Archiwa

CO 40 SEKUND Z POWODU SAMOTNOŚCI

UMIERA CZŁOWIEK, CZYLI NIEUMIEJĘTNOŚĆ ORAZ NIECHĘĆ NAWIĄZYWANIA KONTAKTU Z OSOBĄ POGRĄŻONĄ W SUICYDALNYCH MYŚLACH JAKO FUNDAMENTALNA PRZYCZYNA SAMOBÓJSTW

aut. Piotr Sterańczak

Człowiekiem jestem

i nic, co ludzkie

nie jest mi obce.

Terencjusz

O samobójstwie napisano już tyle książek, że z powodzeniem można by wznieść drugą piramidę, jeżeli nie Cheopsa, to przynajmniej Mykerinosa. A jednak słychać, widać i czuć niedosyt. Przekonuję się o tym z każdym kolejnym reportażem usiłującym zgłębić (a właściwie zgnębić) tematykę autodestrukcji, bo jak nazwać sytuację, w której ekipa telewizyjna wjeżdża do mieszkania kobiety, której syn odebrał sobie życie, a wykarmiony, wymyty, wyszczotkowany, opakowany w firmowy vetement „dziennikarz” pyta: jak się pani czuje, zaś drapieżne oko kamery barbarzyńsko pławi się w spływających po matczynych licach łzach; z każdym kolejnym artykułem- najczęściej autorstwa lekarza psychiatry pisanym z myślą o innych lekarzach psychiatrach; wreszcie z wypowiedziami, komentarzami, uprzedzeniami, stereotypami tzw. opinii publicznej.

Lubimy etykietować, gdyż nazywając coś niezrozumiałego, czyli budzącego grozę, wzrasta nasze poczucie bezpieczeństwa. Samobójstwo, mimo przerażającej obecności, stanowi rodzaj tabu, nie dopuszczamy go do swej świadomości, przez co przybrało zbiurokratyzowaną formę pozostając w kwestii uprawomocnionych agend: psychiatrów, pedagogów, psychologów, socjologów, antropologów, filozofów, teologów, uważających samobójstwo za swoją „własność”.

Pozwolę przerwać sobie ten wywód w celu wyjaśnienia, a raczej usprawiedliwienia potencjalnemu Czytelnikowi mojej czelności zabrania głosu w tej sprawie. Nie jestem żadnym lekarzem, ni naukowcem, jeno człowieczkiem wkraczającym w tzw. wiosnę życia (och! doprawdy piękny wiek- niech go piorun strzeli) parającym się literaturą. Jako autor mam wielki szacunek do Odbiorców i nie chciałbym, aby odnieśli wrażenie, iż zwyczajnie ich okłamuję. Problematyka samobójstw nie jest mi obca, mogę powiedzieć, choć wiem jak niewiele to znaczy, że znam ją od najmroczniejszej, szubieniczno- toksycznej strony. Oczywiście specjalistyczną wiedzę trudno przecenić, jednakże od poradnikowym teorii i schematów rodzących się w miękkich fotelach przy balsamicznym cieple diody za znacznie wiarygodniejsze, oraz po prostu bardziej ludzkie, uważam bezpośrednie relacje osób cierpiących. Bo kto potrafi piękniej mówić o skomplikowanych losach alkoholików, niż Bukowski czy Jerofiejew, albo narkomanów, niż Burroughs czy Kotański?

Zanim wrócę do myśli przewodniej, pragnę stanowczo podkreślić, że moim celem zasadniczym nie jest ustalanie gotowych recept o charakterze podręcznikowym (choć ewentualny Czytelnik może niekiedy odnieść takie wrażenie) tylko, jak już napisałem, zabranie głosu w toczącej się ponad 200 lat wielkiej dyskusji o samobójstwie.

Przyjmuje się, że samobójstwo:

a) stanowi konsekwencję skrajnie nasilonej choroby psychicznej, głównie: choroby afektywnej jedno- lub dwubiegunowej, dystymii, cyklotomii, zaburzeń urojeniowych, psychotycznych oraz schizoafektywnych, nawracających stanów schizomaniakalnodepresyjnych, izolowanych postaci fobii (agorafobia, fobia społeczna, antropofobia, dysmorfofobia), zaburzeń adaptacyjnych, zaburzeń dysocjacyjnych, chorób cywilizacyjnych (anoreksja, bulimia), chorób somatycznych, nerwic, zaburzeń osobowości (w tym osobowości mnogie), zaburzeń identyfikacji płciowej;

b) jest uwarunkowane czynnikami socjodemograficznymi: rasą, płcią, wiekiem, klasą społeczną, bezdomnością, przejściem na emeryturę, samotnością, izolacją więzienną, służbą wojskową;

c) jest wynikiem traumatycznych przeżyć: wypadek, śmierć bliskiej osoby, utrata sympatii, pracy, wykryciem nowotworu lub wirusa HIV;

d) jest rezultatem dezintegracji życia społecznego, np. anomia;

e) stanowi efekt ideologicznych pobudek: samobójcze zamachy terrorystyczne, samospalenia dokonywane przez tybetańskich mnichów;

f) jest zdeterminowane aspektami kulturowymi: samobójstwa honorowe, np. seppuku, samobójstwa altruistyczne, będące wynikiem silnej więzi ze społeczeństwem, np. piloci kamikaze, grupowe samobójstwa uzgadniane przez Internet;

g) wywodzi się z doktryny niektórych sekt, np. rytualne samobójstwa członków danej grupy wyznaniowej, samobójstwa zbiorowe jako droga do zjednoczenia się z bóstwem.

Widać zatem jak trudną do ogarnięcia jest problematyka samobójstw. A informacji wciąż przybywa. Permanentnie wzrasta liczba pytań, zaś odpowiedzi często zawierają wiele nieścisłości i błędów. Oto znaleźliśmy się w wewnątrz kolosalnej bazy danych, lecz nie potrafimy ich przetworzyć.

Psychiatrzy, wybierając drogę na skróty, jednogłośnie oświadczają, jakoby bezpośrednią przyczyną samobójstw była depresja. Samo słowo depresja budzi wiele wątpliwości, ponieważ media z bezmyślnym uporem nadużywają go do tego stopnia, że w rezultacie nic już nie znaczy. XXI wiek epidemią depresji- słychać zewsząd. To wierutna bzdura. Zgodnie z najnowszą i najobszerniejszą publikacją naukową autorstwa Petera Kramera depresja nie oznacza głębokiego smutku czy reakcji na tragiczne wydarzenie tylko poważną chorobę mózgu, gdzie, mówiąc oględnie, takie substancje jak serotonina, noradrenalina, dopamina nie wydzielają się w dostatecznej ilości albo wywierają inne od oczekiwanego działanie. A więc mechanizmy powstawania i metody leczenia depresji można badać identycznie jak cukrzycę, raka, czy udar mózgu.

Nasuwa się pytanie: skoro pierwotne przyczyny depresji związane są z nieprawidłowym funkcjonowaniem mózgu, to czy samobójca jest w pełni świadom nieprawidłowości swego postępowania? Myślę, że bez zająknięcia należy odpowiedzieć twierdząco. Chorzy na depresję nie cierpią na urojenia, bądź halucynacje, owszem, diametralnie zmienia się sposób postrzegania przez nich rzeczywistości, są pesymistyczni, ponurzy, apatyczni, jednakże rozumieją treść przekazywanych doń informacji, choć nie potrafią zareagować emocjonalnie. Podejmowanie próby autodestrukcyjnej pochodzi z wolnego wyboru, cierpiący jest świadom tego, co robi oraz skutków, jakie niesie dalsze postępowanie. Świadczą o tym przede wszystkim samobójstwa misternie zaplanowane. Z drugiej strony lekarze głośno apelują, że to wyniszczająca depresja zmusza chorego do samounicestwienia, podobnie jak w przypadku pacjenta, umierającego na raka które wie, że koniec jest bliski, ale nie może tego zmienić.

Mimo powyższej argumentacji uważam, kolokwialnie mówiąc, pójście na łatwiznę uznając depresję za drogowskaz do samobójstwa. Tak naprawdę to współczesna cywilizacja wyodrębniła pewne typy zachowań nazywając je chorobami, np. epilepsję przypisywano w wiekach średnich działaniu szatana. Przez takie podejście mamy paradoksalnie więcej ludzi cierpiących, lecz żywię nadzieję, że mniej nieszczęśliwych. Natomiast warto się zastanowić, czy powierzanie egzystencjalnych konfliktów medycynie, która przecież skupia się na diagnozie i metodach leczenia (a więc ma charakter masowy) nie oddala nas od człowieka. Twierdzenia: Cóż bowiem mogą oni[czytelnicy] poradzić na to, że np. ktoś popełnia samobójstwo [...] Co do mnie to proponuję od dawna, aby dać sobie z tym spokój [...]nie należy obarczać się winą za to, że akurat się śmiejemy, gdy ktoś ginie z rozpaczy- cóż, po prostu nie wiemy o tym i nie mamy na to wpływu – znamy po prostu zbyt dobrze.

Jesteśmy przyzwyczajeni myśleć o niewielkich grupach: o rodzinie, o plemionach, o społeczeństwach [...] bardzo trudno jest nam zrozumieć, że każdy z nas jest jednostką połączoną z innymi ludźmi, że prowadzi do nas wiele nici i łączy, które rozgałęziają się w każdym kierunku. Wielu osobom trudno jest zaakceptować taką rzeczywistość [...]. To najprawdziwsza i najtragiczniejsza przepowiednia naszych czasów.

Oczywiście temat samobójstwa podejmowało również wielu myślicieli. Jeden z wybitniejszych ostatniego półwiecza- Albert Camus- uznał samobójstwo w Micie Syzyfa za kluczowy problem filozoficzny. I, jak na filozofa z krwi i kości przystało, podszedł do niego w sposób matematyczny zadowalając się logicznym (?) wyjaśnieniem.

Literatura dostarcza całą galerię portretów samobójców, acz żaden z nich, moim zdaniem, nie został przedstawiony ani wystarczająco konsekwentnie, ani wystarczająco wnikliwie. Bohatera epistolarnej powieści Goethego doprowadza do samounicestwienia nieszczęśliwa miłość oraz tzw. Weltschmerz, a są to zaledwie dwa spośród wielu innych, równolegle występujących przyczyn, które prowadzą do samobójczych konstatacji.

Postać Wertera wsiąkła do europejskiej kultury (przynajmniej jej zachodniej części) stając się legendą, archetypem, wzorcem do naśladowania. Po opublikowaniu książki w 1774 roku zarejestrowano masowe samobójstwa młodych mężczyzn. Socjolog David Philips wprowadził w 1974 roku termin o nazwie „Efekt Wertera” udowadniając, że nagłaśnianie w mediach samobójstwa znanej persony wywołuje serię podobnych samobójstw naśladowczych. Ta romantyczna, ale jakże współczesna, koncepcja wywołuje we mnie uśmiech politowania, tym bardziej, że tzw. konformizm informacyjny, czyli skłonność do traktowania cudzych zachowań, jako wskazówek dla własnego postępowania jest głównym współczynnikiem dyskryminowania samobójców przez ich oponentów. Na pewno dzieło Goethego i piosenka Ponura niedziela węgierskiego kompozytora Rezső Seressa fascynowały samobójców, ale w żadnym wypadku nie były impulsem do podjęcia zamachu na własne życie.

Cóż zatem prowadzi do samobójstwa? Chyba nikt nie potrafi udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi. Samobójstwo stanowi złożony problem, związany jest z najbardziej ludzkimi przymiotami: psychiką, świadomością, tożsamością, emocjonalnością, uczuciowością i wymaga indywidualnego podejścia do każdego przypadku. Na pewno przyczyn należy doszukiwać się w biologicznym mechanizmie, wychowaniu i środowisku. Myślę, że samounicestwienie jest wynikiem splotu motywów, niemożnością trwania dłużej w danej sytuacji. To pragnienie przestania dalej czuć, bycia smutnym, bycia obserwowanym, bycia w ogóle, wiecznego snu. Kumulacja negatywnych przeżyć: brak wiary w siebie, kompleks niższości, brak uczuciowej aprobaty, brak zakotwiczenia w świecie, poczucie własnej nieużyteczności we wszechświecie, zamknięta przyszłość- to wszystko staje się ciężarem nie do udźwignięcia. „Umiera się, ponieważ nie mogło się żyć”- mawiał Seneka. Jeżeli silne pragnienie bycia sobą natrafia na bezwzględny opór, przemienia się w pragnienie śmierci.

Wartą uwagi publikacją jest „Diagnoza ryzyka samobójstwa” Jarosława Stukana, wydana w tym roku. Autor obala przyjęte mity, m.in. nie zgadza się, iż depresja czy życiowe niepowodzenia prowadzą do autodestrukcji, chociaż, przy aktualnej wiedzy o człowieku, może odpychać zastosowane przez niego podejście psychoanalityczne.

Samobójstwo należy do podstawowych problemów współczesnego świata. Rokrocznie w Polsce odbiera sobie życie około 4000 ludzi- to prawie tyle, ile wynosi śmiertelna liczba wypadków drogowych. Co piątym samobójcą jest kobieta. Kobiety częściej podejmują próby, mężczyźni zaś częściej je dokonują. Można ten fakt tłumaczyć tym, iż mężczyzna, a raczej jego mit szufladkujący go takimi cechami, jak: siła fizyczna, racjonalizm, zdolności przywódcze, dążenie do władzy, powoduje wstyd przed udaniem się do psychiatry.

Liczba samobójstw będzie nieprzerwanie wzrastać, jeżeli nie otrząśniemy się z egotycznego letargu narzuconego przez media, komercję, konsumpcjonizm, zakupoholizm. Epoka, w której przyszło nam istnieć, jest swoistym wirem paradoksów. Humanizm, jak nigdy wcześniej, wartościuje człowieka, nauki społeczne, psychologiczne, pedagogiczne, filozofia, medycyna osiągnęły niemalże (?) szczyt rozwoju, byliśmy świadkami urzeczywistnienia najpotworniejszych ludzkich (!) fantazji: obozy pracy, obozy koncentracyjne, Holocaust, publiczne egzekucje, lincze, tzw. „czystki rasistowsko- etniczne”, morderstwa masowe, morderstwa seryjne, dlatego powinniśmy dysponować olbrzymim doświadczeniem, a jednak, jakże często przekonuję się, że w sferze duchowo- moralnej ani o cal nie odeszliśmy od naszych przodków oklaskujących walki gladiatorów i pogromy chrześcijan. Wcale nie żałuję tych krwistych słów, bo jak, do diabła, wytłumaczyć zjawisko, iż znacznie częściej pomagamy ofiarom nieszczęśliwych wypadków (już młodzież szkolna przechodzi praktyki związane z niesieniem pierwszej pomocy), niż osobom zdradzającym zaabsorbowanie suicydalnymi myślami. Czy rzeczywiście wynika to tylko z naszej percepcji? Wiadoma sprawa- odcięty palec, przebita przez skórę kość, kałuża zakrzepłej krwi, krzyk bólu, łatwiej przenikają do naszej zmysłowo- emocjonalnej warstwy, aniżeli smutek, łkanie, spowolnienie psychoruchowe. Każdy z nas ma lepsze i gorsze dni, toteż najprościej posądzić o dziecinną próbę symulacji: „samobójcy sami są sobie winni, powinni przestać się pieścić i wziąć się w garść”. Proszę mi wierzyć- nikt nie odbiera sobie życia z tego powodu, że zbytnio się pieścił.

Mówiąc o samobójcach nie mam, rzecz jasna, na myśli ideologicznych szaleńców z dumą detonujących się w śródmieściu, czy też subkulturę „emo”, która jest wyłącznie ubocznym produktem cywilizacji, ale członków naszych rodzin, przyjaciół, znajomych, za których, będąc uczuciowo powiązani, jesteśmy odpowiedzialni. Po prostu przeraża mnie jak w kontakcie z potencjalnym samobójcą człowiek staje się mały, bezsilny, niedojrzały. Mówi się o lęku, o tym, że pomagający musi zdobyć się na sporą dozę autorefleksji: jak nie doznać dojmującego poczucia porażki, wyrzutów sumienia, że nie zrobiliśmy nic, choć tak wiele od nas oczekiwano? Myślę, że warto zadać sobie wtedy pytanie: czy aby na pewno nie jesteśmy w stanie zapewnić naszym bliskim ciepła i serdeczności?

Ilekroć słyszę: „co mnie obchodzą samobójcy, nie mam z nimi nic wspólnego”, tylekroć przypominam sobie słynne, spopularyzowane przez Jerzego Pilcha, kafkowskie zdanie: co mam z nimi wspólnego, skoro sam ze sobą nie mam nic wspólnego. Trzeba wiedzieć, że nikt nie rodzi się samobójcą, nie istnieje żaden gen samounicestwienia, myśli o własnej śmierci nie są zarezerwowane dla konkretnych grup społecznych, więc wielu z nas narażonych jest na doświadczenie takiej chwili, kiedy stwierdzi, że życie jest niewarte przeżycia. Tymczasem samobójców perfidnie spycha się na margines, dyskryminuje, wytyka palcami niczym trędowatych i nie mówię tutaj o przylepianiu im etykietek: słabeusze, tchórze, egoiści (doprawdy- Neron wiecznie żywy), lecz o kulturowym systemie upokorzeń, m.in. główne religie świata potępiają samobójców, katolicyzm- czerpiąc wzorce z Biblii- bezwzględnie głosi, iż samobójcy idą do piekła, a nierzadko wręcz interpretuje ich działania jako przypadki opętania, w kodeksach prawnych średniowiecza próbę samobójczą karano śmiercią zadawaną w męczarniach, memetyka tłumaczy autodestrukcję „sprzecznością interesów” genów i memów.

Unikająca postawa wobec samobójców diabelnie mnie przeraża i jednocześnie fascynuje. Naturalnie źródeł takiego postępowania można doszukiwać się w cukierkowych, iluzyjnych, odrealnionych wpływach Zachodu, skupionym na masowości konsumeryzmie: produkcje hollywoodzkie, serialowe tasiemce, programy z cyklu reality show, aczkolwiek twierdzę, że nasz kraj ma w tej kwestii szczególne uprawnienia. Polacy chyba wierzą głęboko w swoją nieśmiertelność. Przeżyliśmy potopy, zabory, wojny światowe i domowe, okupacje, nie było nas, a przecież byliśmy, a nawet, jeśli nas nie będzie, to i tak coś będzie, a poza tym medycyna składa przyszłe obietnice zwycięstw nad każdą przypadłością.

Dla Polaka nie ma rzeczy chwilowych, ulotnych, wszystko jest trwałe i, co najistotniejsze, obejdzie się beze mnie. Tę naiwną swobodę wyraźnie widać w stosunku do artystów, których niedoceniamy, bo „będą żyć wiecznie”.

Właśnie kryzys wartości uważam za genezę wewnętrznego kalectwa. Z jakąż ochotą nazywa się samobójców głupcami i ludźmi złymi. A czyż głupota i zło nie leżą po stronie tych, którzy rezygnują z udzielenia pomocy? Zło nie rodzi się w piwnicach inkwizycji, obozach zagłady, na ulicy, lecz w sercu człowieka. Zło może zostać wyzwolone, podczas spotkania z drugim człowiekiem, kiedy świat zmienia się pod wpływem dylematu: podać rękę- nie podać, powiedzieć prawdę- okłamać, pozostać- odejść. Zaczynamy patrzeć na świat z perspektywy drugiego człowieka i myśleć hierarchicznie. Pięknie to przedstawia tzw. filozofia dramatu, a zwłaszcza jej wybitny przedstawiciel- śp. ks. Józef Tischner. Jednak filozofia miast stopniować, analizować utrwalone podstawy aksjologiczne, winna znaleźć sposób ich zrealizowania. Musi nastąpić przełom w myśleniu o człowieku, trzeba najmłodszych naszych obywateli nauczyć wrażliwości na wrażliwość- w tej kwestii nauki pedagogiczne są niezastąpione. Bez tego nadal będziemy zawieszeni w próżni.

Obecność bliskich gwarantuje zażegnanie prób samobójczych. Dlaczego? Ponieważ ratując życie wystarczy ratować ciało usuwając z otoczenia cierpiącego wszelkie ostre narzędzia. Człowiek pragnąc przerwać swoje życie doznaje emocjonalnego zamętu i nieraz sama możliwość przewentylowania emocji i myśli w obecności drugiego człowieka potrafi przynieść ulgę. Nie wspominając o dotyku wykazującym wręcz zbawienne właściwości. Ciepły, czuły uścisk daje poczucie bezpieczeństwa, zażegnuje fizyczną samotność, przywraca spokój i akceptację. Dotyk towarzyszy nam w dwóch, spinających ziemską egzystencję, momentach: pocałunek matki, kiedy tuż po narodzeniu znajdujemy się w jej ramionach i pocałunek rodziny, kiedy ułożeni w trumnie spoczywamy w objęciach śmierci.

Nie zgadzam się z teorią, jakoby samobójstwo było nagłym bodźcem, czymś niespodziewanym, nieprzewidywalnym. Cierpiący do samego końca odczuwa ambiwalencję, toczy się nieustanna walka między pragnieniem życia a śmierci, o czym świadczy tzw. zespół presuicydalny: obniżenie nastroju, zaniedbywanie potrzeb fizjologicznych oraz wyglądu, zawężanie relacji społecznych, rezygnacja z dotychczasowych zainteresowań, zrywanie kontaktów z bliskimi, rozdawanie cennych przedmiotów, wzrost agresji i napięcia, fantazje samobójcze, chorobliwa fascynacja tematyką śmierci.

Myśli samobójcze przejawiają tendencję do nawrotów, więc konieczna jest pomoc specjalistyczna. Oczywiście nie zwalnia to rodziny i/lub przyjaciół z pełnionych obowiązków, na powiedzenie sobie: „zrobiłem, co do mnie należało, reszta w rękach lekarza”. Właśnie teraz, być może jak nigdy dotąd, cierpiący będzie potrzebował wsparcia i opieki. Udanie się do psychiatry nadal w naszym kraju uważane jest za przejaw słabości, a samobójstwo jest doświadczeniem trudno komunikowalnym, zwłaszcza, gdy wizyta nie była aktem dyskrecjonalności. Zostawienie cierpiącego samego, być może w decydującym momencie, kiedy pomoc byłaby najbardziej potrzebna, stwarza maksymalne ryzyko.

Oprócz tego leczenie farmakologiczno- terapeutyczne, a nawet hospitalizacja jakkolwiek są długotrwałe, to kiedyś zwyczajnie się kończą. Takie psychologiczne zmartwychwstanie wymaga preliminarnego wsparcia, bo jakoś nie mogę uwierzyć, aby aktualny wiek podarował nam drugiego Antoniego Kępińskiego.

Niesienie pomocy potencjalnemu samobójcy jest wyniszczające i frustrujące, lecz cenne ponad wszystko. Obcowanie z cierpieniem, szczególnie tak skrajnym, jak w przypadku tych, którzy dążą do własnej śmierci, stanowi elementarny proces dojrzewania oraz uczy dostrzegania wartości, niepowtarzalności życia. Trzeba raptem pamiętać o kilku sprawach:

-człowiek zdecydowany podjąć próbę samobójczą znosi tzw. „emocjonalną triadę”, na którą składają się: poczucie bezradności, beznadziejności, rozpaczy, stąd nie wolno osaczać go nadmierną aktywnością, w wyniku której może poczuć się jeszcze bardziej bezradny i zagubiony;

-nie należy wyręczać cierpiącego, co jedynie krótkotrwale poprawia komfort funkcjonowanie, a w dalszej perspektywie zakłóca dobitnie proces zdrowienia- czyli nie działać bez przerwy, być cierpliwym i wytrwałym, pamiętając zarazem, że nie mamy do czynienia z roślinką, która nie wie, co jest dla niej dobre, a co złe;

-najlepiej uzgodnić z cierpiącym zakres i kierunek pomocy, nie podważać autorytetu lekarza i informować go o wypowiadanych próbach samobójczych;

-nie zapewniać, że rozumiemy położenie cierpiącego, bo ktoś, kto nigdy nie pragnął własnej śmierci nie zrozumie myśli, odczuć samobójcy, podobnie człowiek zdrowy nie pojmie sposobu w jaki „patrzy na świat” niewidomy;

-unikać pocieszania na siłę, banalnych frazesów i komunałów- to utrwala cierpiącego w przekonaniu, że jest nikomu nie potrzebny, jeszcze bardziej zaburza obraz własnego „ja” oraz pogłębia samotność;

-słuchać, słuchać, słuchać… Wolter mawiał, że drogą do serca jest ucho. Słuchanie drugiego człowieka to święty graal naszych czasów. Podczas jednej z ostatnich odsłon „Podwórka z kulturą”- o którym wiele powiedziano i wiele zostanie powiedziane- byłem przypadkowym świadkiem ludzkiego dramatu. Otóż wybitny fotograf i dokumentalista, pan Andrzej Maziec, przygotował pokaz filmowych dzieł sprzed ćwierćwiecza, będących owocem żmudnej pracy grupy artystycznej, do której należał i w trakcie wstępnej przemowy spotkał się, przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie, z chłodną obojętnością ze strony kilku gości. W pewnym momencie przerwano monolog pana Maźca, lecz kiedy go kontynuował padły zarzuty, że „się powtarza”. Potem usiadł pod murem na plastikowym krześle, zwiesił głowę i trwał nieruchomo. Byłem wstrząśnięty. Słowa płynęły prosto z serca, rozwiane przez los wspomnienia wycisnęły łzy, ale „cóż to znaczy? Przesuń się pan, bo ekranu nie widać”. W tamtej chwili czułem się dziwnie zespolony z panem Andrzejem. Nasze ciała astralne znikły za horyzontem spojrzeń, smutek unosił się wyżej, niż czyjekolwiek marzenia. Przeżyłem tę scenę tym bardziej, że sam jestem współtwórcą bydgoskiej grupy literackiej et cetera i zabójcza świadomość nie pozwala zapomnieć, że kiedyś to wszystko dobiegnie kresu. Teraz jest wielka przygoda, żyjemy w monotematycznej rzeczywistości, ograniczonej do jednej myśli- osiągnąć coś niebywałego i wszystko temu podporządkowujemy, uwalniamy się od codziennego „ja”, które zaczyna wydawać nam się małe, obce- zdziwieni, odnajdujemy w sobie godne podziwu zasoby energii, a ileż przy tym dumy, zaspokojenia, szału twórczego- lecz przychodzi moment, gdy nastrój gaśnie, los, drwiąc z nas, nie pozostawia wyboru, musimy się utrzymać, zapewnić sobie dach nad głową, stabilną przyszłość, chcemy kochać i być kochani, z przerażeniem dokonujemy odkrycia, że jutro nigdy się nie powtórzy, że był to przywilej młodości, już teraz niepotrzebny, nie wart niczego, bo wszak coś w nas się wypaliło, odeszło nieodwracalnie nas zmieniając, wspólnota się rozpada, każdy wybiera własną drogę, już unikamy spojrzeń, już nie pragniemy rozmów, już przestaliśmy być sobie potrzebni.

Ale to materiał na zupełnie inną opowieść.

Leave a Reply

  

  

  

Proszę pozostawić te dwa pola tak jak są: