Archiwa

Boski plan

aut. Tomasz Różycki

W skład wydanych właśnie przez Znak pod tytułem Dziwniejsze brzegi esejów J. M. Coetzeego z lat 1986-1999 wchodzą takie słynne już teksty jak recenzja tomu szkiców Josifa Brodskiego On Grief and Reasonopublikowana w 1996 roku na łamach „The New York Review of Books”, prelekcja na temat klasycyzmu oraz wygłoszona przez Coetzeego w Grazu w 1991, a także inne, krótsze i dłuższe, pomyślane jako przedmowy i posłowia, jednakowo błyskotliwe.

ImageNie ma co do tego wątpliwości – intelektualna sprawność tych szkiców jest porażająca i lekko nawet przerażająca. Coetzee dokonuje niezwykle celnych i wyrafinowanych analiz książek i zamysłów autorskich, w których jak w soczewce skupia się cała myśl literaturoznawcza XX wieku od strukturalizmu po gender studies. A wszystko dotknięte zaledwie, muśnięte piórem, użyte w odpowiednim momencie i z właściwym dystansem, bez ideologicznego zacietrzewienia, bez przesady tak charakterystycznej dla wszelkiej doktrynalności literackiej krytyki, za to z absolutnym wyczuciem przydatności do zrozumienia i odczytania. Ze strony na stronę rośnie przekonanie, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju interpretacyjnej rozprawy, którą prowadzi dyskretnie sędzia Coetzee, bezstronny i nieubłagany, w sposób absolutnie nieodwołalny i konieczny. [...] 
Zdaje się, że rolą autora Dziwniejszych brzegów jest odzieranie tekstu z tajemnicy, prześwietlanie go rentgenem intelektu i wskazywanie wad ustrojowych. Zachowuje się jednak przy tym jak ktoś, komu najwyraźniej brakuje pewnej zdolności do „czucia” literatury pozwalającej sobie na wiarę, niekonsekwencję, entuzjazm, nadzieję i utopijną nawet, ale euforię. Jego sceptycyzm każe mu wątpić. I to udaje mu się wspaniale. 
Jego wątpliwości jednak – pomimo całego pozoru obiektywizmu – są niczym innym jak wyznaniem swojego smaku, a raczej niezadowolenia, ale w najbardziej prywatnej lekturze. I chociaż lektura ta ma często bardzo ambitny i pozytywistyczny horyzont – ukazanie literatury „dziwniejszych brzegów”, nieznanej w metropolii, literatury z obrzeży – to jednak pozostaje lekturą niezwykle mało radosną, lekturą ze skazą nadmiernych wymagań oschłego, surowego prokuratora. Właśnie takie wrażenie pozostaje po lekturze wszystkich esejów: Coetzee nie jest „mistrzem” surowym, wymagającym, ale nastawionym na dialog i otwartym na ucznia (jeśli już w roli uczniów postawimy takich adeptów jak Dostojewski, Brodski, Musil, Borges czy Rushdi), lecz raczej kimś, kto spełnia smutny czasem, choć nieunikniony obowiązek oskarżyciela. Pozostaje tylko znaleźć winę. Każdy z omawianych autorów jest bowiem winowajcą – każda z książek ma wady zasługujące według Coetzeego na publiczne wskazanie i choćby symboliczne napiętnowanie. Ten mroczny obowiązek krytyka zastanawia: oczywiście, Coetzee jest w ten sposób kontrowersyjny, ciekawy, niezależny, przyciągający czytelników spragnionych prawdy i przeszywającego, często złośliwego spojrzenia nieoszczędzającego największych i do tej pory nietykalnych. Spojrzenia, dodajmy, popartego autorytetem wielu wspaniałych powieści, dwukrotnej Nagrody Bookera i - last but not least - literackiego Nobla. Ten rodzaj krytyki i ton tych uwag, kierowanych często przeciwko kolegom po piórze na łamach prawdopodobnie najbardziej wpływowego na świecie periodyku poświęconego literaturze, jest z pewnością rezultatem tego, co autor rozumie pod pojęciem „dobrze, uczciwie wykonanej pracy” krytyka mającym swe źródła między innymi w protestanckim etosie pracy. Czy jednak tego typu „dobrze wykonana praca” przynosi satysfakcję? Jeśli jest to satysfakcja, to z pewnością niezbyt radosna, raczej z rodzaju tych niemal złowrogich, które sędziego zmieniają w prokuratora. Mimo że Coetzee nie jest mistrzem-nauczycielem, jego eseje są lekcją, dowiadujemy się z nich o wiele więcej na temat literatury, autorów, ich życia i świata, niż moglibyśmy sądzić. Praca jest wykonana nad wyraz rzetelnie, z uwzględnieniem wielu, często przeciwstawnych opinii i źródeł, autor odsyła do innych opracowań, eseje zawierają niezbędne kompendium wiedzy nie tylko na temat treści omawianej książki i biografii autora, ale również kontekstu, w jakim powinniśmy je umieszczać. Dla czytelnika są to wiadomości bezcenne: Coetzee daleki jest przy tym od powtarzania banałów na temat twórczości znanych już pisarzy, raczej weryfikuje je, sprawdza ich wagę i próbę. Ta „rzetelnie” wykonana praca przynosi nam „inne” informacje dotyczące omawianych tekstów, informacje, których nie znajdziemy prawdopodobnie nigdzie indziej – podejście autora gwarantuje poważną (bo zaangażowaną) lekcję literatury. Dziwniejsze brzegi są więc z pewnością książką niezwykle istotną, godną polecenia, tym bardziej że Coetzee zdolny jest i do zachwytu wyrażanego wprost.

Image
Naczelną myślą przyświecającą Coetzeemu krytykowi byłaby ta wyrażona w pierwszym w kolejności eseju poświęconym klasykom, a opartym na analizie słynnego eseju Eliota i procesowi „uklasycznienia” Bacha jako kompozytora. Pisze tam Coetzee, że dzieło klasyczne wykuwa się w ogniu krytyki i po tym je można poznać, że – tak jak muzyka Bacha i tak jak przywoływana tam również poezja Herberta – trwa. Istnieje, nie ginie, nie idzie w zapomnienie, potrafi ocaleć pomimo krytyki, pomimo losu, Historii itp., a nawet pomimo „pocałunków śmierci”, jakimi dla dzieła może być zbytnie zainteresowanie nim i użycie go do ideologicznych celów lub po prostu „zagłaskanie” przez krytykę. Powołując się na Herbertowską opozycję klasycyzm–barbarzyńskość, Coetzee mówi, że dzieło staje się klasyczne wówczas, kiedy jest zdolne przetrwać każdą barbarzyńską opresję, ponieważ kolejne pokolenia bronią go, uznając za pewien fundament istnienia, za swoją wartość. Krytyka więc, w rozumieniu Coetzeego, „dociekliwa analiza dzieła klasycznego, choćby najbardziej nieprzyjazna, stanowi część historii tego dzieła, nieuniknioną, a nawet pozytywną. Dzieło klasyczne bowiem, dopóki wymaga ochrony przed atakiem, nie może dowieść swej klasyczności”. Dalej Coetzee pisze, że krytyka byłaby więc po prostu działalnością, „której zadaniem jest dociekliwa analiza dzieł klasycznych”, czynnikiem ze wszech miar pozytywnym, nie wrogim. Dodajmy, miarą, matematycznym klasycznym wzorem. W takiej perspektywie Coetzee przyjmuje pozycję Matematyka, który przykłada swój wzór do dzieł klasyków i nieklasyków, po to aby ich klasyczność obudzić, pobudzić, aby ją wystawić na próbę, zgnębić i podać w wątpliwość, czyli aby jej pomóc. Niszcząc Brodskiego, działa tu jako agent Historii, wystawiając go na próbę, dając mu jeszcze jedną szansę obrony. Dosyć to, powiedzmy, sprytne postawienie sprawy (z pewnością pod słowami Coetzeego mogliby się podpisać inni prokuratorzy, którzy wystawili swego czasu na próbę Brodskiego i jego poezję. Działali wszak dla jego dobra). Ta ogólna perspektywa wydaje mi się w tym wypadku zasadnicza. Coetzee wpisuje się więc w jakiś ogólny plan historyczny, boski zamysł, stając się jedynie wykonawcą „pracy dla pokoleń”, która jest bądź co bądź pewną ideologią, której służy krytyk (byłoby to więc dość ironiczne odwrócenie zarzutu Coetzeego do tezy Brodskiego, że poeta jest sługą Języka). Równocześnie przecież odbywa się jakaś – doskonale to widzimy – sprawa Coetzeego. Coetzee formuje się, stwarza się, krytykując klasyków, buduje swoją pozycję sędziego. „Poniżając” innych, po nietzscheańsku wywyższa siebie. A jego pozycja – chociaż jest z obrzeży, jak sam mówi – jest przecież pozycją centralną, przemawia bowiem z Nowego Jorku. Jeśli więc eseje te potraktować też jako zapis historii stwarzania się i wzrostu Coetzeego jako nazwiska, rychło zauważymy, że efekt jest oczywisty. Podobnie bezdyskusyjne jest także to, że jego pozycja i otrzymane nagrody uwiarygodniają proponowaną przez niego krytykę – dzięki nim matematyczny wzorzec zastosowany do każdego z omawianych dzieł jest prawdziwym wzorem, równaniem, którego wynik jest prawdziwy. Największą zaś wartością, bez której wzorzec ten nie miałby prawa istnieć, jest jego dorobek powieściowy zasługujący na najwyższe uznanie. A ponieważ Coetzee w swoich powieściach korzysta zarówno z klasyków, jak i z tych mniej znanych, w twórczy sposób przetwarzając i nawiązując do wątków, motywów, alegorii i obrazów istniejących już gdzieś w bibliotekach literatury, można pokusić się o uzurpacyjną hipotezę, że eseje mogą stanowić ważny przypis do jego twórczości. Jego powieści często budowane są na fundamencie klasycznym, są swego rodzaju palimpsestem wymagającym tła, kontekstu, głębi uzyskanej z intertekstualnej gry z wzorem, z „budulcem”, z klasyką, co zresztą bardzo często stanowi o ich atrakcyjności i powieściowej sile. Na tym tle eseje Coetzeego byłyby więc czymś w rodzaju lekcji doktora Tulpa – wiwisekcją albo autopsją, w której zdolny chirurg przygląda się organizmowi, wykrawa i przycina, wydobywa organy i stwierdza – to martwe, to toczy choroba, to zbyt otłuszczone, a to żywe? I gdzie tkwi tajemnica nieśmiertelności, którą zgłębia autor? W maseczce na twarzy, rękawiczkach, ale cały we krwi? Co porusza mechanizm, gdzie jest nerw piękności, gdzie kryje się tajemnica życia? Aby występować z pozycji arbitra, Coetzee sam musi mianować się klasykiem, aby wkrótce być mianowany nim przez innych. Skoro tak, musi wiedzieć, że literatura tworzy się z tego typu niewiadomych, które po podstawieniu do wzoru za każdym razem dadzą inny wynik. A wzory i równania są po to, aby wciąż znajdować w nich błąd. 

[Fragment]

Leave a Reply

  

  

  

Proszę pozostawić te dwa pola tak jak są: