zachowania się w nim. Wszak przez całe wieki, kiedy nasz świat był głuchym obszarem tajemnic, gdy jeszcze nie był przecięty wspólnymi liniami łączności, gdy nie przemienił się jeszcze w jeden kurczowo pulsujący kłąb – ludzie potrafili już kierować się nieomylnie swoim doświadczeniem życiowym w granicach swojej małej osady, gminy, społeczności, swego terytorium narodowego wreszcie. Mogło wówczas oko poszezególnego człowieka ogarnąć i przyjąć jakąś wspólną skalę ocen: co uznać za przeciętne, a co za niewiarygodne; co jest okrucieństwo – a co przekracza miarę podłości, co jest rzetelne, co zaś fałszywe. I chociaź odosobnione ludy źyły na bardzo róźny sposób, chociaź skale ich ocen społecznych mogły krańcowo nie zgadzać się ze sobą, podobnie jak róźniły się ich systemy miar, to przecież te różnice dziwiły tylko rzadkich podróżników albo trafiały do działu ciekawostek w czasopismach, nie grożąc niczym ludzkości, jeszcze nie scalonej.

Ale oto w ciągu ostatnich dziesięcioleci ludzkość niepostrzeżenie, z dnia na dzień, stała się całością – ta jedność budzi i nadzieję, i obawę, tak że wstrząsy i zapalne procesy, zachodzące w jakiejś jej części, w okamgnieniu udzielają się innym, często nie mającym jeszcze żadnej odporności. Ludzkość stała się jednością, ale nie tak, jak dawniej, gdy jednoczyła się trwale gmina albo nawet naród; nie dzięki stopniowo narastającemu życiowemu doświadczeniu, nie dzięki własnemu OKU, dobrodusznie uznanemu za „krzywe”, nawet nie dzięki wspólnemu, zrozumiałemu językowi – lecz ponad wszystkimi barierami, za sprawą międzynarodowego radia i prasy. Wali w nas fala wydarzeń, pół świata w ciągu minuty dowiaduje się o tym szturmie, ale miary – by poznać proporcje tych zdarzeń i ocenić je wedle praw znanych w naszej części globu – nie podają nam, i nie mogą jej podać na falach eteru ani na stronicach gazet: miary te zbyt długo i w sposób zbyt szczególny były ustalane i przyswajane w samoistnym życiu poszcze~ólnych krajów i społeczeństw, nie da się ich przenieść. W poszczególnych krajach stosuje się do wydarzeń własną, z męką wypracowaną skalę ocen – i stosują tam nieustępliwie, ze ślepym przekonaniem tylko własną skalę, nie żadną inną.

Takich rozmaitych skal jest w świecie jeśli nie bez liku, to w każdym razie kilka: skala dla niedawnych zdarzeń i skala dla dalekich; skala społeczeństw starych i skala młodych; skala żyjących w dobrobycie i skala tych, którym się nie wiedzie. Podziałki tych skal są niewspółmierne w sposób skrajny, ostry, rażący i żeby nie kłuło to nas w oczy – odżegnujemy się od wszystkich cudzych skal jak od szaleństw, od herezji, a cały świat mierzymy śmiało naszym domowym łokciem. Dlatego też zwykliśmy sądzić, że większe, dotkliwsze i trudniejsze do zniesienia jest nie to, co istotnie jest od innych większe, dotkliwsze i trudniejsze do zniesienia, lecz to, co mamy pod nosem. Wszystko zaś to, co dalekie, co nie grozi bezpośrednio juz dzisiaj progom naszego domostwa – uznajemy za dopuszczalne i na ogół nie wykraczające poza przeciętność, biorąc nawet pod uwagę wszystkie zawarte w tym jęki, zdławione krzyki i zgnojone istnienia, a nawet milionowe ofiary.

W jednej stronie świata – w trakcie prześladowań nie ustępujących starorzymskim, nie tak dawno oddały w milczeniu życie za wiarę i za Boga setki tysięcy chrześcijan. Na drugiej zaś półkuli pewien szaleniec (a nie jest na pewno jedynym takim) przeleciał ocean, żeby ciosem noża, wymierzonym w arcypasterza, UWOLNIĆ nas od religii! Wedle własnej skali tak to sobie za nas wszystkich wykalkulował!

To, co wedle jednej miary wydaje się z daleka godnym zazdrości, błogosławionym przejawem wolności, to wedle innej miary, tej miejscowej, odczuwa się jako dotkliwy przymus, prowokujący do przewracania autobusów. To, co w jednym kraju byłoby przedmiotem marzeń o niewiarygodnym szczęściu, to w innym kraju oburza ludzi jako przykład dzikiego wyzysku, wymagający natychmiastowego strajku. Rozmaite są też skale dla klęsk żywiołowych: powódź porywająca gdzieś dwieście tysięcy ofiar wydaje się czymś mniej ważnym od wypadku z naszej kroniki miejskiej. Rozmaite są miary obrazy prywatnej: pod jednym niebem uchodzi za obelgę juz ironiczny uśmiech i niechętny gest, pod innym – nawet chamskie pobicie uznaje się za wybaczalne, za niefortunny żart. Rozmaitym łokciem mierzy się kary czy przestępstwa. Wedle jednej skali – miesięczny areszt, wysyłka na wieś albo „karcer”, w którym aresztanta karmią białymi bułkami i mlekiem – już pobudzają wyobraźnię i powodują wylew oburzenia na gazetowych szpaltach. Wedle drugiej zaś skali – są czymś zwyczajnym i wybaczalnym i wyroki po dwadzieścia pięć lat więzienia, i karcery, gdzie na ścianach zamróz lodowy, ale siedzi się tam w samej bieliźnie, i domy wariatów dla zdrowych ludzi, i strzelanie na granicy do tych niezliczonych dziwaków, którzy nie wiedzieć czemu wciąż gdzieś próbują uciekać. A najmniej juz głowę sobie zaprzątamy tym egzotycznym krajem, o którym w ogóle nic u nas się nie wie, skąd żadne do nas nie dochodzą odgłosy, prócz spóźnionych i płaskich domysłów nielicznych korespondentów.

Ale nawet za tę dwoistość, za tę zdrewniałą nieczułość wobec cudzego, dalekiego nieszczęścia nie sposób winić ludzkiego oka: taka jest natura ludzka. Tyle że całej ludzkości, ściśniętej teraz na kształt jednego, wielkiego kłębu, ta niezdolność do rozumienia się wzajemnego grozi bliską już i gwałtowną katastrofą. Albo sześć, cztery, dwie nawet miary – albo wspólny świat, jedna ludzkośe: rozsadzi nas ta różnica drgań. Nie potrafimy współżyć w ten sposób na wspólnej ziemi, tak jak nie może długo pożyć człowiek o dwóch sercach.

Do góry

5.

Ale kto i jak uzgodni te różne skale? Kto stworzy dla ludzkości powszechny system mierników – dla złych i dobrych uczynków, dla spraw znośnych i nieznośnych, wedle dzisiejszego rozumienia? Kto ludziom wyjaśni, co istotnie jest ciężarem nie do zniesienia, a co tylko skórę nam drażni – bo jest pod bokiem? – i kto skieruje ludzki gniew przeciw temu, co najstraszniejsze, nie zaś przeciw temu, co najbliższe? Kto potrafilby takie przekonanie przerzucić przez barierę własnego życiowego doświadczenia? Kto zdolny byłby nieruchawym, upartym istotom ludzkim dać pojęcie o dalekich, obcych troskach i radościach, wpoić zrozumienie dla cudzych mierników i dla błędnych dróg, którymi ci ludzie sami nie kroczyli? Nic tu nie poradzi ani propaganda, ani przymus, ani wywód naukowy. Ale na szczęście jest na świecie taka siła! Jest nią sztuka. Jest nią literatura.

Potrafią one sprawić cud: mogą dać przeciwwagę dla pewnej nieszczęsnej właściwości ludzkiej: oto człowiek zdolny jest uczyć się tylko na własnej skórze, tak, że cudze doświadczenie idzie na marne. Z jednych ludzkich rąk do drugich, pomnażając skarb krótkiego ziemskiego żywota, sztuka przenosi cały ładunek ludzkich doświadczeń życiowych – razem ze wszystkimi niedolami, barwami, sokami, odtwarza widomie to, co inni przeżyli – po czym pozwala nam przyswoić to sobie, jak przeżycie własne.

I więcej nawet, znacznie więcej: całe kraje, całe kontynenty powtarzają cudze omyłki z opóźnieniem, czasem o wieki całe: podczas gdy wydaje się, że sprawa jest tak jasna! A właśnie że nie: to, co jeden naród już przeżył, przemyślał i odrzucił, nagle zaczyna się innemu narodowi wydawać największą nowością. I tu znów to samo: tym, co jedynie zastąpić może doświadczenie własne – jest sztuka, literatura. Dana im jest cudowna zdolność: ponad barierami różnic językowych, obyczajowych, społecznych potrafią przenosić ładunek doświadczenia życiowego od jednego narodu do drugiego, doświadczenia wcale tu nieznanego, będącego owocem całych trudnych dziesięcioleci, co przy szczęśliwym zbiegu okoliczności może ów inny naród uchronić od wejścia na drogę jałową, mylącą albo nawet wiodącą do zguby, skracając tym samym kręte szlaki historii.

Tę właśnie błogosławioną właściwość sztuki chcę dziś przypomnieć najgłośniej, jak umiem, z tej trybuny.

Jeszcze w jednym niezwykle ważnym kierunku przekazuje literatura stężone i niezbite niczym doświadczenie ludzkie: od pokolenia do pokolenia. Tak staje się ona żywą pamięcią narodu. Tak oto ogrzewa ona swym oddechem i ratuje zapomniane dzieje narodowe w kształcie nieskażonym i niezałganym. Oto czemu literatura wraz z językiem jest schroniskiem duszy narodu.

(Ostatnimi czasy stała się modna gadanina o niwelacji narodów, o stapianiu się ludów w jedną całość w kotle współczesnej cywilizacji. Nie zgadzam się z tą tezą – ale dyskusja nad nią to osobny temat, tu zaś jest miejsce tylko na to, by rzec, że zniknięcie różnic narodowych zubożyłoby nas nie mniej niż upodobnienie się poszczególnych ludzi, nadanie wszystkim jednego charakteru, jednego oblicza. Odrębne cechy narodowe – to skarb ludzkości, to wzbogacenie jej cech osobowych: najmniejszy z ludów przynosi w darze swoje szczególne barwy, tai w sobie osobliwy rys bożego zamiaru.)

Ale biada temu narodowi, w którym bieg literatury przerywany jest przez interwencje siły: nie jest to zwykłe wykroczenie przeciw „wolności druku”, lecz wstrzymanie ruchów serca narodu, odcięcie dopływów pamięci narodowej. Naród traci pamięć własnych spraw, naród zostaje pozbawiony więzi duchowej – i członkowie narodowej wspólnoty, choć dalej posługują się wspólnym językiem, nagle przestają rozumieć się wzajem. Rodzą się i umierają oniemiałe pokolenia, nie zostawiając przekazu o swoim życiu ani sobie samym, ani potomstwu. Jeśłi tacy mistrzowie jak Achmatowa lub Zamiatin zamurowani są żywcem i dożywotnio, jeśli skazani są aż do grobowej deski na pisanie w milczeniu, jeśli nie słyszą żadnego echa swojej twórczości – wówczas to nie tylko ich osobiste nieszczęście, lecz krzywda dla całego narodu, i groźba dla całego narodu.

A niekiedy – nawet dla całej ludzkości: gdy przez takie milczenie przestaje być zrozumiały cały bieg HISTORII.

Do góry

6.

W rozmaitych epokach, raz w tym kraju, raz w owym, toczono z żartem, z gniewem, czasem z gracją – spór, czy sztuka, czy artysta istnieć powinien dla siebie jeno samego, czy też powinien zawsze pamiętać o swoich obowiązkach wobec społeczeństwa i służyć mu bez uprzedzeń.

Co do mnie, nie widzę tu miejsca na spór, ale i nie będę tu nizać argumentów. Jednym z najświetniejszych przemówień na ten temat był wykład z tejże mównicy wygłoszony przez Alberta Camus – i do jego wniosków z radością się przyłączam. Toż literatura rosyjska przez dziesięciolecia miała szczególną tendencję, by nie przejmować się zbytnio swoimi własnymi sprawanu, nie oddawać się motylej beztrosce – i ja nie wstydzę się być kontynuatorem tej tradycji w miarę mych sił. W literaturze rosyjskiej od dawna zakorzenione jest przekonanie, że pisarz ma niemało do roboty wśród swoich rodaków i powinien tę robotę wykonać.

Nie powinniśmy deptać PRAWA artysty do wyrażania wyłącznie własnych uczuć i do obserwowania tylko tego, co się w jego własnym wnętrzu dzieje, bez względu na to, co zachodzi w świecie dookolnym. Nie powinniśmy ŻĄDAĆ niczego od artysty – ale upomnieć go, ale poprosić, ale przywołać i zachęcić – niech nam będzie wolno. Przecież tylko część swego talentu sam on doprowadza do rozkwitu, większa część, wrodzona, jest niejako z góry gotowa, a jego wolna wola obarczona zostaje odpowiedzialnością równą talentowi. Powiedzmy, że artysta nic dla nikogo robić NIE MUSI, ale żal patrzeć, jak MOŻE on – uciekając w swoje samowite światy, albo w dziedziny subiektywnego kaprysu – oddawać realny świat w ręce ludzi żądnych zysku albo i marnych, albo nawet szalonych.

Nasz wiek dwudziesty okazał się okrutniejszy od poprzednich i nie wszystko to, co w nim było strasznego, skończyło się wraz z jego pierwszą połową. Te same stare, jaskiniowe pasje – chciwość, zawiść, skłonność do gwałtu, wzajemna nieżyczliwość – przyjmując mimochodem nader godne pseudonimy w rodzaju walki klasowej, rasowej, masowej, związkowej – szarpią i rwą na strzępy nasz świat. Jaskiniowa wrogość do kompromisów została podniesiona do rangi teoretycznej zasady i uchodzi za największą cnotę ortodoksji. Dla tej zasady giną miliony ofiar w nieskończonych wojnach domowych, to ona przesącza się w nasze dusze naszeptując, że nie ma powszechnych i trwałych pojęć dobra i sprawiedliwości, że są one płynne, zmienne, z czego wynika, źe zawsze trzeba postępować tak, jak to jest korzystne dla twojej partii. Ta czy inna grupa zawodowa, gdy tylko widzi okazję, aby wydrzeć dla siebie dodatkowy kęs, choćby nawet nie zapracowany, choćby nawet zbędny – natychmiast go wydziera, a czy społeczeństwo pójdzie w gruzy, to mniejsza. Amplituda wahań społeczeństwa zachodniego, jeśli przyjrzeć jej się z boku, zbliża się do tej skrajności, poza którą system staje się m e t a s t a b i 1 n y i musi ulec rozpadowi. Coraz mniej się licząc z wymogami wiekowej praworządności, bezczelnie i triumfalnie kroczy przemoc przez cały świat, ani się troszcząc, że jej bezpłodność po wielekroć już ujawniła się i potwierdziła w ciągu dziejów. Triumfuje nie tyle nawet brutalna siła, co jej gromkie usprawiedliwianie: zalewa świat fala czelnej pewności, że siła może wszystko, zaś racja – nic. BIESY Dostojewskiego – jak mogło się zdawać – koszmarne płody zeszłowiecznej, prowincjonalnej fantazji – w naszej przytomności rozpełzają się po całym świecie, nawiedzając takie kraje, gdzie nie sposób było sobie nawet tego wyobrazić – i oto przez uprowadzanie samolotów, porywanie ZAKŁADNIKÓW, przez bomby i pożary ostatnich lat dają nam znać, że są zdecydowani roztrząść i unicestwić cywilizację! I moźe im to się świetnie udać. Młodzież – będąc w wieku, gdy brak jeszcze innego doświadczenia, prócz seksualnego, gdy nie ma się jeszcze za plecami lat osobiście przeżytych cierpień i przemyśleń, z entuzjazmem wraca na nasze rosyjskie, tylekroć wyklinane, zaułki XIX wieku – a wydaje się jej, że odkrywa coś nowego. Nowomodne, hunwejbinowskie równanie w dół, do nicości, zyskuje w jej oczach rangę zachwycającego przykładu. Płytki to brak zrozumienia dla wiecznego losu ludzkiego, naiwna to dufność, właściwa sercom bez bagażu: wygońmy tylko precz t y c h okrutnych, chciwych gnębicieli i władców, a już ich następcy (tj. my!), odłożywszy na bok granaty i automaty, będą wcieleniem sprawiedliwości i serdeczności. A jakże!… Kto zaś poznał i zrozumiał w życiu to i owo, kto mógłby oponować – często NIE OŚMIELA się tego uczynić, ba, nieraz tę młodzież podszczuwa, byle tylko nie okazać się „konserwatystą”. Też rosyjskie to zjawisko, znane w XIX wieku. Dostojewski nazywał takich NIEWOLNIKAMI POSTĘPOWYCH IDEJEK.

Duch Monachium wcale nie należy do przeszłości, to nie był wcale krótki epizod. Ośmielę się nawet rzec, iź duch Monachium w XX wieku ma coraz większe pole do popisu. Świat cywilizowany – osłupiały wobec nacisku odrodzonego nagle, szczerzącego zęby barbarzyństwa – nie potrafi przeciwstawić mu nic innego, prócz ustępstw i uśmiechów. Duch Monachium jest chorobą woli ludzi, którym dobrze się wiedzie, jest stanem codziennym tych, którzy oddali się pogoni za szczęściem za wszelką cenę i w zdobyciu dostatku widzą naczelny cel życia na ziemi. Ludzie tacy – a jest ich mnóstwo w dzisiejszym świecie – decydują się raczej na bierność i rejteradę, byleby tylko kontynuować życie, do którego się przyzwyczaili, byleby nie dziś jeszcze zetknąć się z surową prawdą, bo przecież do jutra wszystko może rozejść się po kościach,.. (Ale nigdy się nie rozejdzie! – trzeba będzie tylko drożej płacić za tchórzostwo. Męstwo i sukces stają się naszym udziałem tylko wtedy, gdy decydujemy się na ofiary.)

I stąd jeszcze grozi nam zguba, że naszemu światu, tak fizycznie scalonemu, stłoczonemu – nie pozwalają scalić się w dziedzinie ducha, nie dają molekułom wiedzy i uczuciowego porozumienia przeskakiwać z jednej jego połowy na drugą. Groźne to niebezpieczeństwo: PRZERWANIE TOKU INFORMACJI między poszczególnymi częściami planety. Współczesna nauka wie, źe zatamowanie toku informacji otwiera drogę entropii, powszechnemu rozpadowi. Przecięcie toku informacji odbiera realność wszystkim międzynarodowym umowom i porozumieniom: wewnątrz zony OGŁUSZONEJ nie ma żadnego kłopotu z przekręceniem treści dowolnej umowy. Jeszcze prościej – skazania jej na zapomnienie, jakby nigdy nie istniała (doskonale zrozumiał to Orwell). Wnętrze zony ogłuszonej zamieszkałe jest jakby nie przez ludzi z tej ziemi, lecz przez korpus ekspedycyjny z Marsa: istoty te dobrze nie wiedzą, co dzieje się na terytorium reszty naszej planety, i gotowe są stratować ją w świętym przekonaniu, że idą „wyzwalać”.

Ćwierć wieku temu, oczekiwana z wielką nadzieją przez całą ludzkość, narodziła się Organizacja Narodów Zjednoczonych. Niestety, w naszym amoralnym świecie, ona też stała się zjawiskiem amoralnym. To nie Organizacja Narodów Zjednoczonych, lecz Organizacja Zjednoczonych Rządów, gdzie równouprawnione są zarówno rządy wybrane swobodnie, jak narzucone siłą i te, co zdobyły władzę orężem. Interesowna stronniczość większości każe Organizacji dbać o wolność jednych narodów i lekceważyć jednocześnie wolność innych. Służalczym głosowaniem Organizacja odżegnała się od rozpatrywania PRYWATNYCH SKARG – jęków, krzyków i błagań poszczególnych, maleńkich ZWYKŁYCH LUDZI – istotek snać zbyt drobnych dla tak wielkiej organizacji. Najlepszego z dokumentów, uchwalonych w ciągu 25 lat – Deklaracji Praw Człowieka – ONZ nie postarała się uczynić OBOWIĄZKOWYM dla rządów WARUNKIEM członkostwa – i w ten sposób oddała drobiazg ludzki na łaskę i niełaskę nie wybranych przezeń władz.

Zdawałoby się, że oblicze dzisiejszego świata zależy całkowicie od uczonych, że wszystkie techniczne posunięcia przez nich są decydowane. Zdawałoby się, że właśnie od światowej wspólnoty naukowców, nie zaś od polityków, zależeć powinno, dokąd świat ma kroczyć. Tym bardziej że przykład dawany przez niektórych z nich świadczy, ile mogliby zrobić działając wspólnie. Otóź nie, uczeni nie przedsięwzięli zdecydowanej próby zostania ważną, samodzielnie działającą siłą. Całymi kongresami odwracają się w panice od cudzych cierpień; wygodniej wszak nie wykraczać poza granice nauki. Wciąż ten sam duch Monachium rozpostarł nad nimi swoje dławiące skrzydła.

Jakaż tedy jest rola i miejsce pisarza w tym srogim, dynamicznym, grożącym eksplozją świecie? Toć my nie wysyłamy żadnych rakiet, nie ciągniemy nawet najlichszego jaszcza, toteż mają nas w pogardzie ci, co liczą się tylko z materialną siłą. Czy nie godzi się nam także wycofać się, porzucić wiarę w niezachwianą siłę dobra, w niepodzielność prawdy i zwierzać światu półgębkiem tylko nasze gorzkie żale – jak beznadziejnie spaczone jest człowieczeństwo, jak zmarnieli ludzie i jak trudno wytrzymać wśród nich subtelnym pięknoduchom?

Ale i tej ucieczki – nie mamy. Skoro człowiek raz wziął się za pióro, już potem nigdy nie zdoła się uchylić: pisarz nie jest żadnym postronnym sędzią swoich współczesnych, swoich współobywateli, jest natomiast współwinowajcą całego tego zła, które wyrządzone zostało w jego ojczyźnie, albo przez jego naród. I jeżeli czołgi jego kraju zalały krwią asfalt cudzej stolicy – to bure plamy na zawsze już znaczyć będą twarz pisarza. I jeśli jakiejś fatalnej nocy zaduszono we śnie ufnego Przyjaciela, także na rękach pisarza ten sznur zostawił sine pasma. I jeżeli młodzi jego rodacy bezceremonialnie głoszą wyższość rozpasania nad skromnym trudem, oddają się narkomanii albo porywają ZAKŁADNIKÓW – to smród ten miesza się z oddechem pisarza.

Czy ośmielimy się twierdzić, że nie my odpowiadamy za plagi współczesnego świata?

Do góry

7.

Z tym wszystkim – dodaje mi otuchy żywe poczucie istnienia LITERATURY ŚWIATOWEJ jako jednego wielkiego serca tłukącego się w świadomości trosk i nieszczęść naszego świata, choć pod każdą szerokością widzi się je i przedstawia odmiennie.

Obok odwiecznych piśmiennictw narodowych, już w dawnych wiekach istniało pojęcie literatury światowej – jako hiperboli przebiegającej wzdłuż szczytów narodowych literatur i jako całokształtu wzajemnych wpływów literackich. Ale działał czynnik opóźniający: czytelnicy i pisarze poznawali obcych pisarzy z opóźnieniem, nieraz wiekowym, tak że owe wpływy wzajemne też były spóźnione i hiperbola łącząca odległe szczyty stawała się widoczna dopiero dla potomków, nie dla współczesnych.

Dziś zaś między pisarzami jednego kraju a pisarzami, i czytelnikami, drugiego istnieje wzajemne oddziaływanie, widoczne jeśli nie natychmiast, to nader szybko – i ja sam doświadczam tego na sobie. Nie drukowane, niestety, u nas w kraju moje książki, mimo źe tłumaczono je w pośpiechu i często marnie – szybko znalazły sobie przychylnych czytelników w świecie. Krytycznym omówieniem tych książek zajęli się tak wybitni pisarze Zachodu, jak Heinrich Bóll. Jeżeli w ciągu tych ostatnich lat moja praca i moja wolność nie zostały obrócone w niwecz – zawieszone, wbrew prawom ciążenia, w powietrzu, jakby NICZYM nie podtrzymane – to dlatego, że podtrzymywała je niema, naciągnięta struna społecznej sympatii. Wtedy to z gorącą wdzięcznością przyjąłem zupełnie nieoczekiwane dla mnie dowody poparcia ze strony międzynarodowego bractwa pisarzy. W dniu mojego pięćdziesięciolecia wprawiły mnie w zdumienie powinszowania nadesłane przez znakomitych pisarzy Europy. Żadne naciski, których byłem przedmiotem, nie uchodziły odtąd uwagi publicznej. W ciągu groźnych dla mnie tygodni, gdy usuwano mnie ze związku literatów, MUR OBRONNY wzniesiony przez wybitnych pisarzy innych krajów uchronił mnie przed jeszcze gorszymi prześladowaniami, a norwescy literaci i artyści szykowali dla mnie gościnne schronienie na wypadek grożącego mi wygnania z mojej ojczyzny. A wreszcie moją kandydaturę do Nagrody Nobla wysunięto nie w kraju, gdzie mieszkam i piszę, lecz uczynił to François Mauriac ze swoimi kolegami. A później jeszcze całe literackie związki różnych krajów wyraziły mi poparcie.

W ten sposób zrozumiałem i doświadczyłem sam, źe pojęcie literatury światowej to już nie oderwana hiperbola, już nie abstrakcyjny termin ukuty przez literaturoznawców, ale jedno ciało i jeden duch, żywa wspólnota serc, w której znajduje odbicie rosnąca jedność duchowa ludzkości. Jeszcze czerwienią się granice państw rozżarzone prądem biegnącym po drutach kolczastych i seriami z automatów, jeszcze tu i ówdzie ministerstwa spraw wewnętrznych utrzymują, że również literatura jest „wewnętrzną sprawą” podległych im krajów, jeszcze wybija się w gazetowych nagłówkach: „wara im wtrącać się do naszych wewnętrznych spraw!”, a tymczasem żadnych WEWNĘTRZNYCH SPRAW już na naszej ciasnej ziemi nie ma! I ratunek ludzkości zależy tylko od tego, ażeby każda sprawa była sprawą wszystkich ludzi: aby ludziom Wschodu nie było całkowicie obojętne, co o nich myślą na Zachodzie; aby ludziom Zachodu nie całkiem było obojętne, co dzieje się na Wschodzie. I literatura piękna jako jedno z najczulszych, najsubtelniejszych narzędzi, jakimi człowiek rozporządza, omal czy nie pierwsza już przyswoiła sobie, opanowała i przekazała dalej to uczucie rosnącej jedności człowieczeństwa. I oto ja z całym przekonaniem zwracam się dziś do przedstawicieli współczesnej literatury światowej, do setek przyjaciół, których nigdy nie poznałem osobiście i być może nigdy nie ujrzę.

Przyjaciele! Spróbujmy wziąć się do dzieła, jeżeli jesteśmy coś warci! W poszczególnych krajach, rozdzieranych przez dysharmonię między partiami, ruchami społecznymi, kastami i grupami, któż był od wieków siłą nie dzielącą, lecz łączącą? Sama istota pisarskiej pracy czyni z nas rzeczników i narodowego języka, który jest główną spójnią narodu, i samej ziemi przez ów naród zamieszkałej, a – w szczególnych okolicznościach – również spoiwem duszy narodowęj.

Myślę, że piśmiennictwo światowe jest w stanie w tych groźnych dla ludzkości dniach dopomóc jej poznać własne jej oblicze – wbrew temu, co powtarzają stronniczy ludzie oraz ich partie: jest w stanie przenieść esencję doświadczenia zdobytego przez jedne kraje do drugich, tak aby przestało nam się dwoić i troić w oczach, aby podziałki rozmaitych skal etycznych stały się współmierne i aby dzieje jednych narodów zostały w sposób rzetelny i zwięzły doprowadzone do świadomości innych z taką dobitnością i bolesną ostrością, jakby ci inni sami to przeżyli, i aby w ten sposób uchronieni zostali od powtarzania starych błędów. A my sami, być może, zdołamy rozwinąć w sobie zdolność w i d z e n i a g 1 o b a 1 n e g o: w centrum pola widzenia, jak to z każdym bywa, mając to, co bliskie – kątem oka zaczniemy postrzegać także i to, co się w reszcie świata dzieje. Gdy zdobędziemy się na porównanie, zyskamy pojęcie o proporcjach wydarzeń.

I któż inny, jeśli nie pisarze, powiedzieć ma słowa gorzkiej prawdy nie tylko swoim niefortunnym władcom (są państwa, w których jest to zajęcie najmniej kłopotliwe; bierze się do niego każdy, kto ma chęć), lecz także – własnemu społeczeństwu, jeśli grzeszy tchórzliwą pokorą albo samouwielbieniem maskującym słabość, a również skorej do łatwych przeskoków młodzieży i niedorosłym piratom ze wzniesionymi do ciosu nożami?

Ktoś nam odpowie: co poradzi literatura przeciw bezlitosnemu natarciu otwartej przemocy? Nie zapominajmy wszelako, że przemoc nie jest sama, bo nie potrafi sama utrzymać się przy życiu: koniecznie musi być spleciona z KŁAMSTWEM. Istnieje między nimi związek krwi, związek najgłębszy i najbardziej naturalny. Przemoc niczym prócz kłamstwa nie może się osłonić, a kłamstwo nie utrzyma się inaczej niż w oparciu o przemoc. Każdy, kto przyjął kiedyś przemoc jako swoją METODlr, skazany jest nieuchronnie na to, aby przyjąć kłamstwo jako swoją ZASADĘ. W pierwszej chwili przemoc działa z otwartą przyłbicą i nawet jest z siebie dumna. Ale ledwie umocni się i poczuje się pewniej – już odczuwa, że powietrze dookoła niej rzednie i że nie sposób utrzymać się dalej przy życiu inaczej, jak okadzając się kłamstwem, osłaniając się za jego słodkimi pieniami. Przemoc nie zawsze już dobiera się ludziom wprost do gardła, częściej teraz żąda od poddanych tylko świętej zgody na fałsz, tylko uczestnictwa w kłamstwie.

I stąd najprostszym krokiem prostego, mężnego człowieka jest – nie przykładać ręki do fałszu – nie popierać akcji opartych na kłamstwie! Niech tam t o przenika w głąb świata, niech nawet w nim panuje – ale nie za moją sprawą. Pisarzom zaś i artystom więcej jest dane: mogą POKONAĆ KŁAMSTWO! W walce z fałszem sztuka zawsze zwyciężała, zawsze zwycięża! Widomie, w sposób niezbity! Jest wiele rzeczy w świecie, którym fałsz może się oprzeć – ale przecież nie sztuce.

I gdy tylko fałsz się rozwieje – odsłoni się cała naga ohyda przemocy i strupieszały gwałt rozpadnie się w proch.

Oto dlaczego, przyjaciele, sądzę, że zdolni jesteśmy dopomóc światu w tej gorącej chwili. Nie zasłaniać się bezbronnością, nie składać dani życiowej beztrosce, ale podjąć walkę!

PRAWDA jest ulubioną bohaterką rosyjskich przysłów. Wielkie i ciężkie doświadczenia ludu wyrażają one nadzwyczaj dobitnie, a niekiedy w sposób aż uderzający:

JEDNO SŁOWO PRAWDY CAŁY ŚWIAT ZA SOBĄ POCIĄGNIE.

Na takim oto, pozornie fantastycznym odchyleniu od prawa zachowania masy i energii oparta jest i moja własna działalność i ten oto mój apel do pisarzy całego świata.

Do góry

Leave a Reply

  

  

  

Proszę pozostawić te dwa pola tak jak są: