Archiwa

Święty Idiota, Poeta, Człowiek

aut. Dagmara Stanosz

„(…)mocno przywiązany do drzewa
dokładnie odarty ze skóry
Marsjasz
krzyczy
zanim krzyk dojdzie
do jego wysokich uszu
wypoczywa w cieniu tego krzyku 
wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument
(…)”


 

[ Zbigniew Herbert, Apollo i Marsjasz] 

    Piękno, duchowość, harmonia, ład, rozum i czucie, subtelność, przenikliwość, dojrzałość. Na przeciwległym biegunie – brzydota, ciało, rozpad, chaos, szaleństwo, gwałt, wściekłość, bunt.  Apollo i Marsjasz na równych wobec siebie szalkach. Z tą tylko może różnicą, że w Marsjaszu przeczuwa się obecność Apolla, natomiast Apollo brzydzi się, wyszydza lub w najlepszym wypadku traktuje pobłażliwie Marsjasza. Pierwszy wygrywa tkliwe nuty, drugi, przegrany podstępem, zawieszony na sośnie krzyczy z głębi trzewi. Pierwszy z orszaku Narcyza, drugi Dionizosa – obaj opowiadają świat. 

     Mniejszością są ci, którzy nie potrzebują lub odrzucają lirę, świadcząc sobą, i tą mniejszość epitetuje się potem mianem : wariatów,  szaleńców, kaskaderów życia i sztuki, legendarnych i tragicznych, obrazoburczych, wyklętych, Jurodiwych -  Marsjaszy.   

„Wybrałeś życie jurodiwego – zamknij więc usta swoje”

    Pomyleniec boży  wbiegający nago do cerkwi, bosy, rozczochrany, wykrzykujący  niezrozumiałe słowa, przedrzeźniający tłum, opasający się w Wielki Post kiełbasą, śpiący na śmietnikach, wtulony w sierść bezdomnych psów, ostentacyjnie egzystujący wśród podporządkowanej określonym normom społeczności – Jurodiwy. 

Jurodstwo, sięgające korzeniami czasów Bizancjum z okresu ok. VI. wieku, stało się w późniejszych wiekach powszechnym zjawiskiem prawosławnej Rusi i nieodłączną częścią jej kultury religijnej. Świadectwem tego jest 36 Jurodiwych wymienianych  w  oficjalnej hagiografii prawosławnej(do niekanonizowanych  należą  również : Iwan Groźny i Grigorij Rasputin). „Chrystusowi szaleńcy”  ujawniali się zawsze w miejscach tłumnych, szczególnie świętych, czyniąc z własnej osoby swoisty spektakl – teatrum psychosis – w którym ów tłum miał przejrzeć się, jak w krzywym zwierciadle- w nieakceptowanym, absurdalnym, łamiącym normy, konwenanse, bluźnierczym zachowaniu – dojrzeć własną obłudę, przywary, pychę, małostkowość i nędzę duchową.  W istocie Jurodiwi nie byli obłąkani. Nie  udawali też szaleństwa, a raczej wchodzili w rolę – tego, który przychodząc, jako pielgrzym – obcy i naznaczony boskością – w żarliwy i ekstatyczny sposób pokazuje prawdę o ludzkim świecie. Jurodiwy znikał na noc, by rankiem znów pojawić się wśród ludu, milczeć wśród jego gadaniny, nie mówić, a przemawiać -  mistyką obłędu, stając się świętym medium pomiędzy ziemskim padołem, a Bogiem.

    W literaturze rosyjskiej postać Jurodiwego pojawia się u Aleksandra Puszkina („Borys Godunow”), Lwa Tołstoja  („Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość”), pośrednio również w rysach psychologicznych bohaterów Dostojewskiego.  Postacią o podobnie znaczących cechach -społecznego odszczepienia i kontaktu z boskością- a nie związaną z religijnym zjawiskiem jurodstwa byli- również na polskim gruncie – wędrowni dziadowie- lirnicy- naznaczeni umyślnym kalectwem i ślepotą. Przejmujący obraz ich życia można odnaleźć w utworach Tadeusza Nowaka (szczególnie powieść „Wniebogłosy”).

Co łączy Jurodiwego z mitologiczną postacią Marsjasza? Świadectwo dawane całym sobą- duchem i ciałem, widowisko, które nie jest igraszką czciciela form – aktora, artysty, piewcy religii – ale autentyczną wypowiedzią, świadczoną nie samą literą, lecz życiem. Nagość, samookaleczenie, asceza, ekscentryczne zachowania na granicy obłędu, wydawanie z siebie niedorzecznych artykulacji, by poruszyć emocje i myśli ludu miały określony cel i nosiły cechy proroctwa.  Cechy przypisywane, mającemu proweniencję religijną – Jurodiwemu i mitologicznej postaci Marsjasza, symbolizujących tutaj określony stan ducha i sposób obecności wśród ludzi, są dla mnie przyczynkiem do refleksji literackich- w miejscach, gdzie czysty warsztat, ustępuje miejsca  „bebechom” zwykłej egzystencji, anomaliom bycia i wypowiedzi w określonym konwencjami światku.

 

Poets maudits  „Uwierzę tylko w takiego Boga, który potrafi tańczyć”   

    Szalony prorok – wędrowiec, gorszący tłum, to również nietzscheańskie wcielenie  Zaratustry. Negacja pasywnego boga jest jednocześnie wiarą w siłę ludzkiego ducha – tego, który przewartościowuje tradycje, burzy i poszukuje, dążąc ku – nadczłowiekowi.

Nihilizm, a przede wszystkim egzystencjalizm stworzył podłoże filozoficzne, którego głównym podmiotem jest człowiek, jego codzienna egzystencja i przeznaczenie. Wedle egzystencjalistów, człowiek jest tym, kim sam się stwarza- w życiu, poprzez czyny, nie wyobrażenia o sobie i boską ingerencję, czy predestynację.  Twórczość tak zwanych poetów „przeklętych” jawi się na kanwie tej właśnie filozofii, chociaż , rzecz jasna , nie jest jej programową realizacją.  Można by tu wymienić wiele nazwisk, wpisanych w kanon

„poets maudits”- życiorysów całkowicie odmiennych, dla których jedynym spoiwem była autentyczność postawy twórczej, zbieżnej z życiem osobistym, niejednokrotnie skandalicznym lub tragicznym-  Franciszek Villon, Charles Baudleaire, Artur Rimbaud, Mallarme, Radiguet i ich polscy następcy, by wymienić tylko tych najbardziej znanych: Stanisław Przybyszewski (Smutny Szatan), Stanisław Korab Brzozowski, czy Georg Trakl,

z młodszego pokolenia natomiast :  Andrzej Bursa, Halina Poświatowska, Rafał Wojaczek, Stanisław Grochowiak, Edward Stachura, Kazimierz Ratoń, Marian Ośniałowski, Stanisław Swen Czachorowski, Stanisław Czycz, Ryszard Milczewski Bruno, Andrzej Babiński, Włodzimierz Szymanowicz, Jan Rybowicz.

Dziwnie jest w takim temacie sypać z rękawa nazwiskami, podobnie jak tworzyć literackie kanony samobójców. Wybrane przeze mnie sylwetki i twórczość dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą poetów – Edwarda Stachury i Andrzeja Babińskiego- kryją poezję napiętnowaną misją,  obłędem i krzykiem- rzec by można – poezję bez akompaniamentu.

Edward Stachura – „ Idę, bo duch mnie opętał”

    Na temat twórczości Edwarda Stachury napisano i wydrukowano nie mało i z różnych stron branych – analiz literackich, filozoficznych, biograficznych. Poeta miał tyluż zwolenników, a także- patrząc na  zjawisko stachuromanii końca lat siedemdziesiątych -  wyznawców, co  sceptyków twórczości. Dla jednych  na gitarę, dla innych jako opium, drogowskaz na życie, dla jeszcze innych jawił się jako – Św. Franciszek w dżinsach, „grafoman i nic z tego nie będzie” (wczesna opinia Juliana Przybosia), autor flower eseji, poeta autentyczny( Tadeusz Kłak),  ten, który opanował technikę konstruowania zdań zachwyconych i zachwycających

(Skrzyposzek), siewca plew, psychicznie rozhisteryzowana baba, sentymentalny błazen, autor rozględzonej prozy i słabych wierszy, żałosny prorok (Jan Marx). Przytaczam te opinie, jako jedne z wielu, ale nie dlatego, że są w jakiś sposób ważniejsze, bardziej istotne. Przeciwnie, każda jest zaledwie wyrywkiem, jakby jednym krokiem z drogi poszukiwań pisarza. Ocenianie li tylko twórczości, zakładając (za opinią Jana Marxa), że krytyka i czytelnika interesują – wiersze poety- a nie to, co dzieje się w jego umyśle, wydaje się trochę pyszałkowatą ambicją, pozbawioną do tego podstaw, bo każdy krytyk „babrze się” w życiorysie twórcy, aby ową twórczość zrozumieć. W wypadku autora, który nie szczędząc co prawda automitologizacji, ale jednak  wyznaczając za cel szukanie spójności między życiem, a pisaniem- używając tu określenia Henryka Berezy – „życiopisaniem”, traktując je jako naczelną zasadę poszukiwań twórczych, które krętymi drogami doprowadziły Stachurę do obłędu i śmierci- opinia ta wydaje się mocno chybiona. Świadectwem jest tutaj sama twórczość i jej chronologiczne, wynikające z życia przemiany.  

Naturalizm, witalizm i filozofia zachwytu  opowiadań i  powieści ustępuje miejsca filozoficznemu mesjanizmowi ujawnionemu w „Fabula Razie” i „Oto”. Utwory te były pisane podczas ciężkiej, trwającej ponad siedem lat choroby psychicznej autora, przez którą  przebywał kilkakrotnie na leczeniu w szpitalu w Drewnicy. Choroby przerwanej dwukrotnie – wypadkiem, po którym powstały najbardziej wstrząsające utwory „pięcioksiągu”, demitologizujące cały trud poszukiwań „życia jako poezji” – „Pogodzić się ze światem” i  przedśmiertny „List do pozostałych”- i tragiczną śmiercią poety. W lipcu 1979 roku Stachura odebrał sobie życie.

„Missa Pagana” -to tytuł sugestywnie  obrazujący  idee, jak i samo życie  poety – pielgrzyma.

Wydany pośmiertnie dżinsowy pięcioksiąg jest doświadczeniem podróży przez kolejne alter ego autora. W twórczości Stachury jest coś osobnego i sądzę , że odkrywa się ją wielokrotnie – niejako do niej dorasta- bo wykracza  poza literaturę, tak jak przyjął w swoim credo autor. To też tłumaczy legendę i stachuromanię młodego pokolenia, konsekwentnie promowaną podczas odbywających się w całym kraju „Stachuriad”, które – nie ukrywajmy- przerysowały portret poety na podszytego wiatrem wagabundę, jakim przecież nie był. Twórczość Stachury wydaje się należeć do tej, którą ogarnia się całościowo, kontekstowo, nie ma tu utworów całkowicie odrębnych, nie powiązanych z innymi, z czegoś nie wynikających. Samodzielna lektura piosenek trąci banałem i turystyczno-ogniskową „estradą”, ale czytana na tle całości, nabiera sensu. Jako jedne z bardzo niewielu , utwory Stachury- wiersze, poematy, powieści, opowiadania – mają powiązanie  z czymś spoza litery i to jest ich siłą – zarówno napędzającą legendę i modę na „stachurowanie”, jak i wyróżnikiem znaczącego pisarstwa. 

Trudniej zobaczyć idee, niż ich cienie, bo dla nieprzywykłych do światła, widok grozi utratą wzroku.

Andrzej Babiński -„ nie ja jeden ją sprawdzam”

    Poezja Babińskiego to uporczywe kłócenie się  z tym światem, szarpanie z życiem i śmiercią, realizmem i surrealizmem własnych projekcji i wyobrażeń – mówienie ziemi – waruj, leż, gdy ona warczy i się jeży.  W obliczu lektury wierszy cała legenda skandalisty przestaje wzruszać, zdaje się normalnością – tragiczną i poruszającą, ale normalnością, bo nadwrażliwość w tym świecie nie może się  ujawniać inaczej niż poprzez neurozę lub eksces. 

„ Chciałeś się zmierzyć – powstrzymał ramię widnokrąg
pięścią zagrozić – współczuł ci człowiek
wydostać się z widnokręgu – osaczyła Cię matnia
i tyle światełek się pali w oknach wariatów – nie wyrastaj postacią
Po dziś ślepym i pomylonym przyznaje się rację
więc gdzie odejść?
chciałeś iść i chodzić, jak zegar tej epoki – lecz
nie ja jeden ją sprawdzam
ja z  nią jak Buksiak na Ratuszowym Zegarze
… jak trudno godzić się z tym, co nas zabiło i co w nas zamarło
jak trudno być  z człowieka, gdy ogarnęła nas niemość i pustka
ale… gdy ptaka nad grobem w przerażeniu zamierał śpiew…
to dopiero zaczynał się mój… najczystszy i najpiękniejszy
milcz: warta świateł
milcz: biegnij szybciej trzymając znicz”
 

Wiersze poznańskiego poety miały śmierć na przysłowiowym ramieniu. Znicz zapalony za życia, gaszony wiatrem i znów zapalany.  

„lepiej nie żyć niż tak się staczać i z ciężaru staczania wydźwigać
lepiej nie żyć niż tak się zderzyć  z tym globem
jakem ja się zderzył”

 

Pesymizm, zwątpienie, obłęd, uwarunkowany chorobą psychiczną, ukazują się tutaj jako siła, która  popycha do przodu, jak konieczność coraz to szybszego zbliżania się do wnętrza  obsesji, lęków, urojeń, dyktowanych wrażliwością spiętą z realizmem i wyobraźnią światów znanych jedynie poecie.    

„ Może trzeba iść z zasłoniętymi oczami ale iść szybciej
Szybciej. Szybciej. Bo może czeka zagłada w tej otchłani”
 

Galop samodestrukcji, nie „wymyślonej”, wpisanej w kanon poezji śmierci i pesymizmu, ale będącej wyrokiem – osobowości, wrażliwości i choroby. Śledząc poezje Babińskiego ma się wrażenie, że poeta był tego ślepego zaułka świadomy, skazany na siebie.  

„Tak się cały rozpadam jak fontanna na wszystkie strony” 

Trudno by jednak szukać w tej poezji czystego patosu formy, raczej spójnych ze sławą skandalisty „ obrazoburczych” podkreśleń, spostrzeżeń i wnikliwego przestrajania rzeczywistości na język poezji.  

„Rozglądam się wokół mnie kula Słońca
gubiąc garstkę płomieni
szemrze strumyk pod kładką
słońce które masz rozwagę nałóż mi na palec
pierścionek zaręczynowy
a ziemia już nie matką
ziemią moją dobrą siostrzyczką
a gdy widzę każda ławka parkowa ma powyrywane listwy
to co mam pomyśleć: Były takie że można im kołki w dupie łamać
czy co?- wpadam w gniew”
 

Andrzej Babiński popełnił samobójstwo skacząc  z poznańskiego wiaduktu.

Rzeczywistość nie sprawdziła się. Wyobcowanie i szaleństwo duszy jest żerem dla poezji – tej nad którą kołują sępy, przeczuwając słabość kapłanów.

Czternaście lat przed śmiercią poeta napisał: 

„Przedłużam dni ostatnie
O następny ziemi wstrząs pod chmurą
Ogarniam ten widok lecz żyć już nie pragnę
Ręka odtrąca pióro”

 

Zapamiętany jako ekscentryk, skandalista, niezrównoważony, ale i wybitny poeta. Naznaczony piętnem szaleństwa, śmierci i poezji, a więc granicy bliskiej szarlataństwa lub boskości. Przeklęty? Obdarty ze skóry, bo prawdziwy, próbujący dać świadectwo swojego mierzenia się ze światem. Świecki  Jurodiwy, poeta bez liry, czerpiący może nie jak Grochowiak, z mięsa, ale z zapalonych  nerwów, inkaustu szaleństwa.

Kaspar Hauser – „Czy słyszycie ten krzyk, który zwykliście nazywać ciszą?”

      Jurodiwy wyreżyserowanym szaleństwem demaskował obłęd głupoty motłochu.
Wchodził w tłum jako lustro. Historia Kaspera Hausera – zagadkowego  16 latka, który w 1828 pojawił się na rynku w Norymberdze jako dzika niemowa, znajda, nieprzystosowana do życia wśród ludzi, nie znająca zupełnie świata kultury, w różnych odsłonach jawi się jako psychologiczne lustro człowieczeństwa, a sam Kasper i proces jego akulturacji  demaskuje społeczną obłudę i tegoż człowieczeństwa, na wielu poziomach, choć niewidoczne dla ludzi -  uszczerbki. Obcość jest widowiskowa – jeśli przeraża- budzi strach, jeśli zachwyca – respekt, jeśli jest bezbronna -  wywyższa demony.
Postać i życie Kaspera Hausera opisane przez Jakuba Wassermanna5 stanowi przyczynek do wielu zjawisk życia społecznego i jednostkowego. Kasper przybrał rangę symbolu – niewinności,  styku natury z  kulturą, szlachetnego dzikiego, dziecka , które pomimo dorosłego wieku poddaje się oswajaniu w świecie społecznym. Nieskażone nabytymi przywarami wnętrze „znajdy” stało się miarą wszelkiego utajonego zła, istniejącego pośród ludzi, ale dla nich samych już niewidzialnego – kłamstwa, obłudy, skostniałej tradycji, konwenansu, manipulacji, pragmatyzmu i scjentyzmu, który nie oszczędza najbardziej odległych zasięgu jego narzędzi zjawisk. Miarą wszystkich ludzkich śmiesznostek – ambicji, próżności, wścibskości, interesowności. Los Kaspera od samego początku był całkowicie zdany na łaskę ludu – musiał stać się częścią jego materialnej, społecznej i duchowej struktury poprzez ich naukę od podstaw.  Droga wrastania w kulturę okazała się zarazem drogą rozwoju osobowości człowieka, w którym muszą powoli ujawniać się ciemne- a więc również ludzkie jej strony, choć w wypadku Kaspera są to ich smugi, niuanse. Znamienne są tutaj słowa profesora Daumera – pierwszego opiekuna i nauczyciela Hausera, widzącego w swoim podopiecznym nadzieję na dowód wrodzonej szlachetności, bezwzględnej czystości i szczerości ludzkiej natury: „ Ale cud minął, pożarł go czas”. Oczekiwania były słuszne, a jednak wraz  z kolejnymi doświadczeniami i co ważniejsze – rozczarowaniami, natura „niewinnego” zaczęła przekształcać się w osobowość – mającą już żlebki tajemnic, drobnych kłamstewek, prywatności, żądz, złości, i wielu innych, naturalnych dla ludzi – negacji-. Wrastanie w świat społeczny nie zniszczyło w nim jednak  wrażliwości i ufności właściwych dziecku. Dzięki przyswojeniu kultury, możliwym stało się świadome zachowanie w sobie tego języka (intuicji?), jakże innego od reszty, i posługiwanie się nim. Tragedia losu Kacpara polega na tym, iż z góry był przesądzony, naznaczony fatum . Przetrzymywany przez lata dzieciństwa w odosobnieniu, w podziemiach, karmiony chlebem i wodą, pozbawiony kontaktu  z wszelkimi żywymi istotami, po przywróceniu go światu i wychowaniu na człowieka, znów stał się  dla tegoż świata niewygodnym. Jak każdy człowiek, był istotą historyczną, tyle, że jego historia okazała się kolidować z tą oficjalną, społeczno-polityczną.  Zniknięcie Kaspera – dziecka  miało związek z faktem dziedzictwa, którego jako domniemany przedstawiciel dynastii francuskiej (za rodziców uważa się -  księżniczkę Stefanię de Beaucharnais spokrewnioną z Napoleonem i księcia Badenii – Karola), nie mógł objąć.  Proces wzrastania, odkrywanie siebie dla świata i próba znalezienia z nim wspólnego języka, jak i sam los Kaspera nasuwa na myśl skojarzenia  z postacią Marsjasza. Oszukany, nie posługujący się wysubtelnionymi środkami wyrazu, demaskował rzeczywistość – reagując nań jak Człowiek, nie umiejący przytakiwać niezrozumiałemu ani usprawiedliwiać niczego, co intuicyjnie złe. Po kilkukrotnych próbach morderstwa, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w 1833 roku w Ansbach. Na postawionym tam pomniku widnieje napis: „Tutaj nieznany został zabity przez nieznanego”
       Zarówno twórczość,  jak i postawy społeczne, osobowości i ich losy, nie mieszczące się w ryzach społecznego kanonu poprawności, stanowią wypowiedź na temat tego świata. Nie jest to nawet echo wrażliwości, ale głos  nadwrażliwości okupionej życiem, prawie zawsze przegranej, ale zostawiającej ślad – „bagno i hymn”, jak pisał Andrzej Babiński.  

„ (…) żwirową aleją
wysadzaną bukszpanem
odchodzi zwycięzca
zastanawiając się
czy z wycia Marsjasza
nie powstanie z czasem
nowa gałąź
sztuki powiedzmy – konkretnej
nagle
pod nogi upada mu
skamieniały słowik
odwraca głowę
i widzi
że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz
jest siwe 
zupełnie”

Leave a Reply

  

  

  

Proszę pozostawić te dwa pola tak jak są: