Archiwa

Boże ciało

z cyklu  „Bez litości”

Umierają w ciszy
młode brzózki
na chwałę kościoła
na pociechę posłusznych
opętanych dusz
zagubionych w dogmatach
i pustych frazesach
pięciu przykazań

Złośliwą nutą
graną naturze
u lata bram
gdzie wiosna
zakłada podróżną suknię
i z torbą skowronków
przewieszoną przez garbate ramię
odchodzi zapłakana deszczem

Umierają w ciszy
młode brzózki
na chwałę kościoła
na pociechę dusz
zjednoczonych w procesji
bałwochwalczym uśmiechem
szczęśliwych

Wędrują do ołtarzy
gdzie konają listki
gasząc blask słońca
u lata bram

Kocham Cię Mamo

z cyklu „Rozwiewa wiatr”

 

Zdążyłam do Ciebie
ostatnia chwila
trudne minuty
iskierka nadziei
na szczęście

Twoja ręka bezwładna
jeszcze ciepła
a już taka blada

Kocham Cię Mamo

ból rozrywa serce
rozpada się czas
drobne kawałki
mojej nadziei
rozsypują się
na białej pościeli

Kocham Cię Mamo

wyszeptałam
nim płacz zdławił
słowa
w ostatnim oddechu

Przemykają zdarzenia

z cyklu „Wiersze niczyje”

Przemykają zdarzenia
przemijają chwile
bez cierpienia i radości
odchodzę w sen
chłodna na miłość
zasypiam

Poranek witam
cieniem dawnych myśli

Pełzają złudzenia
pod butem obojętnego
czasu

Prawda leśnego licha

z cyklu „Wiersze niczyje”

Prawda o szarym świecie
zgasiła lot
tęczowych motyli

Resztki kolorowej tęczy
odeszły donikąd

Wykrzywionym uśmiechem
leśne licho zakamuflowało
tańczącą szarańczę

Zielonym cieniem
okryło stopy
łagodząc udręczone
myśli w dziewiczym
śnie

Zanim miłość

z cyklu „Rozwiewa wiatr”

Jedziesz ślepym torem
przed siebie
dotykając tylko
mojej miłości

Małym kęsem
kosztujesz odmienność
uczucia

Tarzasz się w chłodzie
domowych zdarzeń
bo twoje sady
obsiadły gawrony

Białe podbródki
wystawiły ku słońcu
obserwując każdy twój gest

Wmanipulowany
w długie kapoty
czarnych ptaszydeł
stawiasz niepewne kroki
do miłości
bez wiary
bez nadziei

Otumaniony szary dzień
witasz trzepotem gawronich
skrzydeł

Zatrzymaj dla mnie
choć jedną chwilę
zanim miłość

rozwieje wiatr

Niechciane marzenie

z cyklu „Rozwiewa wiatr”

Jakże złudne są marzenia
kiedy księżyc z nocy cienia
wyłuskuje srebrne gwiazdy

Po co marzyć gdy o świcie
wita łąki mgła w błękicie

Zbiorę z nieba gwiazd promienie
wtedy się połączą cienie
i zatańczą nad polami
razem z mymi warkoczami

I ulecę ponad wody
bo nie będzie żal urody
gdy w błękicie złożę dłonie

Będzie mej wędrówki koniec
na tej ziemi na łaskawej
tam gdzie pachną wiosną trawy
kwiecie kwitnie to majowe
i słonecznik wznosi głowę
ku aniołom wprost do nieba

A więc się pokłonić trzeba
i dziękować za marzenia
za tą miłość za pragnienia

Wezmę wszystkie pieśni swoje
w nowe szaty się ustroję
i utopię sny w głębinie
z modrą falą żal odpłynie

I zatęsknisz za pieśniami
i złotymi warkoczami
każdy kwiat i zboża kłosy
przypomną Ci moje włosy

Trawa rosą znów zapłacze
cóż wybrałeś żyć inaczej
z chłodną gwiazdą
z mrokiem cieniem

a nie chciałeś być
z marzeniem

Bez wiary – bez nadziei

z cyklu „Rozwiewa wiatr”

Jedziesz ślepym torem
przed siebie
dotykając tylko
mojej miłości
małym kęsem kosztując
odmienność uczucia

Tarzasz się w chłodzie
domowych zdarzeń
bo Twoje sady obsiadły
gawrony

Białe podbródki
wystawiły ku słońcu
obserwując każdy twój gest

Wmanipulowany
w długie kapoty
czarnych ptaszydeł
stawiasz niepewne kroki
do miłości
bez wiary – bez nadziei

Otumaniony szary dzień
witasz trzepotem gawronich
skrzydeł

Zatrzymaj dla mnie czas
choć na chwilę
zanim miłość rozwieje wiatr

Poeto – może Przyjacielu

z cyklu „Rozwiewa wiatr”
Kazimierzowi Burnatowi

Dokąd zmierzasz
w cieniu białych brzóz
dziwny wędrowcze

Poeto – może Przyjacielu

nie wiem jeszcze

Szron barwi Twoje włosy
a mój złoty warkocz
płonie blaskiem
zachodzących jesieni

Dokąd idziesz

Poeto – może Przyjacielu

a dokąd ja

Poeto – może Przyjacielu z cyklu ,, Rozwiewa wiatr ” Kazimierzowi Burnatowi

Dokąd zmierzasz
w cieniu białych brzóz
dziwny wędrowcze

Poeto – może Przyjacielu

nie wiem jeszcze

Szron barwi Twoje włosy
a mój złoty warkocz
płonie blaskiem
zachodzących jesieni

Dokąd idziesz

Poeto – może Przyjacielu

a dokąd ja

Modlitwy

z cyklu „Rozwiewa wiatr”

Totalna samotność
odbija się echem
po ścianach mojego serca

Idę wciąż pod górę
szukam słów modlitwy
by dotrzeć na szczyt
atakowana przez demony
pragnę dobra

Nie widzę sensu wizji
kochającego Ojca
na polu pełnym
jadowitych skorpionów

Chcę pokonać ból
i słabość myśli
bo nie mam już marzeń

Moja modlitwa
gorzką pieśnią
dżwięczy w głowie

Kocham kwiaty i drzewa
to mój cud spełnienia
i słodkie melodie

Boże – obłąkane modlitwy
ciemiężców płyną do Ciebie

Zmiłuj się – nie chcesz
nie karzesz
i nie miłujesz
bo stworzyłeś potwory

To są moje trudne noce
gdy księżyce budzą gwiazdy

Wplotę w warkocze
srebrzyste promienie
tylko krok do szczęścia

Zapadam się w siebie
bezgrzeszna
śnieżna
czysta – bo umiem kochać

Moja miłość
nie z tego świata
ale Ty dajesz mi tylko
gościnę

Pogodzę się z ciszą
i wybiorę nutę

dla siebie